Stało się, na półki trafiło, a przynajmniej przed świętami powinno. Opowiadanie „Karna Kolej” z jesiennego Fantasy & Science Fiction Edycja Polska jest kontynuacją tekstu „Gliniany Golem” z Fantastyki – Wydania Specjalnego, aczkolwiek można je czytać bez znajomości części poprzedniej. To pierwszy raz, kiedy trafiam pod strzechy (hehe) przed świętami. Zróbcie sobie prezent! Miłej lektury!
Już dziś zapraszamy na Igrzyska! Szczegóły będą zdradzane stopniowo. Niech kibice nie oczekują wysokiego poziomu – mamy zamiar zapewnić po prostu dobrą rozrywkę. Choć wyglądamy groźnie, to fajne z nas chłopaki i warto w przyszłości pojawić się na wirtualnych trybunach!
A prezentacja zawodników już wkrótce!
Cierpię na kompleks „autora niedowartościowanego”. Sporo rzeczy zebrało się na taką sytuację. Miałem umowę na zbiorek – została mi wymówiona z powodów cokolwiek dziwnych. Miałem publikację w jednej z antologii – nie ukazała się. Potem to samo opowiadanie przeszło przez trzy czy cztery pisma, zostało nawet zredagowane do druku – znów czerwone światło. Publikacje, które mam obiecane – przesuwają się w czasie. A piszę cały czas. Nic się nie ukazuje.
Kumpel powiedział mi kiedyś, że ciąży na nim klątwa. Puścił jeden tekst do pewnego pisma – potem magazyn upadł. Puścił kolejny w następnym – znów to samo. Ja mam nieco inaczej, bo zawsze kiedy jestem o krok od publikacji – coś się dzieje i w ostateczności publikacji nie mam. Jeden tekst czeka na druk już sam nie wiem, ile – pięć lat?
Zacząłem więc poważnie zastanawiać się nad alternatywnymi możliwościami publikacji, czyli w tak zwanym „selfpublishingu”, w e-bookach. „Wydawcy”, którzy tak naprawdę nie mają wiele wspólnego z wydawcami, a raczej z hurtowniami utworów, kuszą genialną stawką 50% od każdego sprzedanego egzemplarza (ceny detalicznej, czy też katalogowej, różnie to nazywają). Powstrzymują mnie trzy rzeczy:
1. Wydawanie by-yourself ma to do siebie, że nie stoi za autorem żaden redaktor, ani korektor, który mógłby poprawić to, czego literat nie widzi. Może jestem staromodny, ale dla mnie praca nad tekstem jest ważna. Nie lubię wrzucać nigdzie czegoś, co w jakimś sensie mogłoby być zawstydzające. Bo robię błędy, jak każdy, nawet doświadczony autor i redaktor. Czasem coś pokręcę w intrydze i nie ma mocy, abym sam to dostrzegł. Do tego potrzeba „zewnętrznych” oczu. Nie jestem w stanie zapłacić nikomu za to, by mi dopomógł, a choć mam ludzi, którzy zrobiliby to za darmo, to nie mam tyle tupetu, aby ich o to prosić. Oni też mają swoje życia, swoje rachunki, swoje pustki w portfelu.
2. Rynek e-booków w Polsce to margines. Niby coś tam się świetnie sprzedaje, ale patrząc na statystyki – są to książki, które równie dobrze sprzedają się w formie papierowej. Debiutancka książka w e-booku jest skazana na porażkę. Niech będzie, że kosztowałaby nawet 9 złotych, czyli równowartość dwóch piw w knajpie – kupi i tak niewielu. Po pierwsze dlatego, iż w takiej cenie nie ma co liczyć na zabezpieczenie DRM, czyli będzie piratowana do upadłego, o ile w ogóle ktoś będzie chciał taką drobnicę piratować. Nie wiem, jak Wy, ale ja jak widzę książkę za 9 złotych gdziekolwiek indziej poza antykwariatem, to zapala mi się czerwona lampka ostrzegawcza – „co za rzecz kosztuje tak mało?”. Po drugie – 50% z 9 złotych to 4,50. Żeby mi się opłaciło wydawać takiego e-booka, musiałbym sprzedać około 1000 egzemplarzy. A to raczej niemożliwe. UWAGA NA MARGINESIE: tak, publikacja e-booka jest darmowa, aczkolwiek biorąc pod uwagę ile czasu wkładam w pisanie tekstów, to sprzedanie mniej niż 1000 egzemplarzy jest śmiechem na sali. Średnio tworzę jeden tekst w ciągu pół roku. Jego objętość to około 80-100 tysięcy znaków. Więc potrzeba mi 3-4 takich opowiadań, żeby złożyć książkę. Czyli w najlepszym razie – tracę dwa lata, żeby sprzedać (scenariusz optymistyczny) – 100 egzemplarzy i zarobić 450 złotych. Ok, za prąd mi się zwróci, ale co z tego? O scenariuszu pesymistycznym nie ma nawet co gadać. Poza tym – ile tak naprawdę jest w kraju wielbicieli e-booków? Sądzę, że poza czterocyfrową liczbę to nie wychodzi. Mylę się?
3. „Self-publishing” to dla mnie w ogóle coś niepojętego. Cierpię na ogromną potrzebę wydawania czegoś na papierze. Wydania, dodajmy, staroświecko pojętego, tzn.: wysyłam tekst do wydawnictwa, a te je przyjmuje. Potrzebny jest mi ten pierwszy sukces – żeby ktoś na tym etapie to docenił. Wydanie samodzielnie jest wybiegiem, które być może pozwoliłoby mi nieco więcej zarobić (gdybym miał nazwisko itp.), aczkolwiek zawsze pozostanie mi we łbie świadomość – puściłeś to w e-booku, bo nikt nie chciał wrzucić to na papier. Tak, jestem próżny, w pewnym sensie każdy literat czuje taką potrzebę. Mniej lub bardziej, ale jednak.
Mam mały magazyn tekstów, które mógłbym zebrać w elektroniczny zbiorek, ale koniec końców – nie robię tego. Pisanie jest najszczerszą formą mojej aktywności życiowej. Gdybym poszedł na e-booka, zaprzeczyłbym swoim ideałom. Poczekam więc raczej, aż się ryneczek ów rozwinie. Może zaczną w nim panować normalne warunki. Wtedy – nie powiem nie.
Jako, że ostatnio bombardują mnie doniesienia polityczne (choć nie mam telewizora), chciałbym powiedzieć, co o tym wszystkim sądzę. Otóż – nie rozumiem, o co chodzi. Wszędzie powywieszane plakaty, ulotki, wszystko darmowe, kiełbasiane, brawurowe. Dołożyć bombki i niewiele będzie się różniła ta cała gorączka od świąt bożonarodzeniowych. Jakiś koleś z Olsztyna stoi pod centrum handlowym, ubrany w garniak, który pasuje mu jak członkowi Samoobrony łyżeczka zamiast chochli, nawołuje, że od Palikota. Ślub z nim bierze, a potem wirtualna polska na przemian z onetem dają o tym newsy. Słabe. Tanie. Bez polotu. Przyzwyczaiłem się, że w kampaniach wyborczych nie chodzi o program, a o plebiscyt, ale jeszcze do niedawna nie sądziłem, że mimowolnie będę widzem swoistego „Tańca z gwiazdami”, jakim stała się przedwyborcza agitacja. Dla równowagi powiem, że równie chujowy pomysł na kampanię mają inne partie, choć mniej uderza mnie po oczach ich ontologiczne „wow”. Płciowe zagrywki jednak wydają się być najbardziej widoczne, ale czego się spodziewać po kolesiu, który zamiast pracować w sejmie po dziś dzień wolał skrzyknąć grupę młodych, naiwnych wielbicieli wibratorów.
Dla wszystkich więc partii i każdego polityka obrazek poniżej, a ja ogłaszam, że tak jak co wybory, oddaję głos nieważny skreślając wszystkich i dopisując na karcie do głosowania Kasię Cerekwicką. Srał was wszystkich pies.
Pozwolę sobie przytoczyć w całości aktualną dyskusję z fejsbuka. Cytuję tak jak było, z nazwiskami, etc., bo dyskusja odbywała się publicznie, a jest tak niezwykle ciekawa, że szkoda byłoby jej nie uwiecznić. Nie potrzeba do niej mojego komentarza, jako, że wypowiadałem się w trakcie. Zresztą, słowa mówią same za siebie. Jednocześnie chciałbym przypomnieć, że dyskutuję z poglądami, nie zaś osobami. Akurat tak się złożyło, że polemizuję z człowiekiem, którego lubię, szanuję i od dawna znam z działalności fandomowej. Wyrazem mojego uznania dla niego jest właśnie ta polemika. Z byle kim bowiem nie ma o czym rozmawiać. A tu jest ktoś i jest o czym.
Maciej Wiesław Pitala od: Katarzyna Anna Uznańska
Psucie czytelnika – Arkady S.: „Od Sasa do Asa blog.” – Salon24 – od tego się zaczęło, polecam lekturę (przyp. ES).
Marcin Zwierzchowski: Pierdzielenie o niczym. Co w tym dziwnego, że większość książek/filmów/płyt z muzyką to szmiry?
Maciej Wiesław Pitala: Ale ta konkretna książka jest akurat bardzo dobra
Marcin Zwierzchowski: Sebastiana? No tak, ale on o tej książce tylko wspomina, a tak to marudzi na to, że zimą pada śnieg.
Anna Tess Gołębiowska: Rany, nie mogliście znaleźć inteligentniejszego trolla?
Patryk Sadowski: lol
Emil Strzeszewski: Ja chciałbym tylko zauważyć, że następujące słowa z tego artykułu są prawdą: „Czytelnik nie mając wyboru z czasem zaczął akceptować bardzo, ale to bardzo marny poziom wydawnictw, z kolei dzieciom, obecnym nastolatkom, uczyniono w ogóle straszną krzywdę, bo wychowani na literaturze złej, dobrej już nie potrafią poznać i tej umiejętności nie nabędą. Tym samym nasz rynek wychował całe pokolenie literackiego bezguścia, które na wszelką próbę ukazania im czegoś wartościowego, poprzez kontestację stanu obecnego (a inaczej się nie da), reaguje agresją.”. To już przecież nie chodzi nawet o to, że śnieg pada w zimie. On pada także w lecie.
Maciej Wiesław Pitala: A komentarze powyżej udawadniają że facet ma racjie
Emil Strzeszewski: Dokładnie tak. Zastanawiam się wręcz, czy nie upublicznić ich na swoim blogu. Po nazwisku. Bo jak widzę, kto reaguje w ten sposób, to potem mam ogromne, wręcz ontologiczne, wow.
Maciej Wiesław Pitala: No tak a to nie sa tacy sobie ot czytelnicy. Redaktorzy dówch sporych portali i redaktor wielkiego wydawnictwa. To oni decydują co się wydaje i jak co jest oceniane, mają relany wpływ na rynek
Marcin Zwierzchowski: Panowie, o czym wy dyskutujecie? Tutaj nikt nie broni złej literatury. Według mnie po prostu Arkady wypisuje takie oczywistości, że szkoda liter. Tak – większość literatury to szmira, głównie dlatego, że literatura popularna musi byc „bezoporowa”, czyli nie wymagac od czytelnika wysiłku. Czy mi się to podoba? Nie. Czy widzę szansę na zmianę? Nie.
Marcin Zwierzchowski: A, tak przy okazji – cytowany przez Emila fragment, łącznie z tym pierdzeleniem od dwóch dżemach, to bzdury. Czytelnik ma wybór, wciąż powstaje sporo dobrej literatury. Trzeba tylko się wysilić i czegoś poszukać. Do ręki dają tylko szmiry.
Emil Strzeszewski: Malakh, to, że coś jest oczywistością, nie oznacza, że jest bzdurą. I jeszcze jedno pytanie – pytam Ciebie jako faceta, który ma wpływ na to, co się ukazuje w NF i w Prószyńskim – czy popularna literatury rzeczywiście MUSI być „bezoporowa”? Rozumiem, że pod tym pojęciem rozumiesz schematyzm i tym podobne, które pozwalają czytelnikowi poczuć się swojsko na zasadzie „lubię te filmy, które już znam”?
Emil Strzeszewski: No i odnośnie wyboru przez czytelnika różnorodnych lektur. Ja czuję się wyrobionym, świadomym czytelnikiem. W jakiś sposób znam się na rynku, znam stronę schematyczną literatury, znam tą ze schematów się wyrywającą. Ale czy to samo wie czytelnik, który raz za razem sięga po schematyczną literaturę, której na półkach jest, ja wiem, z 90%? Ok, wybór dalej pozostaje, ale coś mi tu bardzo śmierdzi.
Marcin Zwierzchowski: Nie, nie musi. „Bezoporową” fantastyką nazwałbym prozę Canavan czy Meyer. Książki z serii NF już nie, bo choć są rozrywkowe, wybieram tylko te, które bardzo mi się podobają. Opowiadania w NF to już natomiast inna bajka, bo na tym polu bawię się i eksperymentuję;)
Emil Strzeszewski: Należy tu zauważyć, nie wiem, czy się zgodzisz, że atrybut „rozrywkowy” wcale nie wyklucza atrybutu „nieschematyczny”, czy w ogólności, uproszczając bardzo – „ambitny”. Dla mnie rozrywką jest Dostojewski, a przecież jest to trudna, zaangażowana literatura. Szkoda, że większość wydawców nie zna tego środka. Dla nich to albo Wędrowycz, albo Tomasz Mann. Bo albo „rozrywka”, albo „coś ambitnego”. A to przecież może być dokładnie to samo. I stąd popieram gadanie kolesia z bloga – niby oczywistości, a jakoś na rynku dalej gówno goni gówno (z kilkoma chlubnymi wyjątkami).
Marcin Zwierzchowski: Ale zawsze rządziło i będzie rządzić gówno. Miliony much właśnie tego chcą. Co mogłoby to zmienić? Chyba system oświaty, który byłby pomyślany tak, aby młodych wprowadzać w literaturę i pokazywać im, że może być przyjemna. A nie kazać czytać „Dziady”. Jasne, to polska kultura, wsytd nie znac, ale liczbę pozycji klasycznych i obowiązkowych należałoby skrócić, a dać więcej książek dobrych, ale i popularnych.
Emil Strzeszewski: No i w ten sposób każdy może przerzucić odpowiedzialność na innego. W rezultacie faktycznie nic się nie zmieni.
Marcin Zwierzchowski: A na kogo chcesz przerzucić? Na siebie? Na redaktorów? Co z tego, że będę wydawał super książki, skoro będą leżeć w magazynach? Cokolwiek zmienić może jedynie oświata, albo media – te już jakiś czas temu zrezygnowały z dyskusji o książkach, bo to niemodny produkt. Książka w telewizji, która jest przeciez najsilniejszym medium, nie istnieje.
Emil Strzeszewski: Chodzi mi o same zjawisko – czytelnicy nie czują się odpowiedzialni, bo nie oni piszą książki, autorzy nie czują się odpowiedzialni, bo oni piszą pod dyktat wytargetowanych odbiorców, redaktorzy nie są odpowiedzialni, bo dostają to, co dostają, wydawcy też nie, bo wydają to, co redaktorzy wybrali. Winna jest więc oświata. Spoko.
To by było na tyle w temacie. Jeśli pojawi się jeszcze jakiś ciekawy głos, zapewne wkleję go w komentarzu do wpisu. A co Wy o tym sądzicie?
Ostatnio bezskutecznie szukam pracy. Tak się poukładało w życiu, że przeprowadziłem się już na stałe do Olsztyna. Wreszcie jestem w mieszkaniu, w którym nie ma nikogo innego oprócz mnie, mojej narzeczonej i kota. Żaden współlokator się nie pałęta. Mam własny kącik do pisania, łóżko będące w stanie mnie pomieścić (a jestem dość wysoki, co zwykle stanowi problem), dostęp do Sieci. Za oknem stawik zwany szumnie jeziorem, wypełniony po brzegi butelkami okolicznych dresiarzy. Po trzeciej w nocy mniej więcej co trzy-cztery dni na pobliskiej ulicy odbywają się nielegalne rajdy samochodowe, co nadaje okolicy kolorytu. Mieszkam na ulicy zawdzięczającej swoje miano pewnemu filozofowi z Królewca, co wzmacnia symbolikę. Sąsiedztwo miłe, spokojne.
Do zabawy w dom potrzebna jest jednak również praca. Mnie co prawda sponsoruje uczelnia, ale co to za sponsoring, skoro jak się okazuje – na testowaniu filmów zarabia się jedną trzecią więcej, niż w moim przypadku. Moja Luba zaś skończyła studia w Ostrołęce i została bakałarką anglistyki bez dalszych perspektyw. W zawodzie nic nie znalazła i prawdopodobnie nic nie znajdzie. Jeszcze problemy powstają przy okazji jej studiów uzupełniających, ale o tym kiedy indziej. Na szczęście – są agencje pracy tymczasowej. Tam dziewczyna znalazła wybawienie. Mnie za to tam nie chcą, bo nie mam jeszcze ustalonego grafiku na październik.
Aby wyżalić się w pełni, muszę wspomnieć, że nie mogę podjąć pracy na pełen etat, bo jeśli to zrobię, stracę bezpowrotnie stypendium doktoranckie. Mogę pracować na pół etatu, bądź na zlecenie, ewentualnie o dzieło. Tak wygląda teoria, praktyka jest zaś taka, że nie mogę pracować nigdzie, bo pracodawcy patrzą na mnie nie jak na rzetelnego, solidnego człowieka, ale faceta, który ucieka od roboty w studia. Poniekąd mają rację. Uważam, że praca uwłacza człowiekowi, ale w jakimś sensie adekwatną za to rekompensatą jest odpowiednio wysoka wypłata.
Nie mogę podjąć pracy poza Olsztynem, bo jeszcze dwa lata przynajmniej jestem tu uziemiony, właśnie ze względu na doktorat. Praca w mediach, wydawnictwach więc także odpada, bo musiałbym robić wszystko zdalnie, a to nie jest w Polsce modne i nie ma wielu takich ogłoszeń. Jak już są – zawsze znajdzie się ktoś inny, co w sumie mnie nie dziwi przy nadmiarze produkowania masowego absolwentów wyższych uczelni.
Jako, że szybko zrozumiałem, że nie mam szans na rynku pracy, postanowiłem działać niekonwencjonalnie. Stworzyłem CV, w którym zamiast mojego zdjęcia wkleiłem fotkę foki. Czekam teraz na jakieś fajne ogłoszenie z wydawnictw. Prześlę im to.
Dlaczego tak? Po pierwsze – mogę sobie kpić. Jednak stypendium doktoranckie daje jakieś możliwości materialne, niewielkie, ale mimo wszystko jakieś są. Po drugie – skoro nie mogę niczego zaoferować pracodawcy, by mi uwierzył, postawię na poczucie humoru.
Wypełniając ankietę w CityBanku w rubryce „O sobie”, napisałem, iż lubię foki, a do wykarmienia mam narzeczoną oraz kota. Zadzwonili. To był pierwszy telefon od bardzo dawna. Oczywiście nie przyjęli, gdy usłyszeli, że nie mogę pracować na pełen etat, ale przynajmniej była ta pierwsza rozmowa. Ktoś się mną zainteresował. To dzięki tym fokom, jak sądzę. CV wyróżniało się na tle innych. Po zastanowieniu doszedłem jednak do wniosku, iż foki nie wystarczą. Powinienem podstawić za nie morświny.
To tyle w kwestii honoru bycia doktorantem. Gdy moja rodzicielka chwali się komuś, że robię doktorat, krzywię się i parskam. Odpowiadam zawsze, że lepiej będzie, jak powie, iż pisuję literaturę. To brzmi może mniej poważnie, niż kariera naukowo-akademicka, ale przynajmniej jest uczciwsze.
Na zakończenie tego wywodu – do jakiej generacji się zaliczam? Do Generacji X? Czy do Generacji Globalnej Wioski? Odpowiem sam sobie – ani tej, ani tamtej. Stoję na rozdrożu, między potęgą wszechobecności natłoku informacji, a totalnym brakiem perspektyw wynikłym właśnie przez wszechobecność informacji. W takiej erze ekspertem jest każdy, kto otworzy gugle. Winien jestem sam sobie. Urodziłem się za wcześnie i za późno jednocześnie. Takie martwe nic wyrzucone na brzeg morza, jak ten morświn ze zdjęcia powyżej.
Zdjęcie pochodzi ze strony http://www.salamandra.sylaba.pl/news/2002/news004.html i jest autorstwa Ryszarda Kretkiewicza