Starocie

Archive for

Fajka: jak zacząć

Zanim zacznę następną notkę o fajkach, trzeba mi się wytłumaczyć, przeprosić oraz podziękować. Zacznę od końca: dziękuję wszystkim fajczarzom, którzy tak chętnie komentowali poprzedni wpis oraz poparli ów pomysł prowadzenia zapisków fajczarskich na blogu. Przeprosić chciałbym za kilka niedociągnięć, które pojawiły się wcześniej. To wiąże się również z wytłumaczeniem, iż cavendish to sposób preparowania tytoniu, nie zaś jego odmiana, liście tytoniowe prasuje się do pluga, a dopiero potem tnie się z nich płatki (flakes), a graala co prawda nie jest łatwo znaleźć, ale przy tym wyborze tytoni z pewnością warto jest szukać. Moja culpa, moja bardzo wielka culpa!

Ten wpis skierowany jest ponownie do początkujących fajczarzy (fajczarz zawsze neofitą, lubię sobie powiadać) i będzie traktować o wyborze pierwszej fajki. Na wstępie chciałbym ostrzec fajczarzy z dużym stażem, iż prezentuję tu wyłącznie mój sposób i jako przekonany o własnej słuszności (bezczelny jestem…), będę go forsował. Uczciwie jednak podam inne idee dla początkujących, aby mogli wybrać własną drogą (w fajce przecież o to chodzi).

W fajce, początkowo, najlepsze jest to, iż nie śmierdzi jak papierosy, a i można się spodziewać, że smakuje lepiej. Jedno i drugie jest prawdą, choć nie w każdym przypadku. Prawdą jest też to, że fajka mniej szkodzi – dymem się tutaj nie zaciąga, jedynie bierze się go do ust, smakuje, po czym wypuszcza. Co prawda jest to jakaś forma inhalacji i jako taka z pewnością szkodzi. Jeśli jednak, drogi początkujący fajczarzu in spe, zamierzasz palić, godzisz się na konsekwencje (oraz wszelkie korzyści płynące z palenia także). Jeśli czujesz, że mógłbyś się w fajce zakochać, zaczynasz poszukiwanie pierwszych narzędzi…

Lista rzeczy na start

Z pewnością potrzebujesz więc fajki. Jednak nie samą fajką fajczarz żyje. Potrzeba także pewnych akcesoriów, które umożliwią Ci czyszczenie (fajka nie czyszczona to fajka zasyfiona, chcesz palić syf zamiast tytoniu?) oraz rzeczy pomocnych w paleniu (jak choćby ubijacz do tytoniu, gdyż po odpaleniu tytoń się podnosi i trzeba go ubić). Przyda Ci się więc:
– paczka wyciorów – długie druciki obleczone włoskami (nitkami?), którymi należy czyścić ustnik, przewód dymny, czasem miejsce na filtr, a także wnętrze komina;
– niezbędnik fajczarza – nasi południowi sąsiedzi robią znakomite, metalowe niezbędniki, które składają się z ubijacza, przepychacza oraz łyżeczki do odsypywania spalonego tytoniu podczas palenia;
– opcjonalnie: filtry – są różne… Z balsy, z węglem aktywnym, z pianki morskiej, etc. Służą do ograniczania substancji smolistych w dymie, ale zabierają również sporą część smaku;
– opcjonalnie: kołeczek – służy do tego samego co ubijacz, można nim również zdejmować wierzchnią warstwę popiołu w trakcie komina, na sam początek jednak jest to dosyć trudne, więc polecam niezbędnik rodem z Czech;
– chusteczka oraz kawałek jeansu – chusteczka do wycierania chociażby niezbędnika po czyszczeniu, a jeans do przecierania raz na jakiś czas wnętrza komina. Dlaczego? Żeby zadbać o równą warstwę nagaru, czyli warstwy ochronnej powstałej po spalonym tytoniu. Kiedyś może zajmę się szerzej opisem powstawania nagaru, choć po prawdzie, nudny to temat.

Masz już więc wszystko oprócz samej fajki. Tutaj jest szereg opcji. Wyróżnię trzy: fajki używane wrzoścowe, fajki nowe wrzoścowe, fajki z gruszy. Oczywiście kategorii jest więcej, chociażby fajki z wiśni, czy czereśni, ale pochylmy się nad tymi trzema. Podam wady i zalety każdej z grup.

Moja pierwsza fajka

Niektórzy na start polecają nowe, wrzoścowe fajki, chociażby Savinelli Capitol, Adventure, czeskie BPK (raczej rzadko), czy inne, w miarę „tanie”, a nigdy wcześniej nie palone egzemplarze. Plusem tych fajek jest ich nowość – posiąść swoją własną fajkę, której nikt nigdy nie ruszał, ot czad! To wyjście dla „estetów”, którzy brzydzą się palić po kimś. To również opcja dla tych, którzy nie potrafią odnawiać fajek (a nowości raczej nie potrafią tego robić, prawda?). Minusem jest to, iż zwykle takie fajki posiadają prekarbonizację, czyli ktoś w fajkarskim warsztacie maznął je specjalną farbą wewnątrz komina, aby ułatwić opalanie. Internetowe sklepy podają, że fajek z karbonizacją nie trzeba opalać. To bzdura. Każdą fajkę należy opalić. Opalanie jest często długim procesem, w którym wnętrze komina pokrywa się warstwą ochronną (szerzej o tym temacie w innej notce). Karbinozat zmienia smak palonej fajki – nic dziwnego, to przecież farba. Moim zdaniem skuteczniej (chociaż z pewnością dłużej), ale i smaczniej opalać czyste drewno. Karbonizat należy zdjąć papierem ściernym. To minus nowych fajek. Następną, nawet chyba największą, ich wadą jest cena – nierzadko ponad 100 złotych. I tutaj pojawia się pytanie – czy fajczarz-neofita, ktoś kto ledwie podejrzewa, że palenie fajki może go wciągnąć (przecież wcale nie musi), powinien pozwolić sobie na ten wydatek? To często pieniądze wydane w błoto – skąd pewność, że fajczenie się spodoba? Skąd wniosek, że będzie na nie czas? Przecież taką fajkę łatwo można zniszczyć, ot chociażby – przepalić ją na wylot. I wtedy co? Portfel biedny, komin pusty, mina zniesmaczona – „a przecież miało być tak pięknie!”. Fajki nowe nie są dla nowych, oto moja opinia.

Stare, używane fajki wrzoścowe są za to tańsze, ale i odpowiednio do obniżonej ceny dostajemy obniżony standard. Fajki te były palone, często są w bardzo złym stanie. Wystarczy spojrzeć na allegro, ile wiekowych fajek nie zostaje kupionych ze względu na ich kondycję. Niektórzy fajczarze traktują fajki jak frytki – jedzą ustnik, trzymają go w zębach, gryzą, dziurawią. Inni syfią w kominie – na przykład nie czyszczą, co może doprowadzić do tego, iż fajka będzie po prostu kwaśna, będzie śmierdzieć węglem, albo co gorsza – Tillburym (każdy fajczarz spotkał na swojej drodze to coś, poguglajcie, mości nowości, a dowiecie się, o co chodzi). Jeszcze inni potrafią fajkę poobijać tak, że w ogóle przestanie przypominać ona siebie przypominać… Z drugiej strony – wśród egzemplarzy z drugiej ręki można znaleźć prawdziwą perełkę. W chwili, w której to piszę na Allegro znajdują się cztery bulldogi (bulldog to jeden z ciekawszych kształtów fajek), każdy tani jak barszcz, a producenci ich są naprawdę zacni. Jeśli ktoś umie restaurować używane przedmioty, jeśli chce spróbować renowacji – raj na ziemi. Co prawda niektórych rzeczy nie da rady odnowić albo koszt naprawy wyniesie więcej niż sam zakup nowego egzemplarza, ale kilka, na które właśnie patrzą… Heh, szkoda, że aktualnie nie śmierdzę grosiwem… Bądźmy jednak szczerzy – kupowanie fajki używanej to loteria. Na dodatek możliwe jest to raczej przez Internet (no, chyba, że kiermasze staroci w dużych miastach), gdzie nie można fajki wziąć w dłoń, obejrzeć pod lupą, włożyć do ust… Nie radziłbym tej drogi fajczarskim nowościom – można niepotrzebnie wydać pieniądze oraz zdziwić się, iż nasza ukochana fajeczka wcale nie jest taka, jak nam się wydaje… Nie mamy też żadnej gwarancji, że uda nam się renowacja, która jest kolejnym wydatkiem pieniężnym (a to bejca, a to wosk do polerowania, a to frez do zdejmowania nagaru…). Koszt zakupu takiego produktu nigdy nie jest kosztem końcowym. Nie polecam na początek.

Fajki z gruszy za to są chyba najbardziej opłacalną inwestycją początkującego fajczarza. Niżej podpisany ma dwie i sobie bardzo chwali, chociaż musi przyznać, iż już nigdy w życiu żadnej gruszki nie kupi – wrzosiec po prostu smakuje lepiej. Nie ma jednak to tamto – niewytrawiony fajczarz, nowość, nie rozpozna różnicy między wrzoścem, a gruszą. Albo będzie ona dla niego nieuchwytna, albo on sam nie będzie wiedział, czego szukać w fajce. Zasiada się do pierwszego palenia w pewnej obawie, przestrachu i ciekawości – jednak bez sprecyzowanych oczekiwań, gdyż nie wie się, najzwyczajniej w świecie, jak fajka powinna smakować. W Polsce mamy niezłe zaplecze gruszeczek – można poeksperymentować z kształtem, długością, etc. No i ta cena – dwie, maksymalnie trzy paczki papierosów – to całkowity koszt takiej fajki. Bledną przy tym wszystkie wady (początkowo), jak źle nawiercony przewód dymny (zwykle zbyt wysoko w stosunku do dna), miękkość drewna, brak odporności na przegrzewanie się. Nie łudźmy się jednak – każdy nowonarodzony fajczarz musi nauczyć się palić. Gruszki to dobra droga, bo to najlepsza jakość za tą cenę w kategorii fajek nowych, nigdy wcześniej nie palonych (konkurować z tym mogą tylko wrzośce secondy z firmy Denicotea – zaskakująco solidne i smaczne pomimo nadmiaru kitowań i toporności wykonania) – a że tanie, więc nie żal zniszczyć. Potem można na nich potrenować renowację.

Poza tym nie ma żadnej reguły – niektóre tytonie lepiej smakują w gruszach (odkryłem iż moja najstarsza gruszeńka o wiele lepiej oddaje charakter aromatu Peterson Sweet Killarney niż jakikolwiek mój wrzosiec, a mam cztery), inne we wrzoścu (nie wyobrażam sobie palenia latakii w gruszy), a cena jest często bardzo łudząca (mega drogi Peterson wykonuje co prawda fantastyczne estetycznie fajeczki, ale ze źle nawierconym przewodem dymnym…). Ktoś nowy może się bardzo mocno przejechać na nieprzemyślanym wyborze. Tu nie istnieje zasada, że im droższe tym lepsze. Najmniejszy niuans może zdecydować o smaku fajki i jej kondycji (ot, chociażby lakier na drewnie – czyste zło).

Ten wpis na pewno nie wyczerpuje tematu, raczej tylko go podszczypuje, niczym jakiś natrętny chłopak dziewczynę. Zanim kupicie swoją pierwszą fajkę, spytajcie starszych stażem fajczarzy. Możecie ich znaleźć chociażby na fajczarskim „Forum Polskiej Fajki„. Przeczytajcie też literaturę źródłową – poradniki dla początkujących są szeroko dostępne w Sieci.

Koniec słów świętych na dziś, następny wpis będzie traktował o tytoniach. Do przeczytania!

Reklamy

Wieści z drukarni

Powinienem się pochwalić. W sprzedaży jest już antologia opowiadań grozy miejskiej City, której pomysłodawcą jest Kazek Kyrcz Jr. W środku między innymi Kuba Małecki, Michał Cetnarowski, Dawid Kain, Robert Cichowlas. Ja również mam w niej swój udział – jestem autorem tekstu Trzy życzenia.

Opowiadanie dzieje się w Ostrołęce. To już drugie w tym samym miejscu akcji, świat natomiast ogląda je jako pierwsze. Utwór Znicz znajdzie się w Kołysankach dla utraconych i będzie można zapoznać się z nim w 2010. roku. Tymczasem Trzy życzenia to pewien wstęp do mojego zbiorku – mroczny, ciężki, lekko groteskowy i odrealniony, dziejący się współcześnie, blisko czytelnika (mam nadzieję). To miejski horror, urban legend. Więcej nie powiem, bo reszta jest w samym opowiadaniu. Nie mnie komentować.

Zapraszam do strasznej Ostrołęki!

Minusy rzucania papierosów…

Los ostatnio uparł się, żeby rzucać mi kłody pod nogi. A wszystko przez to, że rzucam papierosy. Nie odstawiam palenia – w fajce zakochałem się po uszy, pozostanie moją towarzyszką jeszcze bardzo długo – jednak sprowadzam je do luksusowej przyjemności, a nie wypełnienia każdej wolnej chwili. Już nie biegam jak głupi, w szlafroczku i kurteczce zimowej na balkonik, żeby zapalić. W drodze do roboty nie wyciągam paczki i nie hipnotyzuję się dymem. Raczej nabijam fajkę czystą virginią, idę do podziemi i czytam. Godzina w ten sposób spędzona jest lepsza niż pięć minut ze szlugiem w zębach, patrząc się przy tym tępo na bagna ostrołęckie. Lubię palić, na dodatek dużo i to dla mnie trudne – uniezależnić się od tych dwudziestu przyjaciół dziennie…

Los mnie nie rozumie oraz nie popiera. Chce żebym jarał jak opętany, ale nie potrafi powiedzieć mi tego wprost. Jest bardziej bezczelny. Jego finezja jest iście bolszewicka – wali mnie po ryju, niszczy mój prywatny świat. Jest wytrwały i przekonany o swojej słuszności. Przez ostatni miesiąc zafundował mi następujące atrakcje:

– kara za przetrzymanie książki z biblioteki, spora dodajmy. I weź tu bądź człowieku ciekawy świata, jak ci każą oddać jego część. Biblioteki są przecież od pożyczania książek. Nawet wieczystego…
– mandat za jazdę bez biletu, wręczony przez sympatycznego kanara, który studiował niegdyś filozofię (zawsze wiedziałem, że ci niespełnieni filozofowie to zło w czystej postaci). Zrozumiałbym, gdyby chociaż za picie w miejscu publicznym albo za obnażanie się przed kamerami na Starym Mieście w Olsztynie, ale za brak biletu?! Komunikacja Miejska jest od przewożenia pasażerów, tak? Ja jestem pasażerem, tak? No to czemu mnie muszą karać za przejazd?!
– zgubienie książki, na dodatek nie swojej. To jest jakieś kuriozum, ja kocham książki! Tymczasem ta jedna po prostu w jednej chwili była, a w kolejnej przestała być. Pstryk, los strzelił palcami i stało się. Jestem w plecy o Muzykofilię Sacksa…
– pomylono notkę o mnie w antologii City. Nie wiem, komu i w jakich okolicznościach przyszło na myśl, że Łomża (miejsce mojego urodzenia) jest na Kurpiach… Niby epoka Internetu, wszechobecnej informacji, do wikipedii jeden klik, a tu taki babol…
– zmienili mi grafik w robocie. Ogółem uczelnia pokazała mi, że różnica między zwykłym studentem, a doktorantem jest minimalna. Twojego czasu uniwerek nie będzie szanował nawet, jeśli będziesz wykładowcą. Chyba tylko sprzątaczka ma tam coś do powiedzenia…

Podsumowując, najjaśniejsza panienko, jestem w najciemniejszej dupie. Gdy zrobiłem sobie dyspensę na Falkon i dopadłem do paczki szlugów, wszystko ułożyło się świetnie. A tak koncertowo się wali. Idę zapalić. Fajkę. Bo ja się łatwo nie poddam!

Play me, kurwa, rock’n’roll!

Pomyślałem sobie, że są rockowe kapele, którym najlepiej wychodzi śpiewanie o tym, jak to zajebiście jest grać rocka. Rockowy styl – jeans i skóra, ćwieki, mocne buty, kobiety na wyciągnięcie ręki, motocykle, brody, gitara jako przedłużenie męskości. Właściwie o to w tym wszystkim chodzi – by stać się większym niż się jest, by zgromadzić wszystkie symbole w jeden wielki fetysz i mieć z tego radochę. Jak Halford wychodzi na scenę w stroju policjanta rodem z pornosa, to przestaje być zwykłym facetem, a staje się rockowcem – bożyszczem tłumów. Jego głos roznosi się po wielkich halach koncertowych, ludzie ryczą wraz z nim, a łbami tłuką powietrze. Tańczą, jak im zagra. Tak samo Ozzy. Tak samo Metallica, Vader, etc. Rock jest (a może był?) przepustką do spojrzenia na siebie jak na idola. Rockowcy lubią budować sobie swój własny pomnik. Śpiewając o tym, łączą dwie przyjemności – granie rocka i udowadnianie sobie, że granie rocka jest git. Bez rocka każdy z nich byłby pewnie nikim.

Na myśl przychodzi mi przynajmniej kilka kapel – Kiss, Led Zeppelin, Rolling Stones, Bad Company, The Who, Thin Lizzy. No i przede wszystkim Saxon.

Saxon powstał za czasów, kiedy Brytyjska Nowa Fala Heavy Metalu rodziła się i praktycznie z miejsca została okrzyknięta nowym muzycznym renesansem. W tamtym czasie królował Judas Priest, Iron Maiden nagrywało swój debiut, a Ozzy był tak mroczny, że strach. Saxon znalazł swoją lukę w utworach rozkraczonych na granicy heavy metalu i hard rocka. Właściwie ciężko jednoznacznie określić ich styl. Za pierwszych płyt był mocno hard rockowy, jednak z widocznym w tle metalowym pazurem. Dopiero ostatnie dokonania kapeli pozwoliły na jednoznaczne zaklasyfikowanie ich jako grupy heavy metalowej. Nie przeszkodziło to jednak Biffowi Byfordowi i spółce zaistnieć w muzycznej encyklopedii jako jeden z filarów NWOBHM. Mocno przyczyniły się do tego albumy Wheels of Steel, Strong Arm of the Law, Denim and Leather, Power and the Glory oraz epokowy Crusader wraz z Solid Ball of Rock (z najlepszym metalowym hymnem w historii muzyki – Requiem (We Will Remember)). Potem bywało różnie z akcentem na gorzej – zespół przeżył poważny rozłam, swego czasu istniały jednocześnie dwie grupy pod tą samą nazwą. Ostatecznie jednak Saxon podniósł się z kolan i w 2001. roku nagrał genialne, mocne i wariackie Killing Ground, gdzie panowie pokazali gitarowy kunszt (był nawet mały romans z thrashem – mówię tu o utworze Dragons Lair – heavy metalowym w wymowie, jednak muzycznie nawiązującym do estetyki thrashowej). Album z epicką tytułową piosenką, wyrazistymi Till Hell Freezes Over, Deeds of Glory oraz megarockowym Rock Is Our Life był chyba zaskoczeniem dla samego zespołu, bo do tej pory Saxon nie powtórzył tego sukcesu. Najnowsze dokonania Angoli nie zachwycają, kapela gryzie własny ogon, z muzyków wylewa się rutyna, a polotu jest jak na lekarstwo.

Jednak jest coś, co nie pozwala mi zapomnieć o Saxon. Mianowicie na ich przykładzie widać najlepiej, iż etos rockowca, śpiewającego o samym sobie niczym o jakimś bogu, jest nadal żywy.

Nie będę się porywał na wyliczenie wszystkich piosenek, w których rock jako styl życia jest na pierwszym planie. To naprawdę karkołomne zajęcie, na dodatek nie wnoszące niczego do tematu. Dość powiedzieć, że panowie starają się jak mogą, aby udowodnić mnie – słuchaczowi tego rodzaju muzyki – iż są tak przezajebiści, że szok. Na dodatek są w tym tak szczerzy, że nie sposób im nie uwierzyć. To prostolinijne, zachwycać się sobą, można to także nazwać próżnością, ale coś w tym jest. Saxon wie, że rock zdycha, dlatego produkuje kolejne utwory o rocku niejako ku pokrzepieniu serc fanów, którym proces rozkładu owej muzyki nie jest miły. Z rockiem umrze pewne pragnienie człowieka, aby być ponad wszystko. Saxon to wie.

Dlatego niezwykle ciepło przyjmuję ich I Have to Rock (to Stay Alive) z płyty The Inner Sanctum. Bo jest to kolejna piosenka o tym, jak ciężko wyrwać się ze szponów muzyki, która jest dla jej twórców prawdziwą miłością. Jest w tym coś szczerego, kiedy Byford śpiewa:

Let Me Tell You What You Need
You‘ve Got To Set Your Spirit Free
Just Hear The Power Feel The Beat
Shout Out Loud And Stamp Your Feet
Cut Me Loose But Don‘t Let Go
I‘ve Got To Rock I Can‘t Say No

Nie kryjmy się – to żadna poezja. Ten tekst to czystej maści grafomania, rap dla rockowców, opium dla słuchaczy, ale jakie to prawdziwe! Byford, rocznik 1951, nadal stoi na scenie i swoją niezwykłą chrypą magnetyzuje tłum, aby ryczał wraz z nim te proste wyznanie miłości. Śpiewa – „kocham Elkę!”. Wyje – „kocham siebie, takiego jak tutaj, stojącego tu przed wami!”. I za to ja go wielbię, bo jest na tyle bezczelny, żeby powiedzieć wprost o tym, co go wznosi ponad innych zarazem przyginając do ziemi (bo to miłość ciężka jest, psia mać, jak cały heavy metal).

Polecam w wolnej chwili. Saxon nagrał całą masę takich utworów, ich namierzenie nie będzie dla nikogo problemem, a niektóre to prawdziwe perełki, które dorastają do takich hitów jak Long Live Rock And Roll, czy I Wanna Rock And Roll All Night. Stay heavy!

O pisaniu

Większość z greckich starożytnych filozofów zasłynęła dziełami O naturze. Często tytuły te były mylące, bowiem każdy ową naturę pojmował na sobie tylko znany sposób. I tak mieliśmy księgi z interpretacją mitów, dotyczące atomów, zwykłe zbiory sentencji, rozprawy o wszechświecie, demiurgach oraz dotykające wielu innych, abstrakcyjnych spraw. Patrząc z perspektywy czasu na ten okres w dziejach myśli europejskiej, można jednak dokonać uogólnienia, iż wszyscy myśliciele Hellady stanowili jedność. Każdy z mędrców posiadał cząstkę myśli, która składała się na wielki rozum nieustannie pragnący opisać tylko jeden aspekt świata, za to na tysiąc odmiennych sposobów. Aspekt ów był niemały, bowiem był nim cały świat.

Dokonuję tego dość ryzykownego zabiegu, aby pokazać, za pomocą metafory, że w głowie każdego dzisiejszego pisarza jest w istocie taki sam mętlik, a przynajmniej porównywalny do tego jaki uczynili antyczni myśliciele.

Gdy w wyobraźni pojawia się fabuła na tekst, każdy autor przeżywa swoje pięć minut. Zaczyna obracać historią na wszelkie strony, bawić się nią, dostrajać jej rytm do swojego własnego. Opowieść żyje sama, sama też decyduje, który jej aspekt jest najistotniejszy. Zadaniem autora jest ją poskromić, sprowadzić na odpowiednie tory.

Nigdy nie robię żadnych szkiców, ani konspektów do tekstów, które piszę. Nie są mi w żaden sposób potrzebne, ani pomocne. Wręcz przeciwnie – w jakimś stopniu przeszkadzają mi w procesie twórczym. Żaden papier nie jest w stanie zmieścić myśli, które kłębią mi się w głowie. Nie ma możliwości stworzenia jakiejkolwiek mapy, czy też planu utworu. Pozwalam za to historii wić się po moich myślach, przepełniać je. To najlepszy poligon do działań – własna wyobraźnia.

Nie wyobrażam sobie sytuacji, żebym mógł trzymać się raz ustalonego przepisu na tekst. Zwykle podczas pisania zmieniam to, co zdążyło już wyjść z mojej głowy. Pozornie nieważna odnoga fabuły może nagle stać się punktem, z którego pójdę dalej. Przy takiej pisarskiej strategii nie jestem w stanie przewidzieć, co stanie się z opowieścią na następnej stronie. Siadam i piszę, po prostu. Klocki układają się same, ja jestem zaledwie narzędziem analizującym całość. Ja – czyli organ decyzyjny, naczelna instancja stawiająca najgoręcej nurtujące mnie pytania. To pewna forma koegzystencji, wręcz symbiozy – spisuję opowieść, która toczy się sama, aczkolwiek tylko wedle ustalonych odgórnie ram. Jest to zarazem dialog z samym sobą, a raczej z wielością idei przepełniających mój umysł. Idąc metaforą z początku notki – stawiam każdej odnodze historii pytania, tak jakbym każdemu z filozofów starożytnych podawał problemy do rozmyślań. Toczę rozmowę z samym sobą – soliloquia.

Często opowiadam o miejscach mi bliskich. Tak jak w Glinianym Golemie, gdzie odmalowałem najciekawszą, najbardziej szaloną z dzielnic Olsztyna – Kortowo. W Trzech życzeniach postanowiłem zmierzyć się z własną miłością do Ostrołęki – miasta, które ewidentnie mnie nie kocha, choć dało mi ogromnie wiele. W żadnym z tych tekstów nie widać do końca tej emocjonalności, jaką darzę oba te miejsca, ale przede wszystkim dlatego, że nie pozwoliły mi na to historie, które przepchnęły się na pierwszy plan. W efekcie polemizuję zarówno z magią Kortau, jak i z mrokiem Scharfenwiese, piętnuję je pomimo własnego uczucia. Pisanie jest jak dialektyka – z mojej tezy oraz antytezy opowieści goszczącej w mojej wyobraźni powstaje nieprzewidywalna dla mnie samego synteza. Proces jest ciągły i budujący pomimo tego, że po drodze sporo burzy.

Drugim aspektem, na którym skupiam się w swojej pracy są bohaterowie. Nie powiem ile w nich ze mnie, ani ile w nich z ludzi mi znanych, ani także ile w nich fikcji literackiej, gdyż to nieistotne. Ważne jest to, aby byli prawdopodobni. W pisaniu chodzi mi o przedstawienie pewnych postaci posiadających własną, niepodważalną rolę w rzeczywistości, jaką kreuję. To banał, ale trzeba, by stanowili pełnokrwiste osobowości. Chciałbym spotkać ich na własnej, poza-pisarskiej drodze. Ich problemy stanowią odbicie świata tu-i-teraz. Jeśli czytelnik widzi w nich siebie, są oni dla niego niczym zwierciadło własnych myśli, to znaczy, że moja praca nie idzie na marne.

Literatura jest właściwie żywym myśleniem, zatrzymanym jedynie w formie pewnego obrazka na papierze. To fotografia umysłu, szkic rozważań prezentujący problematykę nieobcą pisarzowi oraz jego czytelnikom. To dialog z każdą możliwością, choćby najmniej realną, ale ciekawą. Portret natury w niedoskonałej, nienaturalnej, oderwanej od rzeczywistości formie. I właśnie dlatego, że niedoskonały, bardzo bliski owej naturze.

Odwiedzono mnie

  • 63 507 razy
Reklamy
%d blogerów lubi to: