Kanały:
Wpisy
Komentarze

Fajka: wprowadzenie

fajeczki Ostatni rok był pełen wydarzeń. Stopniowo będę opisywać je na blogu. Na wszystkie ważniejsze znajdzie się miejsce i czas. Zacznę od pozornie błahej, jednak tak naprawdę niezwykle istotnej. Patrząc, jak wiele osób wchodzi na tą stronę dzięki wpisowi o papierosach, myślę, że dobrze byłoby pociągnąć temat nałogów. Tytoń ma wiele odsłon, można używać go na wiele sposobów. Warto więc poświęcić temu zagadnieniu nieco więcej uwagi.

Fajki.

Fajki odkryłem dosyć niespodziewanie dla samego siebie. Zetknąłem się z nimi już kilka lat wcześniej, dzięki uprzejmości mojego znajomego ze studiów oraz z Creatio – Maćka Dzierżka. Zainteresowanie nimi stało się jednak czysto imprezowe – nie przyciągnęły mnie na tyle, abym stał się fajczarskim neofitą. Prawdziwa pasja miała przyjść potem, gdy mój sąsiad oraz przyjaciel oznajmił mi, iż w piwnicy chowa kilka starych fajek oraz fajkowy tytoń.

Od tamtego momentu minął rok z hakiem, a ja jestem posiadaczem sześciu fajek, zaś siódmą przygarnę na dniach. Żyłka kolekcjonera oraz ciekawość nałogowca pokierowała mnie w stronę wcześniej dla mnie nieznaną. Zabawa z fajką przekształciła się w romans, szczęśliwy i bogaty w smak.

O ile papierosy są chwilowym wypełniaczem czasu – palę je w przerwach od pracy, w drodze dokądś lub towarzysko – o tyle fajka stała się czasochłonnym elementem samotnego relaksu. Rytuał, który jej towarzyszy – poprzez nabijanie (różne sposoby nabicia skutkują odmiennością smaku), samo palenie, aż do czyszczenia – jest dla mnie wytchnieniem oraz wyciszeniem. Powiem szczerze – nie spodziewałem się, iż można tak głęboko pogrążyć się w spokoju, a także przyjemności. W oparach sino-białego dymu znajduję enklawę wolną od stresu i pędu. To azyl dla udręczonej codziennymi problemami wyobraźni. Rozbiegane myśli mogą wreszcie odpocząć.

Pierwszą, istotną różnicą między paleniem papierosów i fajki jest niechybnie jakość samego tytoniu. Zacząłem swoją przygodę od pykania aromatów, ze względu na zapach, również smak. Tytoń fajkowy jest inaczej przygotowywany niż papierosowy, jest grubiej cięty, często prasowany w formie płatków (angielskie flake). Jest kilka jego odmian – od pozornie zwykłej Virginii, jednak posiadającej niezwykłą słodkość ujawniającą się przy ostrożnym paleniu, poprzez orzechowego Burleya, Cavendisha używanego zwykle w aromatach jako bazę smakową, do Latakii, wędzonej w specyficznych warunkach, niesamowicie chłodnej w paleniu oraz delikatnej. Istnieją różne mieszanki wyżej wymienionych, często także z dodatkami w postaci wanilii, rumu, czekolady. Wybór dla nowicjusza jest ogromny. Bez problemu można odnaleźć swojego tytoniowego graala.

Kolejną rozbieżnością jest rytuał towarzyszący paleniu fajki. Fajka jest jak kobieta – choć to trywialne stwierdzenie, jednak w większości przypadków prawdziwe – należy do niej podchodzić z szacunkiem i delikatnością. Należy przy tym być zdecydowanym. Każde palenie jest krótką historią miłosną, począwszy od burzliwego początku, pełnego ognia oraz żaru, skończywszy na szaro-białym popiele, niejako pamiątce po udanym spotkaniu. W międzyczasie można przebyć podróż pełną smaku oraz zapachu. Pamiętać należy, że fajka potrafi też płakać – płakać kondensatem (kwaśną cieczą wydzielaną przez tytoń zmieszaną ze śliną fajczarza), gdy pali się nieostrożnie i nieuważnie, bądź zbyt ostro. Fajka ma swoje humory, potrafi zaskoczyć nową nutą smakową, bądź dać w kość. Fascynujące jest to, że pomimo wciąż rosnącego fajczarskiego doświadczenia, każde palenie jest inne.

Urzekający jest sam rytuał przygotowania fajki. Rozdrabnianie tytoniu do odpowiadającej fajczarzowi postaci, nabijanie… Tak jak pies ślini się na sam widok kiełbasy, tak w fajczarzu wzmaga się potrzeba zapalenia podczas tych czynności. Samo palenie jest punktem kulminacyjnym, rozwleczonym w czasie apogeum, nieustannie uwalniającym przyjemność. Fajka jest towarzyszem czytelników, kompanem w pisaniu, oglądaniu filmu. Fajka zna najskrytsze sekrety palącego przez co jest to wręcz intymna relacja. Fajka, kolejny banał, lubi być palona. Zanim człowiek się zorientuje, fajka staje się istotnym elementem życia.

Kiedyś Sławek Spasiewicz spytał mnie, na co fajczarzom tyle fajek? Odpowiedź jest prosta:
- 3 fajki do czystej Virginii
- 3 do aromatów
- 3 do latakii
- 3 zapasowe
- 3 do renowacji (majstrowanie przy fajce również bywa satysfakcjonującym zajęciem)
- 3 do próbowania tytoniu
- 3 gliniane
- 3 ceramiczne
- 3 do częstowania, dla gości.

Fajka jest więc również pasją, która udziela się kolekcjonerom. Wielość kształtów i materiałów, estetyka, jaka tkwi w każdej fajce – to pewna namacalna magia. Samo palenie jest więc elementem niejako końcowym, koniecznym, ale niewystarczającym do pełnego pasjonactwa. Wokół fajki toczy się wiele spraw.

O fajce będzie jeszcze niejeden raz. Mam nadzieję, że ten wpis posłuży jako wprowadzenie. Bardziej szczegółowe relacje wkrótce. Pozdrawiam zza chmury dymu!

Na jesień: Slayer

Jest jesień, więc katuję się metalem. Metal jest najlepszy na tą porę roku – daje porządnego kopa, rozgrzewa oraz energetyzuje, pozwala spojrzeć za okno z buntowniczym wzrokiem. Ostatnimi czasy z mojej listy utworów słychać było częściej inne nuty, a choćby nieodżałowany Grechuta, cudowna Sarah Brightman, progresywne Uriah Heep, zadziorne Lao Che, cała masa folku, starego rocka, a nawet Nelly Furtado. Podobno z wiekiem zmienia się smak. Coś w tym jest. Gdy miałem piętnaście lat, mogłem całymi dniami słuchać KATa, Iron Maiden, czy Mayhem. Dziś oczywiście sympatia do tych zespołów mi nie minęła, ale przykrył ją kurz. Częściej mówi do mnie Tilt, Enya, Kasia Nosowska. Metalowy pazur się stępił. Dlatego właśnie dobrze, że jest jesień.

Udało mi się odnaleźć na nowo Slayera. Konkretnie mój ulubiony i (oczywiście) najlepszy album – Diabolus In Musica. Nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy wolą inne dokonania spod szyldu Araya i spółki. Jasne, Slayer musi być ostry, musi być okrutny oraz srogi. Panowie muszą, z całym szacunkiem dla purystów, napierdalać, aż miło. Dlatego darzę ogromnym szacunkiem Reign In Blood, South Of Heaven albo God Hates Us All, ale najwięcej diabła odnajduję gdzie indziej. Nie tam, gdzie panowie wypluwają z siebie muzykę z szaleńczym zacięciem godnym maniaków szybkości, ale raczej tam, gdzie jest ten przerażający spokój i dojrzałość chłostająca po uszach. Siódma płyta studyjna Amerykańców jest w większości dziełem Jeffa Hannemana, który tylko w nielicznych przypadkach dopuścił do pisania muzyki Kinga, a Toma Arayę tylko dwukrotnie. Na garach po raz drugi zasiadł Paul Bostaph i trzeba sobie powiedzieć, że facet wreszcie wyczuł, o co chodzi w Slayer.

Diabolus In Musica jest melodyjnym, szybkim, ale nie błyskawicznym albumem. To nie blitzkrieg jak za czasów Show No Mercy, czy Reign In Blood. To terror długich, muzycznych tortur najwyższej próby. To, że jest wolniej, nie oznacza, że nie jest ostro. Wręcz przeciwnie – jest przerażająco, a przy tym majestatycznie. Król znowu na tronie, wyniesiony na piedestał, daleki, grzmiący z wysokości. Slayer jest dalej agresywny, ale nie tym pierwotnym zacięciem. To groźny przeciwnik na polu walki, doświadczony w bojach, śmiały i nieobliczalny. Raz przyczajony, jak w Death’s Head czy Stain Of Mind, a potem wściekły w In The Name Of God albo Scrum. Zawsze bezlitosny.

Płyta jest przesiąknięta nowymi elementami, które wcześniej nie objawiały się w muzyce Slayera. Dzięki temu zadziwia i wprowadza nową jakość. To, poza wszystkim, najbardziej melodyjne, najłatwiej wpadające w ucho solówki gitarowe, które tylko pozornie rozjaśniają ten thrash metal. To właściwie kontrapunkt wobec którego cała reszta staje się surowa. Niespodzianką jest utwór Desire, zainicjowany jak ballada rockowa, narastający z sekundy na sekundę niebywałą siłą w niesamowitego potwora. Prowadzony cierpliwie, bez pośpiechu, bez tego plucia wokoło, tak wszechobecnego w Reign In Blood. Brzmi obco, wije się wokół palców wybijających niespieszny rytm, co powoduje ciarki na plecach. Jest to chyba najbardziej ambitny z utworów na tej płycie, być może nawet w karierze grupy.

Na dodatek – nową metodę odnajdujemy w Perversions Of Pain. Przy pierwszym odsłuchaniu wydaje się on sztandarowym dokonaniem zespołu, jednak w istocie nim nie jest. Brak w nim tego połamania, są za to odpowiednio wyważone proporcje szybkości i spowolnienia, niepokoju i furii. To bardziej hymn metalowy niż cokolwiek innego. To (na równi z niezwykle podobnym i metodycznym Postmortem z trzeciej płyty) Mother North thrash metalu, Fear Of The Dark albo i Roots Bloody Roots. To epokowy utwór, ciężki, ale i wysmakowany. Ktoś mógłby teraz plunąć na mnie, powiedzieć, że bardziej na to miano zasługuje Hell Awaits, czy Raining Blood, jednak nie widzę w nich takiego potencjału. To dobre utwory, wściekłe, autentyczne, jednak daleko im do klasy Perversions Of Pain.

Metal dalej potrafi mnie cieszyć pomimo tego, że musiał się podzielić moją uwagą z innymi stylami muzycznymi. Jednak zawsze chętnie do niego wracam, odkrywając coś, co niegdyś mi umykało. Zmieniając perspektywę, dostrzegam w nim teraz więcej niż dotychczas. To tak jak z kosmosem – jego środek jest wszędzie i mogłoby się wydawać, że w każdym punkcie widać to samo, tylko pod innym kątem. Natomiast stojąc gdzie indziej, widać jego inną twarz…

Respawn 2.0

Kolejny raz odgrzebuję swój blog. Zakurzony, brudny, ale własny. Pora na jesienne porządki.

Czytając starsze wpisy, nie jeden raz uśmiech pobłażliwości zagościł na mej twarzy. Słabo, panie Strzeszewski, słabo… Z bloga emanuje słodki i duszący zapach czystej amatorki. Nie sądzę jednak, że warto zmieniać cokolwiek w poprzednich notkach. Jakby nie było, to kawałek mnie. Nie zwykłem zamazywać przeszłości. I choć pokusa, by poprawić kilka zdań, albo w ogóle napisać wszystko od nowa, była silna, zwalczyłem ją jakoś. Ingerując w tamte wpisy, czułbym się jak słaba aktorka, która zaczyna poprawiać swój wizerunek od operacji plastycznej. Idąc dalej tą metaforą, wolę zadbać o jakość tego, co jeszcze tu napiszę, chcę być lepszym aktorem, a zacznę od poprawy jakości swego warsztatu. Być może uda mi się zmazać złe wrażenie.

Idea bloga się nie zmienia – dalej bezzałożeniowo, o tym, co akurat w danej chwili mnie nurtuje. Będzie więc różnie. Dużo się działo przez ten czas, kiedy mnie tu nie było. Trzeba zrobić jakiś skrót, pozbierać kawałki życia do kupy, spisać je ku potomności.

Jak wszyscy widzą – to kolejna notka o niczym. Następna, dla odmiany, będzie o czymś. Zapewne jutro, albo pojutrze. Póki co zaaktualizowałem stronę o moich pracach, a także notkę o mnie, bo stara się zdezaktualizowała. No i blog zmienił szaty na bardziej przejrzyste.

Więc do następnego!

Dziś światło dzienne ujrzał szesnasty numer Creatio Fantastica – numer jubileuszowy z dwóch powodów. Po pierwsze – Sławek Spasiewicz obchodzi półrocznicę sprawowania funkcji redaktora naczelnego; po drugie – CF ma już trzy lata.

Uważam, że to najmocniejszy numer na jaki ostatnimi czasy nas stać. Niech zaświadczy o tym już sam wstępniak do nowego numeru, w którym znajdziemy takie słowa:

“(…) W przekonaniu pewnej części osób odpowiedzialnych za kształtowanie gustów czytelniczych miłośników fantastyki słowo drukowane odchodzi do lamusa. Multimedialność i interaktywność – nieodłączne cechy Web 2.0 – mają znacznie większą siłę przyciągania niż rzędy literek na papierze. Dość bolesne to słowa w ustach tych, po których spodziewamy się, że chcą żyć z poruszania naszej wyobraźni, a nie jej wyręczania (…)”

Krytyka ta, będąca z jednej strony wyrazem sprzeciwu przeciwko miernocie twórczej, a z drugiej objawem bezsilności, jest w moim mniemaniu miażdżąca. Sławek w trzech krótkich zdaniach podsumował to, co i ja myślę o tego typu portalach społecznościowych w światku fantastycznym (czyli np. o Polterze, o Valkirii – swoją drogą, niegdyś dwa bezkonkurencyjne i wyśmienite portale, dzisiaj synonim braku profesjonalizmu). O tym, że ilość niekoniecznie przechodzi w jakość mogliśmy się jako czytelnicy, jako twórcy, przekonać nie raz. Dlaczego więc ten sam błąd popełnia się znowu? Nie mam nic przeciwko dzieleniu się swoim zdaniem wszem i wobec, portale społecznościowe mają święte prawo pełnić taką rolę – ale niech to nie będzie rola wiążąca, niech nie traktuje się ją z pełną powagą. Niech to będzie pole dyskusji, a nie portal opiniotwórczy. Niech te kółka wzajemnej adoracji, w jakie strony Web 2.0 w końcu muszą się przekształcić, nie ustalają wzorców recenzenckich chociażby, bo nie mają ku temu podstaw. Bo gdy ja umieszczam kilka słów refleksji o jakimś filmie lub książce tu na blogu, to nie nazywam tego recenzją. Nie nazywam, bo nie spełnia to żadnych wymogów recenzji, ani nie przeszło to żadnej redakcji ani korekty. Zaś gdy na Web 2.0 ktoś na blogu umieszcza opis wrażeń z danego dzieła na swoim kawałku portalu, z miejsca traktowane jest to jako pełnoprawny tekst krytyczny.

Efekt miniaturyzacji i syndrom oszczędzania czasu – tym jest Web 2.0. Krótka informacja o danej książce, którą szybko się czyta i nie wymaga to żadnego przygotowania intelektualnego. Tak to można sobie pogadać przy piwie, w pubie, przekrzykując się i drocząc z uśmiechem na twarzy. Bo rozmówcy wiedzą, że nie starają się nawet być profesjonalni, bo sobie po prostu gadają. A na Web 2.0 poziom takich opinii rośnie o wiele za wysoko. Tymczasem rzeczy naprawdę problemowe, naprawdę rzetelnie przygotowane nie mają racji bytu – bo z reguły pisane są specjalistycznym słownictwem, bo posiadają jakąś tezę i starają się ją zaktualizować poprzez dowodzenie lub obalenie (bądź po prostu weryfikację).

Tym bardziej polecam nowe Creatio, które nie jest i nie będzie portalem Web 2.0. W nim znajdziecie artykuły, które w stronach społecznościowych nie znajdziecie – jak tekst Adasia Florczyka, jak publicystykę Michała Cetnarowskiego, Pawła Ciećwierza, jak dyskusję nad książką Wojtka Szydy, która rozbiera powieść na części pierwsze (takiej recenzji nigdzie indziej nie znajdziecie).

Ja tymczasem nie będę gadał dalej po próżnicy. Koledzy z redakcji zrobili to lepiej. Zapraszam do lektury szesnastki.

Hiszpańskie cuda kinowe

Pamiętam ogólną euforię, jaka zapanowała wśród kinomanów, gdy do kin wszedł japoński Ring. Hideo Nakata stworzył coś świeżego, coś tak kompletnie odmiennego od amerykańskich filmów grozy, że strach. Wszyscy byli zachwyceni. To nic, że film nie był ani specjalnie nowatorski, ani jakiś wspaniały fabularnie. Straszył i to w sposób niekonwencjonalny. A to najważniejsze.

Wszyscy wtedy okrzyknęli japońskie kino grozy nowym renesansem. Skośnookie horrory zalały świat. Raz były to filmy świetne, jak chociażby Dark Water Nakaty, raz zupełnie nieudane, jak The Grudge Miike. Tak, czy siak, mieliśmy mocny wiatr ze wschodu, który odkurzył nieco zmęczoną twórczość z Hollywood.

Minęło dziesięć lat i znowu nadeszły lata tłuste. Tym razem świeże powietrze przyleciało z zachodu, z Europy, tej starzejącej się, pozornie dekadenckiej starej maciory, znanej do tej pory z nieprawdopodobnie nudnych francuskich dramatów i niemieckich spaghetti westernów (oraz pornusów, nie zapominajmy!). Pytanie tylko, czy są to ostatnie podrygi umierającego, czy powrót z dalekiej podróży? Sądzę, że przekonamy się wkrótce. Przekonamy się za sprawą Hiszpanii.

Del Toro. Kto go dziś nie zna? Po sukcesie Labiryntu Fauna było o nim nawet zbyt głośno. Jednak nie należy się dziwić – nakręcił bardzo dobry film. Nie genialny, ale bardzo solidny. Wybił się zdecydowanie ponad przeciętność, ale chmur nie osiągnął. Przynajmniej nie jako reżyser. Bo jako producent, już bardziej. Mowa tu o jego udziale w hiszpańskim Sierocińcu – Del Toro był jego producentem.

Sierociniec jest filmem, który garściami czerpie z innych filmów. Te najbardziej oczywiste wycieczki to Inni z Nicole Kidman, czy Szósty zmysł. Trzeba przyznać, że odwołania bardziej niż szczytne. Jednak historia małego chłopca w masce jest czymś więcej niż tylko kopią. Wyróżnia ją przede wszystkim klimat – duszny, tajemniczy, a zarazem bardzo współczesny. To zarazem film noir, jak i obraz nowocześności. Widz ogląda świat mu znany, zaledwie trochę przykryty kurzem. Dzięki tej perspektywie ma szansę zobaczyć go na nowo, zanalizować, co jest w nim nie tak. W Sierocińcu globalizacja zwalnia, choć czai się gdzieś za rogiem, cały czas jest odczuwalna. Tworzy się wrażenie kameralności. Opowieść jest prosta, bezpretensjonalna, ale potwornie emocjonalna. Japońskie horrory straszyły mistyką, egzotyką, legendami nieznanymi ludziom zachodu, zaś hiszpańska groza jest tak nieprawdopodobnie swojska, że aż obca.

Następnym uderzeniem jest Rec, na którym widać, że twórcy nie chcieli nawet ukryć, że wzorują się na całej gamie filmów o zombie. Jednak i tutaj nie można powiedzieć, aby była to kolejna kopia. Fakt, można mnożyć odwołania – a to Świt żywych trupów, a to 28 dni później, a to to, a to tamto, ale Rec raczej twórczo je przetwarza, niż biernie powtarza. Film z początku nużący, usypiający widza, w pewnym momencie nabiera szaleńczego tempa. Podczas seansu miałem wrażenie, jakbym uczestniczył w wojnie totalnej, w kinowym “blitzkrieg” – twórcy w pewnym momencie przekraczają granicę zwykłego filmu dokumentalnego i wkraczają w terytorium strachu, a potem, do samego końca, już nie zwalniają tempa. W Rec nie ma kroków w tył, tam nikt się nie cofa, nie ma takiej możliwości. Fabuły praktycznie brak, są za to sceny naszpikowane akcją (choć efektów specjalnych jest jak na lekarstwo!), które jednak łączą się w całość. Mamy atmosferę absurdu, dezinformacji i (ponownie!) duchoty. Zamknięty, odizolowany przez wojsko, policję i Bóg wie, kogo jeszcze, budynek, w którym tłoczą się bez ładu i składu mieszkańcy jest miejscem kaźni, która nawet dla ludzi o najtwardszych nerwach jest zbyt okrutna i obrzydliwa. Mi raz za razem oczy wychodziły z orbit i autentycznie się bałem. Jednocześnie byłem urzeczony – tak bezkompromisowego horroru nie widziałem od lat. Na dodatek smaczku i oryginalności dodaje sposób filmowania. Znamy go już od czasów Blair Witch Project – to pozornie amatorski dokument, kręcony nieuważnie, często nieogarniający tego, co się dzieje wokoło. Idea tego wszystkiego jest prosta – widz ma wejść w sam środek paranoi. Widz ma czuć to samo, co bohaterowie – panikę, strach i pochodne. Rzadko doświadczamy tego typu filmów, może dlatego, że twórcy uważają, że lepiej czegoś podobnego nie można już zrobić, że makabra z Coffin Rock była wzorowa. Rec pokazuje, że warto próbować, bo może się udać. W tym przypadku wyszło o kilka kręgów piekła lepiej.

Czekam na następny film z półwyspu Iberyjskiego. Oby była to groza. Oby z jak najwyższej półki. Wreszcie Europa nie musi się wstydzić.

Witajcie w…

Na okładce zbiorku opowiadań Doroty Korwin-Piotrowskiej widnieje dumna plakietka “Literatura Nowej Generacji”. Tytuł też jest znaczący, można się po nim spodziewać pewnych rozważań na temat życia w sieci lub obok sieci (w końcu słowo “real” należy do slangu internetowego). Obrazek zaś prezentuje faceta z papierosem siedzącego przy piwie i orzeszkach (chyba?). Gdyby zajrzeć do środka, przekartkować do spisu treści, okaże się, że 69-stronica książeczka skrywa 16 opowiadań, a właściwie shortów. Widać więc już na pierwszy rzut oka, że coś tu śmierdzi. Jednak literaturę oceniać można dopiero po przeczytaniu, nie zaś po pozorach. Otwierasz więc czytelniku i od razu masz okazję zapoznać się… No właśnie, z czym?

Ano niewiadomo. Od pierwszej do ostatniej strony bowiem proza Korwin-Piotrowskiej jest prozą o niczym. Każdy tekst to krótkie zarysowanie sytuacji. Nic poza tym. Oto dostaliśmy szkice pojedynczych scen, które nijak nie układają się w całość. Nie dość, że nie bronią się oddzielnie, to razem splecione też pozostają bezbronne. Nawet mrowie utworów pozostanie tylko mrowiem, jeśli niczego nie skrywa.
Mamy więc tekst-pamiętnik (właściwie blog) jakiegoś bliżej niesprecyzowanego frustrata, jakiś opis małej wioski, wynużenia dziecka o matce-sadystce, nużące sprawozdanie z dnia Matki Polki, pseudo-wywiady z osobami “wierzącymi, ale niepraktykującymi” i opowiadanie o opowiadaniu.
Brakuje tylko pełnego żółci opisu rzygania.
Jedynie króciutka Haneczka jest okraszona szczątkową fabułą i już znacznie bardziej wyraźnym sensem. To jedyny utwór z przesłaniem, przy którym rzeczywiście rusza wyobraźnia i refleksja.

Korwin-Piotrowska wpisuje się w tanią modę postmodernizmu. Eksperymentuje z formą zarówno na poziomie zdania jak i akapitu, tudzież całego tekstu. O ile do eksperymentów samych w sobie nic nie mam, na tym wszakże polega pogoń za oryginalnością, o tyle mam sporo przeciw eksperymentom samym dla siebie. A tego u pisarki pełno. Kolejnym znacznikiem estetyki postmodernistycznej jest kompletny brak fabuł. Te teksty to nie opowieści, to ulotki reklamowe, swoiste pisarskie CV w butelce (“spójrzcie, potrafię pisać, weźcie mnie do czegoś większego!”). To charakteryzacje nieruchomych obrazów, właściwie tylko machnięć pędzlem. Jak inaczej nazwać opowiadanie, które opowiada o samym sobie?
Żeby chociaż to wszystko do czegoś prowadziło, tymczasem nie, a nawet wręcz przeciwnie! Nie ma w tej książce żadnego sensu. Postmodernistom wydaje się, że są odkrywczy w odkrywaniu odkrywczości. Tymczasem nie snują żadnej prozy, po prostu piszą. Skoro ich nic nie obchodzi treść, tylko znaki, to co ma mnie obchodzić cała ta pisanina? Czytając to czułem się, jakbym badał kolejne cyfry po przecinku w liczbie Pi.
A szkoda, bo autorka ma naprawdę smakowity styl. Umiejętnie łączy wyrazy, jest to wyjątkowo kwiecista fraza. Gdyby tylko zaprzęgła ją w służbę literatury, semantyki nawet, a nie do syntaktyki, powstałby zbiorek, który sam by się czytał z przyjemnością.

Generalnie – odradzam. Większy miód na moje serce leje jakikolwiek bank śląc podziękowania za użytkowanie konta.

Z dniem dzisiejszym na sieci zagościł najnowszy, piętnasty numer Creatio Fantastica. Periodyk w nowej oprawie graficznej, w środku sporo opowiadań (w tym jedno zagraniczne Guido Eekhauta), trochę publicystyki, jak zawsze recenzje i dział planszówek. Do obejrzenia pod tym linkiem.

Jeśli istniałby Dekalog Dziennikarza, pierwszym prawem byłoby:
I. Brak informacji to też informacja!
I nie, nie chodzi mi tu o pisanie bezsensownych newsów, notek prasowych, aby tylko wypełnić czymś kolumnę, gdy nadchodzi sezon ogórkowy. To tanie i żenujące, choć też niestety nagminne. Gdy spytałem kiedyś pewnego redaktora, jakich tekstów oczekuje do swojej gazety, odparł mi:
- Nie czarujmy się: czy pani Jasia dzisiaj dobrze spała, czy pies pani Heli zrobił łądną kupę. To chcą czytać wszyscy.
Kłamstwo powtórzone po raz dziesiąty podobno staje się prawdą. Gdy się tymi kłamstwami karmi czytelników co i rusz, w końcu i oni uwierzą, że ta pseudoinformacja jest im do życia niezbędna.
Nie nad tym jednak chciałbym się dziś poznęcać.
Pozwólcie, że przedstawię Wam pewną sytuację…

Godzina 10.00. Dziennikarz wchodzi do supermarketu marki B. Zadanie jest proste: wypytać kierownika sklepu (względnie właściciela, jeśli jest, chociaż dorwanie prywaciarza w firmie graniczy z cudem, bo prywaciarz ma matołów od roboty, sam zjawiać się nie musi) o kilka banalnych spraw dotyczących zatrudnienia. Celem reportażu jest bowiem krótki wywiad największych przedsiębiorców w mieście i porównanie ich oferty. Są wakacje, więc sporo młodych ludzi wraca do domów. Często z myślą o znalezieniu pracy.
Pytania są więc banalnie proste:
- Ilu ludzi jest zatrudnionych w sklepie?
- Jaka jest orientacyjna stawka dla kasjera, magazyniera, itp.?
- Czy zatrudnia się studentów/uczniów na staż, bądź na pół etatu?
- Jak wyglądają warunki pracy w firmie? Jaka panuje atmosfera?
Nie ukrywajmy tego – pytania, choć łatwe, są z gatunku “pozwól mi wejść z buciorami w życie firmy”. Jednak mądry człowiek słysząc te pytania potrafi się chwilę zastanowić i udzielić odpowiedzi, która nie dość, że zgrabnie ominie co bardziej wstydliwe, to jeszcze zapewni firmie darmową reklamę. Nie trzeba przecież mówić, że na zapleczu są karaluchy, a kasę wypłaca się tydzień po terminie zapisanym w umowie o pracę. To są tajemnice firmy, a Dziennikarz o nie nie pyta. Dziennikarz pyta o fakty. Nie ma zamiaru wywołać afery, bo nic by z tego nie zyskał. Bądźmy szczerzy – supermarket marki B. i jego władze to nie Lew Rywin, ani nawet nie Biedronka. Z tego, jak ludzie zarabiają w B. sensacji nie będzie. Tym bardziej, że nikt niezadowolony z pracy w B. się ani do prokuratury ani do mediów nie zgłosił.
Jednak Dziennikarz słyszy, że kierownik sklepu nie jest upoważniony do podawania tego typu informacji. Pada więc pytanie – do jakiego typu podawania informacji jest pan kierownik upoważniony? W odpowiedzi zaskoczona twarz i mała karteczka z numerem telefonu na infolinię sieci supermarketów B. Podobno tam udzielają tego typu informacji.
Dziennikarz więc dzwoni. Jest 10.08.
- Halo, dzień dobry. Jestem Dziennikarzem z Takiej A Takiej Gazety i chciałbym zrobić reportaż o zatrudnieniu w państwa sklepie na terenie Ostrołęki…
- Przykro mi, aktualnie nie posiadamy tego typu informacji.
- A jakiego typu informacje państwo posiadacie?
- Proszę zadzwonić jutro…
Sytuacja w sieci supermarketów marki S. powtarza się.
W supermarketach marki M. to samo.
Nieco inaczej wygląda sprawa w supermarkecie marki G. Tam po prostu nie mają nic do powiedzenia, bo dopiero wrócili z urlopu. Na propozycję, czy nie można by w takim razie wrócić i przypytać w przyszłym tygodniu, odpowiadają:
- Wie pan, ja zostawię rozmowę dla tych, którzy mają coś do powiedzenia.
- Czyli pani nie ma nic do powiedzenia?
Cisza.
- No tak.
Podsumowując: reportaż nie został zrobiony, bo przecież żadna odpowiedź nie została udzielona. Raptem tylko w jednym supermarkecie kierownik był na tyle miły, by wysłuchać pytań.

O to mi chodzi, gdy mówię, że brak informacji to także informacja. Obowiązkiem Dziennikarza jest informować. W tym wypadku wydaje mi się, że jest to już nawet konieczność. Wnioski z tego wpisu każdy wysnuje sobie sam.

I’m back

Od ostatniego wpisu minęło sporo czasu. Jakoś straciłem serce do blogowania (jakbym je kiedyś posiadał), ale nic to. Pora przetrzeć kurz zalegający na tych wirtualnych półkach i zacząć pisać znowu.

Przejrzałem poprzednie wpisy i kilka razy złapałem się za głowę z okrzykiem “co ja wypisuję!”. No, ale w końcu strona ta to raczej brudnopis, więc nie będę łapał na siłę za gumkę i wycierał, com nabazgrał. Po prostu teraz przyłożę się trochę bardziej.

Z tego powodu małe porządki – blog ma nową oprawę. Chyba nieco bardziej przejrzysta. W każdym razie stara przejadła mi się strasznie, a nie mam wielkich umiejętności administratora i nie wyczaruję nic lepszego niż zwykły szablon, który WordPress oferuje.

Postanowiłem trochę zmienić profil – będę teraz pisał także o moim mieście, o Ostrołęce. Po kilku męczących miesiącach w Olsztynie wróciłem na stare śmiecie i postanowiłem sobie odświeżyć znajomość z Scharfenwiese. Kilka obserwacji już poczyniłem. Na dniach można spodziewać się wpisu o supermarketach w stolicy Kurpii. Dodam również podstronę z moimi pracami (specjalnie nie publikacjami, bo jak się okazuje, nie tylko publikuję). Będzie ona na bieżąco aktualizowana. W środku oprócz listy tego, co jest już dostępne do podziwiania (albo i wręcz przeciwnie…), znajdzie się spis prac oczekujących na wyjście. Jest ich trochę, warto o nich wspomnieć.

W takim razie: do przeczytania wkrótce!

Kolejne trudne święto narodowe, następna rocznica… Ciągle te same mordy krzyczące w telewizorze cały czas na nowo te same frazesy. Kiedyś był taki quasi-algorytm do tworzenia przemówień. Były trzy kolumny, w każdej po dwadzieścia zwrotów. Łączyło się jakiekolwiek wyrażenie z pierwszej kolumny z wyrażeniem z drugiej kolumny i dodawało następnie coś z trzeciej. Co by człowiek nie dodał, zawsze wyszło logicznie. To jest: wewnętrznie niesprzecznie, bo z sensem to nie miało wiele wspólnego. Wydaje mi się, że i teraz jest tak samo. Potrzebne są tylko dodatkowe trzy elementy oprócz wspomnianego algorytmu – polski polityk, polska telewizja, polski odbiorca. Te cztery rzeczy razem wzięte tworzą nasz kochany, ciepły, przytulny gnój narodowy.

Tak, odbiorca także – przeczytaliście poprawnie, uwierzcie własnym oczom. Wy też należycie do naszego bajorka. Bo nigdy nie jest tak, że można sobie mówić w przestrzeń o takich sprawach jak polskość. Teoretycznie to możliwe, ale w praktyce, zawsze mówi się w czyimś kierunku. A nasi politycy wespół z naszą telewizją mówią właśnie do nas. Witamy w kółku wzajemnej adoracji.

Przyznam szczerze, że nasza rodzima warstwa “polityczna” przestała mnie śmieszyć. Nad nią już załamałem ręce, nie warte to niczego więcej. Czasem sądzę, że to i tak za dużo. Śmieszą mnie za to ci, którzy czują wewnętrzną potrzebę zamknięcia ust politykom. Mam ubaw z każdej mordy, która na hasło “Powstanie warszawskie“, “marzec 68“, “stan wojenny” i inne motywy przewodnie, które tu w kraju towarzyszą dyskusjom o patriotyzmie, odkrzykuje “dajcie nam żyć przyszłością“, “w Irlandii się żyje inaczej, nie przypomina się o czymś, co było“, “nie chcę być patriotą, gdy rządzicie“, “co mnie to wszystko obchodzi?“. Oto prawdziwa natura Słowianina znad Wisły – ze skrajności w skrajność.

Przytaczanie tu mądrości o “złotej wolności szlacheckiej” byłoby zbyt trywialne. Co prawda nie przytaczanie jej jest już głupie, ale bądźmy szczerzy – walka z tymi głosami dochodzącymi z jednej i drugiej strony bajora jest jak walka z wiatrakami. Idiotyzm to choroba, a idiota to szczególnego przypadku hydra. Szczególnego, bo hydrze oryginalnej odrastały głowy, a idiocie odrastają usta, gdy się je zamknie. Jedne usta obok drugich, nieskończona symfonia byle czego, byle głośno. Zawsze sądziłem, że Polsce demokracja nie służy, ale to co się dzieje teraz, to cuda na kiju. Mieliśmy przykład z Anglii, gdzie szkoły wychowują debili, dlaczego więc demokracja tutejsza popełniła ten sam błąd? Najnowsze pokolenie 18-, 19-latków, którzy teraz poszli do urn i zagłosowali, zapamięta swoje pierwsze wybory jako wybory przymusowe – tak naprawdę wybór był tylko między tymi, którzy za wszelką cenę chcieli utrzymać się przy stołkach, a tymi, którzy z pasją ich stamtąd zrzucali, nic pomiędzy. Ile razy już od takich młodych słyszałem, że trzeba było wybrać mniejsze zło? Bo inaczej trzeba będzie emigrować?

I tak wyemigrujecie młodzi. Bo w Irlandii jest robota. Bo tam się można skurwić za przyzwoite pieniądze. Nie to, co tutaj, nie?

W dużym uproszczeniu – spór pomiędzy dzisiejszą władzą, a dzisiejszymi władanymi o polskość, o patriotyzm, o poczucie narodowe sprowadza się do tego, żeby głośniej krzyczeć “nie”, gdy drudzy wołają “tak”. Bo dzisiejszy władany, każdy młody i stary idiota tych dni, chce żyć przyszłością, najlepiej w Polsce-Irlandii. Chce czuć się lepiej, bo będzie mógł wydawać funty zamiast złotówek i ma nadzieję, że z telewizorów zniknie Kwa sp. Z.O.O., a zaczną nadawać “Big Brothera” z Gulczasem po raz enty. Zamiast historii ma pendrive’a, gdzie trzyma ukradzione z netu pliki mp3, a jednocześnie słucha Autorytetu (w szczególności, gdy ten podnosi głos albo wali “dyplomatołkami”), który każe mu być dobrym człowiekiem i wstać do hymnu na baczność, gdy gra Polska Reprezentacja. Bo Dywizjon 303 to już nie, ale najbardziej polski Belg już tak.

Ogółem – dzisiejszy Polak żyje urojeniami:
Dajcie nam żyć przyszłością“? Nie da się żyć przyszłością, ale teraźniejszością jednocześnie planując na przyszłość i pamietając o przeszłości, aby nie popełnić po raz kolejny tych karygodnych błędów.
W Irlandii się żyje inaczej, nie przypomina się o czymś, co było“? Panie Polaku, Pan to w Irlandii nie żyjesz, ale w Irlandii pracujesz. A raczej tyrasz na zmywaku, a pod ciebie podlegają tylko szczury. I robisz Pan z siebie szmatę za spore pieniądze, ale przecież przywiezienie funta do Pcimia rekompensuje wszystko.
Nie chcę być patriotą, gdy rządzicie“? Więc będziesz patriotą, gdy rządzić nie będą?
Co mnie to wszystko obchodzi?“? I to jedyny logiczny argument…

A teraz mój argument przeciw wam wszystkim:
Co będziecie krzyczeć, gdy ktoś jest sobą? Nawet jeśli oznacza to bycie patriotą? Albo lepiej – nawet jeśli to oznacza, że się patriotą nie jest?

PS: Na szczęście ktoś jeszcze pamięta kampanię wrześniową, powstańców warszawskich, studentów z marca 68, stan wojenny. I nie po to, aby się smucić lub cieszyć. Po prostu, żeby pamiętać.

Starsze wpisy »