Starocie

Emil Strzeszewski

Pisarz, redaktor, dziennikarz, social media nędza. Założyciel i były redaktor naczelny e‑zinu „Creatio Fantastica”. Publikował w „Magazynie Fantastycznym”, „Fantastyce - Wydaniu Specjalnym”, „Fantasy & Science Fiction” oraz w antologiach „City 1” i „Rok po końcu świata”. Finalista konkursu Uniwersytetu Jagiellońskiego na tekst literacko-naukowy „Futuronauta”. Debiutował książkowo w wydawnictwie Powergraph steampunkową powieścią „Ektenia”. Powieść „Ród” ukazała się nakładem Genius Creations we wrześniu 2014 roku.
Emil Strzeszewski has written 119 posts for Miejsce na krawędzi szeptu

Dlaczego nie lubię skrótów

image

Są takie środowiska, które lobbują trend pisania na skróty. Pisanie na skróty występuje wtedy, kiedy pisarz stara się upodobnić język pisany do języka mówionego. Mowa rządzi się swoimi prawami i uzasadnione jest powiedzieć w rozmowie między ludźmi, iż:
– Widzisz Adama i Ewę? Oni się kochają.
To mówi Zenek do Edyty. Zenek Edytę zna od dawna. Studiowali razem, choć na innych kierunkach, teraz pracują w jednej firmie, choć na innych stanowiskach. Dogadują się świetnie, bo znają swoje upodobania oraz antypatie. Wiedzą też, o czym lub o kim mówią. Jeśli komentują coś w tak prosty sposób, to znaczy, że znają nie tylko Adama i Ewę (widzą ich codziennie w pracy, widzą ich zaloty, taniec godowy), ale też wiedzą, że mogą dokładnie to do siebie powiedzieć. Nie muszą opisywać całej sytuacji, przedstawiać historii relacji Adama z Ewą, wyprowadzać dowody na poparcie swoich słów. Oni to WIEDZĄ. Mogą więc mówić skrótem – jest tak, a tak. W domyśle – bo przecież widziałeś/aś sam/a, jak to z tym Adamem i Ewą było od dawna. Oczywiście mogą się mylić, ale według nich jest to po prostu prawda, będą więc za nią optować.
Czemu w tej prostej wypowiedzi dialogowej tkwi według mnie głęboka wina pisarza używającego tak prostych środków do opisu rzeczywistości odautorskiej?
Bo o ile w mowie uchodzi robić skróty myślowe (służą one ekonomii myślenia oraz oszczędzeniu czasu na komunikację – mowa musi znaleźć najbardziej efektywny sposób do przekazania treści), o tyle w pisaniu nie. Dlaczego nie?
Zróbmy mały eksperyment myślowy.

Wyobraź sobie, Czytelniku, że faktycznie znasz Adama i Ewę. Dowolnego Adama i dowolną Ewę. Mają się oni według Ciebie ku sobie dość znacząco. Na tyle, że choć nie zostali jeszcze parą, to ewidentnie do tego dążą.
A teraz wyobraź sobie, że wychodzisz na ulicę, zagadujesz pierwszego z brzegu przechodnia i mówisz mu:
– Widzisz Adama i Ewę? Oni się kochają.
Widzisz już, Czytelniku, do czego dążę?

A teraz odwróćmy role. Wyobraź sobie, że jesteś tym przechodniem, pierwszym z brzegu. I podchodzi do Ciebie ktokolwiek mówiąc Ci:
– Widzisz Adama i Ewę? Oni się kochają.
Jak się z tym czujesz? Co robisz?
Powiem Ci, jak ja się czuję. I co robię.

Czuję się dziwnie. Względnie – czuję się zaszczuty, prowokowany. Czuję się przestraszony, bo podchodzi do mnie nieznany mi gość, by powiedzieć mi jakąś bzdurę o ludziach, o których nie mam pojęcia. Nie mam też pojęcia, czy oby na pewno mówi mi o jakichś konkretnych ludziach, nie zaś głosach w jego głowie.
Robię zaś jedno z trojga:
1. Odpowiadam:
– No spoko, cześć, miłego dnia!
Po czym najzwyczajniej w świecie oddalam się strategicznie, nie zapominając o oglądaniu się za siebie.
2. Oddalam się strategicznie, nie zapominając o oglądaniu się za siebie.
3. Daję mu w mordę, bo czuję się zagrożony, a w takiej sytuacji pewniej mi wyprzedzić niebezpieczeństwo. Najlepszą obroną jest atak.

Każdy pisarz przychodzi do czytelnika jak ten przypadkowy koleś do pierwszego z brzegu przechodnia. Żaden pisarz nie zna swojego czytelnika. Pod tym pojęciem mam na myśli ogół wszystkich, którzy przeczytali dany utwór. Ja osobiście znam kilku swoich czytelników, ale nigdy do głowy mi nie przyszło, abym miał pisać tak, jak z nimi rozmawiam. Gdybym tak robił, wyglądałbym jak wariat dla pozostałych czytelników. Podczas pisania więc nie znam żadnego z moich czytelników, dzięki temu nie ulegam presji używania mowy, zamiast pisma.
Nie lubię chodzić na skróty. Nie lubię literatury, która chodzi na skróty. Nie lubię prostych, szybkich zdań, które od razu wykładają mi kawę na ławę. Czuję wtedy, że się mnie nie docenia jako czytelnika. Jeśli autor nie pozostawia mi przestrzeni do rozmyślania nad tym, co właśnie napisał, nie lubię tego autora.
Oczywiście od tej reguły są wyjątki, ale o tym za moment.
Spójrzcie na takie właśnie proste, szybkie, skrótowe zdania:
„Lidia polubiła Olę, gdyż opieka nad małą była niezbyt skomplikowana”.
„Marcin uważał Martę za piękną dziewczynę, więc zaprosił ją na randkę”.
„Mógł się spóźnić, więc wziął taksówkę”.
„Wyjął broń i zaczął strzelać”.
„Przeraziło go to”.
To są przykłady tego, jak zwykle nie należy pisać. Oczywiście te zdania są perfekcyjnie poprawne i nie sposób uniknąć ich wszystkich w toku długiej opowieści. Skrótowce przydają się, gdy nie autor nie chce, aby jakaś wypowiedź zdominowała opowieść, aby odciągnęła uwagę od rzeczy istotnej. Zwykle są one konieczne, ale nie są celem samym w sobie.

Gdy opisuje się bójkę, lepiej nie pisać:
„Grzegorz zacisnął pięść, przeczuwając nadchodzące zagrożenie. Dwie godziny wcześniej ta sama dłoń głaskała połyskujące włosy Beaty i lepiej byłoby prawdopodobnie, aby tak zostało. Rzeczywistość okazała się jednak inna, brutalna oraz zaskakująca. Przechodziła płynnie z lekkości bytu w ciężkie skurwysyństwo codzienności ulicznej. Na ulicy nikt nie może czuć się bezpiecznie – pomyślał Grzegorz”.
O wiele lepiej przydałoby się kilka skrótowców, dwa-trzy krótkie zdania-bomby, które przyspieszą akcję, prawda?
Ale to przecież całkiem niezły fragment, nie sądzicie? Wprowadza od razu pole do rozważań nad bohaterem oraz jego życiem wewnętrznym. Czytelnik dowiaduje się, że bohater-Grzegorz jest w istocie wrażliwym facetem i darzy uczuciem swoją potencjalną wybrankę-Beatę, która musi być fajną kobitką, skoro ma połyskujące włosy, do których głaskania dłoń sama się garnie. Jednocześnie Grzegorz jest w emocjonalnym rozkroku, bo oto w tej właśnie chwili zaciska pięści, przygotowując się do bitki, w której tak naprawdę nie chce uczestniczyć, ale przecież będzie, bo musi.
A gdyby tak teraz, tuż po tym fragmencie, rzucić mocnego skrótowca?
„I właśnie w tej chwili typ rozkurwił mu nos”.
Można by się spytać, po co ta agresja słowna? Po co ta mowa? „Rozkurwił” to kolokwializm, wulgaryzm, zwykle zbędny w narracji słownej, pisanej. Można powiedzieć:
„I właśnie wtedy trafił go cios”.
Ale trzymajmy się jednak tego nieszczęsnego „rozkurwił”. Dlaczego? Bo wzmacnia przekaz. Bo jednoznacznie daje znak, że ta bójka jest brutalna i kontrastuje to mocno z innym życiem bohatera-Grzegorza, w którym preferuje raczej głaskanie. Grzegorz jawi się kryształowo, zaś napastnik jak osoba bez znaczenia, tyle że zbędnie dzika, brutalna, pierwotna. Dodatkowo skrótowiec wzmacnia przekaz wcześniejszego, dość rozwlekłego fragmentu i go równoważy. Jest więc konieczny, ale też użyty w odpowiednich okolicznościach jest smaczny literacko.
A gdybym teraz powiedział Ci, Czytelniku, że Grzegorz jest negatywnym bohaterem tej opowieści, zaś cios napastnika był kompletnie uzasadniony? Musisz mi uwierzyć na słowo, aktualnie nie piszę o żadnym Grzegorzu, Beacie i typie, co rozkurwia nosy, ale mógłbym. I zrobiłbym to tak, że polubiłbyś Grzegorza, który jest typem skurwiela, któremu faktycznie ten cios się należy.

Gdybym pisał cały utwór skrótowcami, nie potrafiłbym pisać literatury. Przyjęło się, że akcję w utworach pisze się szybko, prosto, na temat. Bo taka właśnie jest akcja, szybka, prosta i na temat. Ale jeśli ją wydłużyć, dodaje się jakąś wartość, rozwija bohaterów, pokazuje ich w pewnej relacji do rzeczywistości oraz do siebie wzajemnie.
No chyba, że pisze się powieść sensacyjną. Tam akcja musi mieć większą rolę i jest jej znacznie więcej. Ale koniec końców, nawet w sensacji chodzi o relacje bohaterów do rzeczywistości oraz do siebie wzajemnie. Rambo jest psychicznym wrakiem, w wiecznej depresji, trochę typem ostatniego sprawiedliwego, który musi używać siły, bo na słowa już sił nie starczy. Żołnierz walczący z Predatorem (gra go Arnie, zabijcie mnie, nie pamiętam, jak się ta postać nazywała), to silny, prostolinijny gość, który spotkał się z nieznanym i zmaga się z jego poznaniem, aby to pokonać. Terminator to zaś film głęboko filozoficzny i jestem w stanie to udowodnić, co już zresztą robiłem na prelekcjach na Avangardzie oraz Polconie 2014. Kiedyś zrobię to na blogu.

Można też powiedzieć, że pisanie zdań wielokrotnie złożonych, tak pod względem stylistycznym, jak i psychologicznym, znacznie wydłuży utwór. Otóż wcale nie. Ja staram się tak pisać, a moje dwie powieści mieszczą się w 250 stronach każda. W każdym zdaniu chcę po prostu powiedzieć wszystko, ale w sposób, aby czytelnik jeszcze mógł sobie sam interpretować oraz dopowiedzieć to, co mu pasuje.
Mówią o mnie, że mam język poetycki. To prawda jedynie połowiczna. Lubię wszak używać ozdobników, przymiotników, dookreśleń, przepadam za porównaniami oraz metaforami. Nie każdy pisarz to lubi, to dobrze. Dzięki temu mój język się wyróżnia. O to chodzi. Nie sztuką jest pisać jak reszta. Na co mi taśmowe produkcje skrótowców, jeszcze na dodatek w trylogiach, tetralogiach, rozwleczonych na tysiącach stron? Jeśli bowiem napisze się takiego skrótowca, trzeba go potem uzasadnić, ergo – rozbudować.
Wróćmy do tego przykładu:
„Lidia polubiła Olę, gdyż opieka nad małą była niezbyt skomplikowana”.
Napisanie tego zdania grozi napisaniem kilku następnych. Bowiem oto trzeba wyjaśnić, kim jest Lidia; kim jest Ola; dlaczego Lidia opiekuje się Olą; dlaczego Ola potrzebuje opieki; kim są rodzice Oli i dlaczego wynajmują Lidię do opieki; czemu opieka nad Olą nie jest skomplikowana; o co właściwie chodzi.
Do każdego skrótowca, pochodzącego z mowy, trzeba znać cały kontekst. Otóż czytelnik musi być jak Zenek i Edyta ze wstępu tej notki – musi WIEDZIEĆ coś na pewno, aby taki skrót myślowy zrozumieć.
Do jednego skrótowca potrzebuje się albo kilku do kilkunastu innych skrótowców, albo jednego lub dwóch rozbudowanych zdań, które nakreślą relacje między bohaterami, a rzeczywistością, a także między bohaterami wzajemnie.
Jest to gra niekoniecznie warta świeczki.
Piszę więc poetycko, ale jednocześnie bardzo konkretnie. Czy się opłaca? Cóż, dwie powieści oraz kilka opowiadań zebrało dobre recenzje. Utwory te są też cenione przez czytelników. Oczywiście nie docieram jeszcze tak szeroko, jak bym chciał, więc pula porównawcza jest niewielka, ale mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu. Traktuję bowiem czytelnika jak partnera i chcę dać mu inną jakość, aby zobaczył, że proza jest prozą, nie zaś mową.
Bo pogadać można z kumplem, a poczytać można książkę.
Czego sobie oraz Wam życzę.
Nie piszcie na skróty (chyba, że trzeba) i nie czytajcie na skróty (bo po co?).

Polemika z wojną, This war of mine

O This war of mine usłyszałem po raz pierwszy w pracy. Znajomy zachwalał, opowiadając głównie o zaletach samej rozgrywki, mi zaś się skojarzyło z planszową grą ekonomiczną, zamiast komputerową polemiką na temat wojny. Potem zaś przyszedł shitstorm związany z artykułem Rabija w Newsweeku oraz odpowiedziami na blogach, zGRANI, Zombie Samurai. W tym czasie grałem już w This war of mine jak opętany.

This_War_of_Mine_artwork

Najlepszym głosem w dyskusji będzie opis moich emocji podczas rozgrywki. Aktualnie prowadzę azyl czwórki cywili, wyjątkowo niezgranych, niedobranych, przypadkowych, jak to zwykle bywa. Zlata lubi grać na gitarze (której nie jestem w stanie dla niej zrobić, więc snuje się smutna); Cveta kocha dzieci (które przychodzą co drugi dzień i proszą to o lekarstwa, to o konserwy); Pavle jako jedyny ma sporą przewagę nad resztą, bo szybko biega (dzięki czemu jest w stanie przeżyć nocne wyprawy po materiały). Jest jeszcze Anton, nad którym chciałbym się chwilkę pochylić.

Anton jest problemem, który mnie jako człowieka wykształconego etycznie, pozostawia absolutnie bezsilnego.

Anton jest biegłym matematykiem, naukowcem, starcem. Nie nadaje się do szabrowania, bo nie uniesie zbyt wiele w plecaku. W dodatku wystartował z chorobą, przez co wszystkie lekarstwa trafiają w końcu do niego. Na dodatek okupuje jedyne łóżko, które przydałoby się choćby Pavle, regularnie patrolującemu okolicę w nocy.

Każdy nowy dzień to dla mnie walka, aby Antona nie zostawić. Z punktu widzenia gry komputerowej, gdzie wybór nie jest etycznym dylematem, a po prostu decyzją w jaki sposób grę wygrać, moje zmagania są bez sensu. Powinienem odstawić starca od kuchenki, zamknąć przed nim szafkę z lekami, odizolować od reszty, posłać na zwiad na pola bitew, aby z nich już nie wrócił. I serdecznie mam na to ochotę.

Wiem, jestem złym człowiekiem.

Jednak Anton żyje. Koniec końców, gdy sytuacja jest krytyczna, dostaje to, co dostać musi. Gdy jego stan się pogarsza, otrzymuje ostatnią dawkę pigułek. Gdy głoduje, przygotowywany jest dla niego posiłek. Łóżko jest właściwie jego. Nikt inny od początku rozgrywki jeszcze w nim nie leżał.

Zachowuję się irracjonalnie, bo Anton jest kompletnie nieprzydatny z punktu widzenia ekonomii gry, która promuje młodych, szybkich, brutalnych. Można This war of mine przejść nikogo nie okradając, nikogo nie atakując, ale to w końcu wojna. Nie ma prostej narracji. Małość dobra, wielkość zła – wielkość dobra, małość zła. Wzajemnie wykluczające się decyzje, rozdwojenie jaźni. Daję piguły dzieciakom, którym niezbyt wierzę, ale są dziećmi. Starzec dostaje, co musi, ale nie natychmiast, nie bez żalu. Dając zasoby dzieciom, jakaś duma we mnie puchnie. Pomagam Antonowi, jestem na siebie wściekły.

Anton to taki trochę ja – naukowiec, ciapa, w codziennych realiach wojny prawdopodobnie zbędny, a wręcz problematyczny. Przypomnijmy – jestem doktorem filozofii, u mnie w domu żona skręca meble, dodatkowo jestem pisarzem i nawet gotowanie przychodzi mi z trudem. Chudzina ze mnie, jestem też kłótliwy. Mam naturalną skłonność do wychodzenia przed szereg, co oznacza w najbardziej brutalnej interpretacji, iż lubię się rządzić. Z zalet – bywam chorowity, więc pewnie szybko umrę.

Gdyby This war of mine odebrać temat, wyszłaby ciekawa gra ekonomiczna. Nie wiem nawet, czy wtedy rozgrywka nie byłaby bardziej satysfakcjonująca. Zgadzam się bowiem z tezą Rabija, iż gra wojenna w żaden sposób nie może być odwzorowaniem wojny jeden do jednego. Wybór sprzed ekranu nie jest porównywalny nawet w ułamku do wyboru w prawdziwej rzeczywistości. Tak samo za błędne uważam obronę tej gry przez podawanie przykładów literatury i filmów. Filmy Spielberga, proza Remarque’a, nie mają za zadanie symulować wojny, a po prostu pokazać jej okrucieństwo. Mogą być polemiką z wojną, ale nigdy nie będą wojną.

Jednak nie bez kozery jest This war of mine symulacją. I to symulacją udaną w stu procentach, bo wywołującą polemikę właśnie. Zdenerwowanie rozgrywką, emocjonalne granie na uczuciach gracza – tym produkt wygrywa. Jeśli ja, który zasiada przed komputerem, aby sobie po prostu pograć, nagle dostrzega okazję do dialogu – sukces. Przede wszystkim – ludzki, nie biznesowy. Widzę wiele wad w This war of mine, bywa nudna, irytująca, znam lepsze gry ekonomiczne, ale nie znam żadnej ekonomicznej gry wojennej, która stawia przede mną konieczność wyborów moralnych.

Mógłbym wygrać w This war of mine będąc skurwysynem i traktując to tylko jako grę, ale zamiast tego sprawdzam swoją moralność w symulacji praktyki. Oczywiście zapewne w prawdziwych warunkach zachowałbym się inaczej, jak tchórz. Nie wiem, nie chcę sprawdzać. Dzięki tej grze tym bardziej nie chcę.

Nie jest This war of mine jakimś fenomenem, przejdę ją i już nigdy nie wrócę. Czasami łapię się, że wolałbym pograć w coś innego, choćby w Shadowrun Returns: Dragonfall, ale zamiast tego, włączam opisywaną grę. I jestem podminowany, wytrącony ze swojej naturalnej równowagi. Nie lubię tego produktu, jest w nim zdecydowanie za dużo żalu i goryczy, nawet jak na mnie (a ja lubię ciężkie narracje, pełne dwuznaczności, brudu), ale coś mnie przykuwa przed monitor.

Cieszę się, że to wyszło spod palców polskich programistów. Jako naród mamy wojnę w krwi, w DNA. Doświadczamy smutku wojny nawet my, którzy nigdy nie uczestniczyliśmy w żadnej jako wojskowi lub cywile. Bo to wynika z naszej tradycji, z naszej historii. Polska to wojna, nawet w czasie pokoju. Można się zżymać, ale sądzę, że to prawda.

Gratulacje 11 bit studios. Zrobiliście coś genialnego w swojej kategorii. I choć nie mogę nazwać tego grą doskonałą, to z pewnością jest wartościowym, dialogicznym produktem. I chyba o to Wam chodziło.

Wywiad z Emilem Strzeszewskim w Creatio Fantastica

Moja rozmowa z Adamem Podlewskim właśnie ukazała się na łamach Creatio Fantastica. Gadamy o literaturze, szachach, e-bookach oraz ucieczce z „Wyspy Fantastyki”.

creatio46

(…)
A.P.: Czy uciekasz z Wyspy Fantastyki? Już twoja pierwsza powieść rozciągała gatunkową przynależność steampunku, a Ród zdaje się z premedytacją wyróżniać elementy inne (jak czarny kryminał, alegorie filozoficzne czy thriller szachowy) nad dobrze znany krajobraz fantastyczny. Czy jest to świadomy kierunek, czy po prostu niechęć do gatunkowych ograniczeń?

E.S.: Nie mam nic przeciwko gatunkowym ograniczeniom. Ba! Nawet nie przeszkadzają mi szufladki. Tym bardziej że w żadną się nie mieszczę i chyba to widać po dwóch opublikowanych powieściach. Aby być szczerym – odchodzę od fantastyki. Przynajmniej tej rozumianej w miarę tradycyjny sposób. Zapuszczam się w stronę eklektyczną, łączę, dzielę, mam za nic podziały. Wiem, że będę pisać po prostu punk, rozumiany po mojemu, nie znajdziesz definicji w słownikach.
(…)

Pełny zapis na stronie Creatio Fantastica.

„Ród” – recenzje

Chciałbym, aby moje książki zawsze były zaproszeniem do rozmowy. Autor mimo wszystko dość rzadko ma możliwość rozmawiać o swojej prozie lub też przysłuchiwać się jak rozmawiają inni, z definicji mądrzejsi od niego (każdy jest mądrzejszy niż pisarz). Dlatego z poniżej linkowanych recenzji, cieszę się jak dziecko, choć nie we wszystkich pojawiają się pozytywne opinie o Rodzie.

rod_strzeszewski

Powinny się co prawda pojawić przynajmniej dwie recenzje i to od patronów (śpi jeszcze Esensja oraz Dzika Banda, w przypadku Dzikiej Bandy jestem w stanie zrozumieć, bo ekipa na czele z Robertem Ziębińskim przyłożyła się do Pop Festiwalu), ale to, co jest, daje dość dobre rozeznanie.

Pozwólcie, że zaprezentuję wszystko w jednym poście, linki będące jednocześnie cytatami.

Wpierw Dawid Wiktorski z fantasta.pl:
Nawiązanie do Ektenii jest absolutnie niezbędne przy recenzowaniu Rodu – czytelnicy znający pierwszą książkę Strzeszewskiego są przygotowani na to, co zastaną w środku. Jednakże dla całej reszty może być to niemały szok – bo i autor kpi sobie z utartych schematów fabularnych. Niemalże niewidoczne nawiązania do innych scen, pewnego rodzaju drobne fabularne furtki i nieustanna żonglerka opowieścią i tłem dla niej – to najkrótsza charakterystyka Rodu. Wystarczy dodać do tego niemałą tajemniczość, która towarzyszy wielu fragmentom książki, by otrzymać tekst intrygujący, wymagający skupienia, a niekiedy wręcz deszyfracji. I, co ciekawe, autor radzi sobie z podobnymi zabiegami na tyle umiejętnie, że zapewne zdołałby tchnąć powiew świeżości w powieść kryminalną utrzymaną w konwencji „zabił lokaj”.

Audrey z Game Exe:
Rozkład społeczeństwa i moralności oraz wewnętrzne zmagania człowieka to tematy stare jak świat, dlatego trzeba ogromnej literackiej odwagi i świadomości słowa, żeby stworzyć z tego strawną literacko opowieść, a ponadto ustrzec się przed stworzeniem zbioru kazań czy ilustracji dla zjawiska kiczu w literaturze. Emilowi Strzeszewskiemu się udało i mimo że bardzo często przeplata wątki obyczajowe z metafizycznymi, a sfery sacrum i profanum nie zostały w najmniejszy sposób rozdzielone, to jest to kawałek bardzo ciekawej prozy.

Tymek Wronka wnikliwie na katedra.pl:
Jednoznaczna klasyfikacja powieści pod względem gatunkowym nie jest możliwa. Pojawiają się w niej elementy urban fantasy oraz grozy, ale stanowią tylko dekorację; podobnie jak autorski flirt z realizmem magicznym. Strzeszewski miesza też konwencje, łącząc prozę obyczajową z kryminałem. Z każdego nurtu bierze to, co mu pasuje do koncepcji i odrzuca resztę, a całość podlewa punkową (ale już bez przedrostka „steam”) bezkompromisowością, nakierowaniem literackiego obiektywu na margines, pogranicze.

Bartosz Szczyżański na polter.pl:
Najnowszą książkę Emila Strzeszewskiego można reklamować jako stylistyczną kontynuację jego debiutanckiej Ektenii – choć to zupełnie inna historia, to każdy, kto odnalazł się w klimacie tamtej powieści, z pewnością i tę uzna za wartościową lekturę. Miłośnicy prostych, lecz wciągających historii powinni sobie Ród odpuścić, natomiast ci, którzy cenią opowieści za gęsty, niepowtarzalny klimat, z pewnością go docenią.

Alek Kusz, Szortal:
Myślę, że Emil napisał tę książkę za wcześnie. Za wcześnie z dwóch powodów: Po pierwsze, chyba nie odleżała się zbyt długo, by mógł na nią spojrzeć chłodnym okiem. Po drugie, powinien ją może napisać za dziesięć lat, kiedy na koncie będzie miał parę innych pozycji, może łatwiejszych, które pozwoliłyby mu okiełznać ‘szalone’ pióro.

I wreszcie chyba najbardziej wzruszająca dla mnie recenzja, bo na łamach periodyka, który sam stworzyłem (choć od dawna nie jestem już w redakcji). Adam Podlewski, Creatio Fantastica:
Najważniejsze jest Miasto, ta senna, mgielna i zimna kraina, którą Strzeszewski kreuje – zdało mi się – z większą sympatią niż ludzkich bohaterów. Są też szachy, rozgrywka bogów, demonów i geniuszy, oraz cyzelowane przez autora portrety psychologiczne. W dziewięciu przypadkach na dziesięć taka powieść by mnie zirytowała. Potrafię docenić plastyczny, nasączony brudną poezją język (autor z pewnością pióro wyrobił przez ostatnie lata), ale tym bardziej: jasność, przejrzystość akcji, konsekwencję.

Niedługo wrzucę kolejną porcję Waszych zdjęć z Rodem oraz małą niespodziankę!

Wasze zdjęcia z powieścią „Ród”

Kochani! Robicie coś wspaniałego! W ciągu dwóch ostatnich dni po Facebooku udostępniane są zdjęcia mojej książki, robione całkowicie bez zachęty, z Waszej własnej potrzeby. Nie macie pojęcia, jak mnie to cieszy i jak bardzo jestem wzruszony. Wklejam poniżej Wasze dzieła i obiecfuję, że jeśli będzie więcej, powstanie następny wpis z kolejną galerią.

Jeśli chcecie wspomóc akcję i pochwalić się dziełem, udostępniajcie na fejsie i oznaczajcie mnie lub profil autorski. Możecie też wrzucać linki w komentarzach. Zaczęło się od kotów, ale jak widać nawet siekiery i tostery dołączyły do akcji. Chciałbym zobaczyć „Ród” w lodówce, mikrofalówce, na szczycie góry, czy jakkolwiek się da. Hamuje Was tylko wyobraźnia!

This slideshow requires JavaScript.

Przy okazji, jeśli ktoś jeszcze nie ma „Rodu”, ma okazję zakupić go na Madbooks.pl.

No i jeszcze jedno – jeśli nie widzicie „Rodu” na półkach księgarskich – zapytajcie swojego księgarza. Dystrybutorem powieści jest Azymut, zaopatrujący lwią część rynku. Księgarz więc zamówi do sklepu na Waszą prośbę.

wanted

%d blogerów lubi to: