Kanały:
Wpisy
Komentarze

Wieści z drukarni

Powinienem się pochwalić. W sprzedaży jest już antologia opowiadań grozy miejskiej City, której pomysłodawcą jest Kazek Kyrcz Jr. W środku między innymi Kuba Małecki, Michał Cetnarowski, Dawid Kain, Robert Cichowlas. Ja również mam w niej swój udział – jestem autorem tekstu Trzy życzenia.

Opowiadanie dzieje się w Ostrołęce. To już drugie w tym samym miejscu akcji, świat natomiast ogląda je jako pierwsze. Utwór Znicz znajdzie się w Kołysankach dla utraconych i będzie można zapoznać się z nim w 2010. roku. Tymczasem Trzy życzenia to pewien wstęp do mojego zbiorku – mroczny, ciężki, lekko groteskowy i odrealniony, dziejący się współcześnie, blisko czytelnika (mam nadzieję). To miejski horror, urban legend. Więcej nie powiem, bo reszta jest w samym opowiadaniu. Nie mnie komentować.

Zapraszam do strasznej Ostrołęki!

Los ostatnio uparł się, żeby rzucać mi kłody pod nogi. A wszystko przez to, że rzucam papierosy. Nie odstawiam palenia – w fajce zakochałem się po uszy, pozostanie moją towarzyszką jeszcze bardzo długo – jednak sprowadzam je do luksusowej przyjemności, a nie wypełnienia każdej wolnej chwili. Już nie biegam jak głupi, w szlafroczku i kurteczce zimowej na balkonik, żeby zapalić. W drodze do roboty nie wyciągam paczki i nie hipnotyzuję się dymem. Raczej nabijam fajkę czystą virginią, idę do podziemi i czytam. Godzina w ten sposób spędzona jest lepsza niż pięć minut ze szlugiem w zębach, patrząc się przy tym tępo na bagna ostrołęckie. Lubię palić, na dodatek dużo i to dla mnie trudne – uniezależnić się od tych dwudziestu przyjaciół dziennie…

Los mnie nie rozumie oraz nie popiera. Chce żebym jarał jak opętany, ale nie potrafi powiedzieć mi tego wprost. Jest bardziej bezczelny. Jego finezja jest iście bolszewicka – wali mnie po ryju, niszczy mój prywatny świat. Jest wytrwały i przekonany o swojej słuszności. Przez ostatni miesiąc zafundował mi następujące atrakcje:

- kara za przetrzymanie książki z biblioteki, spora dodajmy. I weź tu bądź człowieku ciekawy świata, jak ci każą oddać jego część. Biblioteki są przecież od pożyczania książek. Nawet wieczystego…
- mandat za jazdę bez biletu, wręczony przez sympatycznego kanara, który studiował niegdyś filozofię (zawsze wiedziałem, że ci niespełnieni filozofowie to zło w czystej postaci). Zrozumiałbym, gdyby chociaż za picie w miejscu publicznym albo za obnażanie się przed kamerami na Starym Mieście w Olsztynie, ale za brak biletu?! Komunikacja Miejska jest od przewożenia pasażerów, tak? Ja jestem pasażerem, tak? No to czemu mnie muszą karać za przejazd?!
- zgubienie książki, na dodatek nie swojej. To jest jakieś kuriozum, ja kocham książki! Tymczasem ta jedna po prostu w jednej chwili była, a w kolejnej przestała być. Pstryk, los strzelił palcami i stało się. Jestem w plecy o Muzykofilię Sacksa…
- pomylono notkę o mnie w antologii City. Nie wiem, komu i w jakich okolicznościach przyszło na myśl, że Łomża (miejsce mojego urodzenia) jest na Kurpiach… Niby epoka Internetu, wszechobecnej informacji, do wikipedii jeden klik, a tu taki babol…
- zmienili mi grafik w robocie. Ogółem uczelnia pokazała mi, że różnica między zwykłym studentem, a doktorantem jest minimalna. Twojego czasu uniwerek nie będzie szanował nawet, jeśli będziesz wykładowcą. Chyba tylko sprzątaczka ma tam coś do powiedzenia…

Podsumowując, najjaśniejsza panienko, jestem w najciemniejszej dupie. Gdy zrobiłem sobie dyspensę na Falkon i dopadłem do paczki szlugów, wszystko ułożyło się świetnie. A tak koncertowo się wali. Idę zapalić. Fajkę. Bo ja się łatwo nie poddam!

Pomyślałem sobie, że są rockowe kapele, którym najlepiej wychodzi śpiewanie o tym, jak to zajebiście jest grać rocka. Rockowy styl – jeans i skóra, ćwieki, mocne buty, kobiety na wyciągnięcie ręki, motocykle, brody, gitara jako przedłużenie męskości. Właściwie o to w tym wszystkim chodzi – by stać się większym niż się jest, by zgromadzić wszystkie symbole w jeden wielki fetysz i mieć z tego radochę. Jak Halford wychodzi na scenę w stroju policjanta rodem z pornosa, to przestaje być zwykłym facetem, a staje się rockowcem – bożyszczem tłumów. Jego głos roznosi się po wielkich halach koncertowych, ludzie ryczą wraz z nim, a łbami tłuką powietrze. Tańczą, jak im zagra. Tak samo Ozzy. Tak samo Metallica, Vader, etc. Rock jest (a może był?) przepustką do spojrzenia na siebie jak na idola. Rockowcy lubią budować sobie swój własny pomnik. Śpiewając o tym, łączą dwie przyjemności – granie rocka i udowadnianie sobie, że granie rocka jest git. Bez rocka każdy z nich byłby pewnie nikim.

Na myśl przychodzi mi przynajmniej kilka kapel – Kiss, Led Zeppelin, Rolling Stones, Bad Company, The Who, Thin Lizzy. No i przede wszystkim Saxon.

Saxon powstał za czasów, kiedy Brytyjska Nowa Fala Heavy Metalu rodziła się i praktycznie z miejsca została okrzyknięta nowym muzycznym renesansem. W tamtym czasie królował Judas Priest, Iron Maiden nagrywało swój debiut, a Ozzy był tak mroczny, że strach. Saxon znalazł swoją lukę w utworach rozkraczonych na granicy heavy metalu i hard rocka. Właściwie ciężko jednoznacznie określić ich styl. Za pierwszych płyt był mocno hard rockowy, jednak z widocznym w tle metalowym pazurem. Dopiero ostatnie dokonania kapeli pozwoliły na jednoznaczne zaklasyfikowanie ich jako grupy heavy metalowej. Nie przeszkodziło to jednak Biffowi Byfordowi i spółce zaistnieć w muzycznej encyklopedii jako jeden z filarów NWOBHM. Mocno przyczyniły się do tego albumy Wheels of Steel, Strong Arm of the Law, Denim and Leather, Power and the Glory oraz epokowy Crusader wraz z Solid Ball of Rock (z najlepszym metalowym hymnem w historii muzyki – Requiem (We Will Remember)). Potem bywało różnie z akcentem na gorzej – zespół przeżył poważny rozłam, swego czasu istniały jednocześnie dwie grupy pod tą samą nazwą. Ostatecznie jednak Saxon podniósł się z kolan i w 2001. roku nagrał genialne, mocne i wariackie Killing Ground, gdzie panowie pokazali gitarowy kunszt (był nawet mały romans z thrashem – mówię tu o utworze Dragons Lair – heavy metalowym w wymowie, jednak muzycznie nawiązującym do estetyki thrashowej). Album z epicką tytułową piosenką, wyrazistymi Till Hell Freezes Over, Deeds of Glory oraz megarockowym Rock Is Our Life był chyba zaskoczeniem dla samego zespołu, bo do tej pory Saxon nie powtórzył tego sukcesu. Najnowsze dokonania Angoli nie zachwycają, kapela gryzie własny ogon, z muzyków wylewa się rutyna, a polotu jest jak na lekarstwo.

Jednak jest coś, co nie pozwala mi zapomnieć o Saxon. Mianowicie na ich przykładzie widać najlepiej, iż etos rockowca, śpiewającego o samym sobie niczym o jakimś bogu, jest nadal żywy.

Nie będę się porywał na wyliczenie wszystkich piosenek, w których rock jako styl życia jest na pierwszym planie. To naprawdę karkołomne zajęcie, na dodatek nie wnoszące niczego do tematu. Dość powiedzieć, że panowie starają się jak mogą, aby udowodnić mnie – słuchaczowi tego rodzaju muzyki – iż są tak przezajebiści, że szok. Na dodatek są w tym tak szczerzy, że nie sposób im nie uwierzyć. To prostolinijne, zachwycać się sobą, można to także nazwać próżnością, ale coś w tym jest. Saxon wie, że rock zdycha, dlatego produkuje kolejne utwory o rocku niejako ku pokrzepieniu serc fanów, którym proces rozkładu owej muzyki nie jest miły. Z rockiem umrze pewne pragnienie człowieka, aby być ponad wszystko. Saxon to wie.

Dlatego niezwykle ciepło przyjmuję ich I Have to Rock (to Stay Alive) z płyty The Inner Sanctum. Bo jest to kolejna piosenka o tym, jak ciężko wyrwać się ze szponów muzyki, która jest dla jej twórców prawdziwą miłością. Jest w tym coś szczerego, kiedy Byford śpiewa:

Let Me Tell You What You Need
You‘ve Got To Set Your Spirit Free
Just Hear The Power Feel The Beat
Shout Out Loud And Stamp Your Feet
Cut Me Loose But Don‘t Let Go
I‘ve Got To Rock I Can‘t Say No

Nie kryjmy się – to żadna poezja. Ten tekst to czystej maści grafomania, rap dla rockowców, opium dla słuchaczy, ale jakie to prawdziwe! Byford, rocznik 1951, nadal stoi na scenie i swoją niezwykłą chrypą magnetyzuje tłum, aby ryczał wraz z nim te proste wyznanie miłości. Śpiewa – “kocham Elkę!”. Wyje – “kocham siebie, takiego jak tutaj, stojącego tu przed wami!”. I za to ja go wielbię, bo jest na tyle bezczelny, żeby powiedzieć wprost o tym, co go wznosi ponad innych zarazem przyginając do ziemi (bo to miłość ciężka jest, psia mać, jak cały heavy metal).

Polecam w wolnej chwili. Saxon nagrał całą masę takich utworów, ich namierzenie nie będzie dla nikogo problemem, a niektóre to prawdziwe perełki, które dorastają do takich hitów jak Long Live Rock And Roll, czy I Wanna Rock And Roll All Night. Stay heavy!

O pisaniu

Większość z greckich starożytnych filozofów zasłynęła dziełami O naturze. Często tytuły te były mylące, bowiem każdy ową naturę pojmował na sobie tylko znany sposób. I tak mieliśmy księgi z interpretacją mitów, dotyczące atomów, zwykłe zbiory sentencji, rozprawy o wszechświecie, demiurgach oraz dotykające wielu innych, abstrakcyjnych spraw. Patrząc z perspektywy czasu na ten okres w dziejach myśli europejskiej, można jednak dokonać uogólnienia, iż wszyscy myśliciele Hellady stanowili jedność. Każdy z mędrców posiadał cząstkę myśli, która składała się na wielki rozum nieustannie pragnący opisać tylko jeden aspekt świata, za to na tysiąc odmiennych sposobów. Aspekt ów był niemały, bowiem był nim cały świat.

Dokonuję tego dość ryzykownego zabiegu, aby pokazać, za pomocą metafory, że w głowie każdego dzisiejszego pisarza jest w istocie taki sam mętlik, a przynajmniej porównywalny do tego jaki uczynili antyczni myśliciele.

Gdy w wyobraźni pojawia się fabuła na tekst, każdy autor przeżywa swoje pięć minut. Zaczyna obracać historią na wszelkie strony, bawić się nią, dostrajać jej rytm do swojego własnego. Opowieść żyje sama, sama też decyduje, który jej aspekt jest najistotniejszy. Zadaniem autora jest ją poskromić, sprowadzić na odpowiednie tory.

Nigdy nie robię żadnych szkiców, ani konspektów do tekstów, które piszę. Nie są mi w żaden sposób potrzebne, ani pomocne. Wręcz przeciwnie – w jakimś stopniu przeszkadzają mi w procesie twórczym. Żaden papier nie jest w stanie zmieścić myśli, które kłębią mi się w głowie. Nie ma możliwości stworzenia jakiejkolwiek mapy, czy też planu utworu. Pozwalam za to historii wić się po moich myślach, przepełniać je. To najlepszy poligon do działań – własna wyobraźnia.

Nie wyobrażam sobie sytuacji, żebym mógł trzymać się raz ustalonego przepisu na tekst. Zwykle podczas pisania zmieniam to, co zdążyło już wyjść z mojej głowy. Pozornie nieważna odnoga fabuły może nagle stać się punktem, z którego pójdę dalej. Przy takiej pisarskiej strategii nie jestem w stanie przewidzieć, co stanie się z opowieścią na następnej stronie. Siadam i piszę, po prostu. Klocki układają się same, ja jestem zaledwie narzędziem analizującym całość. Ja – czyli organ decyzyjny, naczelna instancja stawiająca najgoręcej nurtujące mnie pytania. To pewna forma koegzystencji, wręcz symbiozy – spisuję opowieść, która toczy się sama, aczkolwiek tylko wedle ustalonych odgórnie ram. Jest to zarazem dialog z samym sobą, a raczej z wielością idei przepełniających mój umysł. Idąc metaforą z początku notki – stawiam każdej odnodze historii pytania, tak jakbym każdemu z filozofów starożytnych podawał problemy do rozmyślań. Toczę rozmowę z samym sobą – soliloquia.

Często opowiadam o miejscach mi bliskich. Tak jak w Glinianym Golemie, gdzie odmalowałem najciekawszą, najbardziej szaloną z dzielnic Olsztyna – Kortowo. W Trzech życzeniach postanowiłem zmierzyć się z własną miłością do Ostrołęki – miasta, które ewidentnie mnie nie kocha, choć dało mi ogromnie wiele. W żadnym z tych tekstów nie widać do końca tej emocjonalności, jaką darzę oba te miejsca, ale przede wszystkim dlatego, że nie pozwoliły mi na to historie, które przepchnęły się na pierwszy plan. W efekcie polemizuję zarówno z magią Kortau, jak i z mrokiem Scharfenwiese, piętnuję je pomimo własnego uczucia. Pisanie jest jak dialektyka – z mojej tezy oraz antytezy opowieści goszczącej w mojej wyobraźni powstaje nieprzewidywalna dla mnie samego synteza. Proces jest ciągły i budujący pomimo tego, że po drodze sporo burzy.

Drugim aspektem, na którym skupiam się w swojej pracy są bohaterowie. Nie powiem ile w nich ze mnie, ani ile w nich z ludzi mi znanych, ani także ile w nich fikcji literackiej, gdyż to nieistotne. Ważne jest to, aby byli prawdopodobni. W pisaniu chodzi mi o przedstawienie pewnych postaci posiadających własną, niepodważalną rolę w rzeczywistości, jaką kreuję. To banał, ale trzeba, by stanowili pełnokrwiste osobowości. Chciałbym spotkać ich na własnej, poza-pisarskiej drodze. Ich problemy stanowią odbicie świata tu-i-teraz. Jeśli czytelnik widzi w nich siebie, są oni dla niego niczym zwierciadło własnych myśli, to znaczy, że moja praca nie idzie na marne.

Literatura jest właściwie żywym myśleniem, zatrzymanym jedynie w formie pewnego obrazka na papierze. To fotografia umysłu, szkic rozważań prezentujący problematykę nieobcą pisarzowi oraz jego czytelnikom. To dialog z każdą możliwością, choćby najmniej realną, ale ciekawą. Portret natury w niedoskonałej, nienaturalnej, oderwanej od rzeczywistości formie. I właśnie dlatego, że niedoskonały, bardzo bliski owej naturze.

Creatio Fantastica XXII Ostatnim razem o Creatio informowałem na blogu w dzień ukazania się numeru szesnastego. No cóż, wczoraj oddaliśmy dwudziestą drugą odsłonę na sieć. Jak łatwo policzyć – o pięciu edycjach nie padła żadna wzmianka.

Creatio przez ten czas ewoluowało – uruchomiliśmy podcasty, stworzony został miniportal z newsami ze światka fantastycznego, zostaliśmy patronem medialnym dwóch konwentów fantastyki oraz jednej nagrody (im. Jerzego Żuławskiego, z inicjatywy Andrzeja Zimniaka). Doszło kilku ludzi, a w dziale literackim postanowiliśmy publikować fragmenty książek celem pokazania czytelnikom na co mogą wydać swoje ciężko zarobione pieniądze. Do tego, zupełnie bez naszej wiedzy, dołożono nam reklamy na stronę. Ot, bonus od życia…

Periodyk nie stał się świętą krową fandomu. Jego popularność jest raczej nikła, choć nie możemy narzekać na ilość odbiorców obserwujących nasze poczynania. Na internetowej i kulturowej mapie fantastyki, Creatio zajęło pozycję pisma z ambicjami, z ekipą, która śmiało i z pomysłem przebija się do pierwszych szeregów młodych twórców science-fiction. Pozytywnie o naszej działalności wypowiadał się Jacek Dukaj, negatywnie Konrad T. Lewandowski. Czytelnicy nie rozpieszczają nas swoimi komentarzami, jednak może to świadczyć o tym, że wykonujemy na tyle solidną robotę, iż nie trzeba nas klepać po ramieniu.

Muszę przyznać, że nie do końca o to chodziło mi w 2005 roku, kiedy zakładałem CF. Publikacje w Internecie miały doprowadzić nas do przeniesienia działalności na papier. Pomysł ten został porzucony całkiem niedawno, kiedy po gruntownych naradach doszliśmy do wniosku, że nie ma miejsca na kolejny twór typu Nowa Fantastyka, czy choćby Science Fiction Fantasy i Horror. W przyrodzie jednak nic nie ginie – kilku autorów, dla których Creatio jest niejako “domem”, zostało wydanych w formie książkowej. Czarek Zbierzchowski puścił znakomite Requiem dla lalek, Dawid Juraszek wydał jako powieść swoje opowiadania z czasopism, Paweł Ciećwierz napisał Nekrofikcje, a Michał Cetnarowski Labirynty. Ten ostatni również zredagował antologię młodej polskiej fantastyki pod tytułem Nowe idzie, w której swoimi Harpunnikami zabłysnął Andrzej Miszczak (nominacja do Zajdla). Kuba Nowak za Karnawał, opublikowany w Nowej Fanastyce, również otrzymał nominację do Zajdla. Niżej podpisany wziął udział w projekcie antologii wydawnictwa Forma o tytule City 2009, a także w przyszłym roku wyda zbiór opowiadań Kołysanki dla utraconych.

Chyba więc nie ma żalu – Creatio poniekąd spełniło swoją rolę. Pozwoliło rozwinąć się nowej zmianie polskiej fantastyki. Dopiero co wypłynęła ona z portu, niewiadomo jeszcze, gdzie się kieruje, ale można spodziewać się, że w niedługim czasie wszyscy postawią żagle i obiorą słuszny kurs. A ja wreszcie zrozumiałem – CF nie jest wartością samą w sobie. To tylko furtka, która powstać musiała. Fart chciał, że zaczęło się ode mnie, jednak nie mogę przypisywać sobie jakiejś szczególnej zasługi – podobne miejsce do publikacji, do treningu, do dojrzewania, nabierania doświadczenia – powstałoby tak, czy siak. Dobrze się stało, że stało się to akurat w takiej, a nie innej formie.

Zapraszam wszystkich do lektury najnowszego, dwudziestego drugiego numeru Creatio Fantastica.

Fajka: wprowadzenie

fajeczki Ostatni rok był pełen wydarzeń. Stopniowo będę opisywać je na blogu. Na wszystkie ważniejsze znajdzie się miejsce i czas. Zacznę od pozornie błahej, jednak tak naprawdę niezwykle istotnej. Patrząc, jak wiele osób wchodzi na tą stronę dzięki wpisowi o papierosach, myślę, że dobrze byłoby pociągnąć temat nałogów. Tytoń ma wiele odsłon, można używać go na wiele sposobów. Warto więc poświęcić temu zagadnieniu nieco więcej uwagi.

Fajki.

Fajki odkryłem dosyć niespodziewanie dla samego siebie. Zetknąłem się z nimi już kilka lat wcześniej, dzięki uprzejmości mojego znajomego ze studiów oraz z Creatio – Maćka Dzierżka. Zainteresowanie nimi stało się jednak czysto imprezowe – nie przyciągnęły mnie na tyle, abym stał się fajczarskim neofitą. Prawdziwa pasja miała przyjść potem, gdy mój sąsiad oraz przyjaciel oznajmił mi, iż w piwnicy chowa kilka starych fajek oraz fajkowy tytoń.

Od tamtego momentu minął rok z hakiem, a ja jestem posiadaczem sześciu fajek, zaś siódmą przygarnę na dniach. Żyłka kolekcjonera oraz ciekawość nałogowca pokierowała mnie w stronę wcześniej dla mnie nieznaną. Zabawa z fajką przekształciła się w romans, szczęśliwy i bogaty w smak.

O ile papierosy są chwilowym wypełniaczem czasu – palę je w przerwach od pracy, w drodze dokądś lub towarzysko – o tyle fajka stała się czasochłonnym elementem samotnego relaksu. Rytuał, który jej towarzyszy – poprzez nabijanie (różne sposoby nabicia skutkują odmiennością smaku), samo palenie, aż do czyszczenia – jest dla mnie wytchnieniem oraz wyciszeniem. Powiem szczerze – nie spodziewałem się, iż można tak głęboko pogrążyć się w spokoju, a także przyjemności. W oparach sino-białego dymu znajduję enklawę wolną od stresu i pędu. To azyl dla udręczonej codziennymi problemami wyobraźni. Rozbiegane myśli mogą wreszcie odpocząć.

Pierwszą, istotną różnicą między paleniem papierosów i fajki jest niechybnie jakość samego tytoniu. Zacząłem swoją przygodę od pykania aromatów, ze względu na zapach, również smak. Tytoń fajkowy jest inaczej przygotowywany niż papierosowy, jest grubiej cięty, często prasowany w formie płatków (angielskie flake). Jest kilka jego odmian – od pozornie zwykłej Virginii, jednak posiadającej niezwykłą słodkość ujawniającą się przy ostrożnym paleniu, poprzez orzechowego Burleya, Cavendisha używanego zwykle w aromatach jako bazę smakową, do Latakii, wędzonej w specyficznych warunkach, niesamowicie chłodnej w paleniu oraz delikatnej. Istnieją różne mieszanki wyżej wymienionych, często także z dodatkami w postaci wanilii, rumu, czekolady. Wybór dla nowicjusza jest ogromny. Bez problemu można odnaleźć swojego tytoniowego graala.

Kolejną rozbieżnością jest rytuał towarzyszący paleniu fajki. Fajka jest jak kobieta – choć to trywialne stwierdzenie, jednak w większości przypadków prawdziwe – należy do niej podchodzić z szacunkiem i delikatnością. Należy przy tym być zdecydowanym. Każde palenie jest krótką historią miłosną, począwszy od burzliwego początku, pełnego ognia oraz żaru, skończywszy na szaro-białym popiele, niejako pamiątce po udanym spotkaniu. W międzyczasie można przebyć podróż pełną smaku oraz zapachu. Pamiętać należy, że fajka potrafi też płakać – płakać kondensatem (kwaśną cieczą wydzielaną przez tytoń zmieszaną ze śliną fajczarza), gdy pali się nieostrożnie i nieuważnie, bądź zbyt ostro. Fajka ma swoje humory, potrafi zaskoczyć nową nutą smakową, bądź dać w kość. Fascynujące jest to, że pomimo wciąż rosnącego fajczarskiego doświadczenia, każde palenie jest inne.

Urzekający jest sam rytuał przygotowania fajki. Rozdrabnianie tytoniu do odpowiadającej fajczarzowi postaci, nabijanie… Tak jak pies ślini się na sam widok kiełbasy, tak w fajczarzu wzmaga się potrzeba zapalenia podczas tych czynności. Samo palenie jest punktem kulminacyjnym, rozwleczonym w czasie apogeum, nieustannie uwalniającym przyjemność. Fajka jest towarzyszem czytelników, kompanem w pisaniu, oglądaniu filmu. Fajka zna najskrytsze sekrety palącego przez co jest to wręcz intymna relacja. Fajka, kolejny banał, lubi być palona. Zanim człowiek się zorientuje, fajka staje się istotnym elementem życia.

Kiedyś Sławek Spasiewicz spytał mnie, na co fajczarzom tyle fajek? Odpowiedź jest prosta:
- 3 fajki do czystej Virginii
- 3 do aromatów
- 3 do latakii
- 3 zapasowe
- 3 do renowacji (majstrowanie przy fajce również bywa satysfakcjonującym zajęciem)
- 3 do próbowania tytoniu
- 3 gliniane
- 3 ceramiczne
- 3 do częstowania, dla gości.

Fajka jest więc również pasją, która udziela się kolekcjonerom. Wielość kształtów i materiałów, estetyka, jaka tkwi w każdej fajce – to pewna namacalna magia. Samo palenie jest więc elementem niejako końcowym, koniecznym, ale niewystarczającym do pełnego pasjonactwa. Wokół fajki toczy się wiele spraw.

O fajce będzie jeszcze niejeden raz. Mam nadzieję, że ten wpis posłuży jako wprowadzenie. Bardziej szczegółowe relacje wkrótce. Pozdrawiam zza chmury dymu!

Na jesień: Slayer

Jest jesień, więc katuję się metalem. Metal jest najlepszy na tą porę roku – daje porządnego kopa, rozgrzewa oraz energetyzuje, pozwala spojrzeć za okno z buntowniczym wzrokiem. Ostatnimi czasy z mojej listy utworów słychać było częściej inne nuty, a choćby nieodżałowany Grechuta, cudowna Sarah Brightman, progresywne Uriah Heep, zadziorne Lao Che, cała masa folku, starego rocka, a nawet Nelly Furtado. Podobno z wiekiem zmienia się smak. Coś w tym jest. Gdy miałem piętnaście lat, mogłem całymi dniami słuchać KATa, Iron Maiden, czy Mayhem. Dziś oczywiście sympatia do tych zespołów mi nie minęła, ale przykrył ją kurz. Częściej mówi do mnie Tilt, Enya, Kasia Nosowska. Metalowy pazur się stępił. Dlatego właśnie dobrze, że jest jesień.

Udało mi się odnaleźć na nowo Slayera. Konkretnie mój ulubiony i (oczywiście) najlepszy album – Diabolus In Musica. Nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy wolą inne dokonania spod szyldu Araya i spółki. Jasne, Slayer musi być ostry, musi być okrutny oraz srogi. Panowie muszą, z całym szacunkiem dla purystów, napierdalać, aż miło. Dlatego darzę ogromnym szacunkiem Reign In Blood, South Of Heaven albo God Hates Us All, ale najwięcej diabła odnajduję gdzie indziej. Nie tam, gdzie panowie wypluwają z siebie muzykę z szaleńczym zacięciem godnym maniaków szybkości, ale raczej tam, gdzie jest ten przerażający spokój i dojrzałość chłostająca po uszach. Siódma płyta studyjna Amerykańców jest w większości dziełem Jeffa Hannemana, który tylko w nielicznych przypadkach dopuścił do pisania muzyki Kinga, a Toma Arayę tylko dwukrotnie. Na garach po raz drugi zasiadł Paul Bostaph i trzeba sobie powiedzieć, że facet wreszcie wyczuł, o co chodzi w Slayer.

Diabolus In Musica jest melodyjnym, szybkim, ale nie błyskawicznym albumem. To nie blitzkrieg jak za czasów Show No Mercy, czy Reign In Blood. To terror długich, muzycznych tortur najwyższej próby. To, że jest wolniej, nie oznacza, że nie jest ostro. Wręcz przeciwnie – jest przerażająco, a przy tym majestatycznie. Król znowu na tronie, wyniesiony na piedestał, daleki, grzmiący z wysokości. Slayer jest dalej agresywny, ale nie tym pierwotnym zacięciem. To groźny przeciwnik na polu walki, doświadczony w bojach, śmiały i nieobliczalny. Raz przyczajony, jak w Death’s Head czy Stain Of Mind, a potem wściekły w In The Name Of God albo Scrum. Zawsze bezlitosny.

Płyta jest przesiąknięta nowymi elementami, które wcześniej nie objawiały się w muzyce Slayera. Dzięki temu zadziwia i wprowadza nową jakość. To, poza wszystkim, najbardziej melodyjne, najłatwiej wpadające w ucho solówki gitarowe, które tylko pozornie rozjaśniają ten thrash metal. To właściwie kontrapunkt wobec którego cała reszta staje się surowa. Niespodzianką jest utwór Desire, zainicjowany jak ballada rockowa, narastający z sekundy na sekundę niebywałą siłą w niesamowitego potwora. Prowadzony cierpliwie, bez pośpiechu, bez tego plucia wokoło, tak wszechobecnego w Reign In Blood. Brzmi obco, wije się wokół palców wybijających niespieszny rytm, co powoduje ciarki na plecach. Jest to chyba najbardziej ambitny z utworów na tej płycie, być może nawet w karierze grupy.

Na dodatek – nową metodę odnajdujemy w Perversions Of Pain. Przy pierwszym odsłuchaniu wydaje się on sztandarowym dokonaniem zespołu, jednak w istocie nim nie jest. Brak w nim tego połamania, są za to odpowiednio wyważone proporcje szybkości i spowolnienia, niepokoju i furii. To bardziej hymn metalowy niż cokolwiek innego. To (na równi z niezwykle podobnym i metodycznym Postmortem z trzeciej płyty) Mother North thrash metalu, Fear Of The Dark albo i Roots Bloody Roots. To epokowy utwór, ciężki, ale i wysmakowany. Ktoś mógłby teraz plunąć na mnie, powiedzieć, że bardziej na to miano zasługuje Hell Awaits, czy Raining Blood, jednak nie widzę w nich takiego potencjału. To dobre utwory, wściekłe, autentyczne, jednak daleko im do klasy Perversions Of Pain.

Metal dalej potrafi mnie cieszyć pomimo tego, że musiał się podzielić moją uwagą z innymi stylami muzycznymi. Jednak zawsze chętnie do niego wracam, odkrywając coś, co niegdyś mi umykało. Zmieniając perspektywę, dostrzegam w nim teraz więcej niż dotychczas. To tak jak z kosmosem – jego środek jest wszędzie i mogłoby się wydawać, że w każdym punkcie widać to samo, tylko pod innym kątem. Natomiast stojąc gdzie indziej, widać jego inną twarz…

Respawn 2.0

Kolejny raz odgrzebuję swój blog. Zakurzony, brudny, ale własny. Pora na jesienne porządki.

Czytając starsze wpisy, nie jeden raz uśmiech pobłażliwości zagościł na mej twarzy. Słabo, panie Strzeszewski, słabo… Z bloga emanuje słodki i duszący zapach czystej amatorki. Nie sądzę jednak, że warto zmieniać cokolwiek w poprzednich notkach. Jakby nie było, to kawałek mnie. Nie zwykłem zamazywać przeszłości. I choć pokusa, by poprawić kilka zdań, albo w ogóle napisać wszystko od nowa, była silna, zwalczyłem ją jakoś. Ingerując w tamte wpisy, czułbym się jak słaba aktorka, która zaczyna poprawiać swój wizerunek od operacji plastycznej. Idąc dalej tą metaforą, wolę zadbać o jakość tego, co jeszcze tu napiszę, chcę być lepszym aktorem, a zacznę od poprawy jakości swego warsztatu. Być może uda mi się zmazać złe wrażenie.

Idea bloga się nie zmienia – dalej bezzałożeniowo, o tym, co akurat w danej chwili mnie nurtuje. Będzie więc różnie. Dużo się działo przez ten czas, kiedy mnie tu nie było. Trzeba zrobić jakiś skrót, pozbierać kawałki życia do kupy, spisać je ku potomności.

Jak wszyscy widzą – to kolejna notka o niczym. Następna, dla odmiany, będzie o czymś. Zapewne jutro, albo pojutrze. Póki co zaaktualizowałem stronę o moich pracach, a także notkę o mnie, bo stara się zdezaktualizowała. No i blog zmienił szaty na bardziej przejrzyste.

Więc do następnego!

Dziś światło dzienne ujrzał szesnasty numer Creatio Fantastica – numer jubileuszowy z dwóch powodów. Po pierwsze – Sławek Spasiewicz obchodzi półrocznicę sprawowania funkcji redaktora naczelnego; po drugie – CF ma już trzy lata.

Uważam, że to najmocniejszy numer na jaki ostatnimi czasy nas stać. Niech zaświadczy o tym już sam wstępniak do nowego numeru, w którym znajdziemy takie słowa:

“(…) W przekonaniu pewnej części osób odpowiedzialnych za kształtowanie gustów czytelniczych miłośników fantastyki słowo drukowane odchodzi do lamusa. Multimedialność i interaktywność – nieodłączne cechy Web 2.0 – mają znacznie większą siłę przyciągania niż rzędy literek na papierze. Dość bolesne to słowa w ustach tych, po których spodziewamy się, że chcą żyć z poruszania naszej wyobraźni, a nie jej wyręczania (…)”

Krytyka ta, będąca z jednej strony wyrazem sprzeciwu przeciwko miernocie twórczej, a z drugiej objawem bezsilności, jest w moim mniemaniu miażdżąca. Sławek w trzech krótkich zdaniach podsumował to, co i ja myślę o tego typu portalach społecznościowych w światku fantastycznym (czyli np. o Polterze, o Valkirii – swoją drogą, niegdyś dwa bezkonkurencyjne i wyśmienite portale, dzisiaj synonim braku profesjonalizmu). O tym, że ilość niekoniecznie przechodzi w jakość mogliśmy się jako czytelnicy, jako twórcy, przekonać nie raz. Dlaczego więc ten sam błąd popełnia się znowu? Nie mam nic przeciwko dzieleniu się swoim zdaniem wszem i wobec, portale społecznościowe mają święte prawo pełnić taką rolę – ale niech to nie będzie rola wiążąca, niech nie traktuje się ją z pełną powagą. Niech to będzie pole dyskusji, a nie portal opiniotwórczy. Niech te kółka wzajemnej adoracji, w jakie strony Web 2.0 w końcu muszą się przekształcić, nie ustalają wzorców recenzenckich chociażby, bo nie mają ku temu podstaw. Bo gdy ja umieszczam kilka słów refleksji o jakimś filmie lub książce tu na blogu, to nie nazywam tego recenzją. Nie nazywam, bo nie spełnia to żadnych wymogów recenzji, ani nie przeszło to żadnej redakcji ani korekty. Zaś gdy na Web 2.0 ktoś na blogu umieszcza opis wrażeń z danego dzieła na swoim kawałku portalu, z miejsca traktowane jest to jako pełnoprawny tekst krytyczny.

Efekt miniaturyzacji i syndrom oszczędzania czasu – tym jest Web 2.0. Krótka informacja o danej książce, którą szybko się czyta i nie wymaga to żadnego przygotowania intelektualnego. Tak to można sobie pogadać przy piwie, w pubie, przekrzykując się i drocząc z uśmiechem na twarzy. Bo rozmówcy wiedzą, że nie starają się nawet być profesjonalni, bo sobie po prostu gadają. A na Web 2.0 poziom takich opinii rośnie o wiele za wysoko. Tymczasem rzeczy naprawdę problemowe, naprawdę rzetelnie przygotowane nie mają racji bytu – bo z reguły pisane są specjalistycznym słownictwem, bo posiadają jakąś tezę i starają się ją zaktualizować poprzez dowodzenie lub obalenie (bądź po prostu weryfikację).

Tym bardziej polecam nowe Creatio, które nie jest i nie będzie portalem Web 2.0. W nim znajdziecie artykuły, które w stronach społecznościowych nie znajdziecie – jak tekst Adasia Florczyka, jak publicystykę Michała Cetnarowskiego, Pawła Ciećwierza, jak dyskusję nad książką Wojtka Szydy, która rozbiera powieść na części pierwsze (takiej recenzji nigdzie indziej nie znajdziecie).

Ja tymczasem nie będę gadał dalej po próżnicy. Koledzy z redakcji zrobili to lepiej. Zapraszam do lektury szesnastki.

Hiszpańskie cuda kinowe

Pamiętam ogólną euforię, jaka zapanowała wśród kinomanów, gdy do kin wszedł japoński Ring. Hideo Nakata stworzył coś świeżego, coś tak kompletnie odmiennego od amerykańskich filmów grozy, że strach. Wszyscy byli zachwyceni. To nic, że film nie był ani specjalnie nowatorski, ani jakiś wspaniały fabularnie. Straszył i to w sposób niekonwencjonalny. A to najważniejsze.

Wszyscy wtedy okrzyknęli japońskie kino grozy nowym renesansem. Skośnookie horrory zalały świat. Raz były to filmy świetne, jak chociażby Dark Water Nakaty, raz zupełnie nieudane, jak The Grudge Miike. Tak, czy siak, mieliśmy mocny wiatr ze wschodu, który odkurzył nieco zmęczoną twórczość z Hollywood.

Minęło dziesięć lat i znowu nadeszły lata tłuste. Tym razem świeże powietrze przyleciało z zachodu, z Europy, tej starzejącej się, pozornie dekadenckiej starej maciory, znanej do tej pory z nieprawdopodobnie nudnych francuskich dramatów i niemieckich spaghetti westernów (oraz pornusów, nie zapominajmy!). Pytanie tylko, czy są to ostatnie podrygi umierającego, czy powrót z dalekiej podróży? Sądzę, że przekonamy się wkrótce. Przekonamy się za sprawą Hiszpanii.

Del Toro. Kto go dziś nie zna? Po sukcesie Labiryntu Fauna było o nim nawet zbyt głośno. Jednak nie należy się dziwić – nakręcił bardzo dobry film. Nie genialny, ale bardzo solidny. Wybił się zdecydowanie ponad przeciętność, ale chmur nie osiągnął. Przynajmniej nie jako reżyser. Bo jako producent, już bardziej. Mowa tu o jego udziale w hiszpańskim Sierocińcu – Del Toro był jego producentem.

Sierociniec jest filmem, który garściami czerpie z innych filmów. Te najbardziej oczywiste wycieczki to Inni z Nicole Kidman, czy Szósty zmysł. Trzeba przyznać, że odwołania bardziej niż szczytne. Jednak historia małego chłopca w masce jest czymś więcej niż tylko kopią. Wyróżnia ją przede wszystkim klimat – duszny, tajemniczy, a zarazem bardzo współczesny. To zarazem film noir, jak i obraz nowocześności. Widz ogląda świat mu znany, zaledwie trochę przykryty kurzem. Dzięki tej perspektywie ma szansę zobaczyć go na nowo, zanalizować, co jest w nim nie tak. W Sierocińcu globalizacja zwalnia, choć czai się gdzieś za rogiem, cały czas jest odczuwalna. Tworzy się wrażenie kameralności. Opowieść jest prosta, bezpretensjonalna, ale potwornie emocjonalna. Japońskie horrory straszyły mistyką, egzotyką, legendami nieznanymi ludziom zachodu, zaś hiszpańska groza jest tak nieprawdopodobnie swojska, że aż obca.

Następnym uderzeniem jest Rec, na którym widać, że twórcy nie chcieli nawet ukryć, że wzorują się na całej gamie filmów o zombie. Jednak i tutaj nie można powiedzieć, aby była to kolejna kopia. Fakt, można mnożyć odwołania – a to Świt żywych trupów, a to 28 dni później, a to to, a to tamto, ale Rec raczej twórczo je przetwarza, niż biernie powtarza. Film z początku nużący, usypiający widza, w pewnym momencie nabiera szaleńczego tempa. Podczas seansu miałem wrażenie, jakbym uczestniczył w wojnie totalnej, w kinowym “blitzkrieg” – twórcy w pewnym momencie przekraczają granicę zwykłego filmu dokumentalnego i wkraczają w terytorium strachu, a potem, do samego końca, już nie zwalniają tempa. W Rec nie ma kroków w tył, tam nikt się nie cofa, nie ma takiej możliwości. Fabuły praktycznie brak, są za to sceny naszpikowane akcją (choć efektów specjalnych jest jak na lekarstwo!), które jednak łączą się w całość. Mamy atmosferę absurdu, dezinformacji i (ponownie!) duchoty. Zamknięty, odizolowany przez wojsko, policję i Bóg wie, kogo jeszcze, budynek, w którym tłoczą się bez ładu i składu mieszkańcy jest miejscem kaźni, która nawet dla ludzi o najtwardszych nerwach jest zbyt okrutna i obrzydliwa. Mi raz za razem oczy wychodziły z orbit i autentycznie się bałem. Jednocześnie byłem urzeczony – tak bezkompromisowego horroru nie widziałem od lat. Na dodatek smaczku i oryginalności dodaje sposób filmowania. Znamy go już od czasów Blair Witch Project – to pozornie amatorski dokument, kręcony nieuważnie, często nieogarniający tego, co się dzieje wokoło. Idea tego wszystkiego jest prosta – widz ma wejść w sam środek paranoi. Widz ma czuć to samo, co bohaterowie – panikę, strach i pochodne. Rzadko doświadczamy tego typu filmów, może dlatego, że twórcy uważają, że lepiej czegoś podobnego nie można już zrobić, że makabra z Coffin Rock była wzorowa. Rec pokazuje, że warto próbować, bo może się udać. W tym przypadku wyszło o kilka kręgów piekła lepiej.

Czekam na następny film z półwyspu Iberyjskiego. Oby była to groza. Oby z jak najwyższej półki. Wreszcie Europa nie musi się wstydzić.

Starsze wpisy »