Starocie

Archive for

Nikotyny czar

Pan PapierosPapierosy (a właściwie samą czynność palenia) podobno wynaleźli Majowie jakieś dwa tysiące lat przed naszą erą i od tamtej pory nikotyna towarzyszy ludzkości bez przerwy. Odurzają się nią wszelkie ludy na kuli ziemskiej, a dam głowę, że niedługo zawędruje też w kosmos. W końcu gdzie człowiek, tam i nałogi.

Jestem palaczem od kilku lat. Moimi ulubionymi papierosami są takie, które powodują impotencję, a najbardziej intensywne doznania smakowe mam przy temperaturze 19 stopni Celsjusza, przy pochmurnej pogodzie (możliwe lekkie opady deszczu) i na swoim balkoniku, jakieś 5 metrów nad poziomem podłoża. Potrafię wypalić paczkę dziennie i wcale mi z tym dobrze. Rzucać nie zamierzam, choć po prawdzie droga to przyjemność.

Niedawno Francuzi mieli dość osobliwy problem. Pragnąwszy uczcić rok Sartre’a, chcieli wywiesić w co większych miastach wielki plakat z wizerunkiem filozofa. Kłopot w tym, że na każdym z zachowanych zdjęć drogi Jean Paul dziarsko zaciągał się szlugiem. Wzięli więc photoshopa, fajka zamazali i już. Uważam to za zbrodnię, ale nic nie poradzę. Są ludzie i taborety.

Większości palaczy najwięcej przyjemności daje zaciąganie się dymem. Chwila błogości to coś niezastąpionego. Tego z pewnością brakuje wszystkim, którzy rzucają palenie. Wtedy pojawia się nerwowość, nadmierna gestykulacja, chęć rzucia gumy i inne mniej rzucające się w oczy objawy. Mitem jest jednak jakoby palacz nie miał co zrobić z dłońmi, bo jest przyzwyczajony do trzymania papierosa i ciężko mu zrezygnować z tego nawyku. Trzymanie szluga nie jest niczym nadzwyczajnym, na pewno ma swoje znaczenie (w końcu palenie jest niejako ceromonią, rytuałem), ale nie przeceniałbym jego wartości. Kluczem jest tu dym trzymany w płucach. Z tej przyjemności zrezygnować jest naprawdę niełatwo (sprawdzałem nieraz).

Dlaczego ludzie palą? W końcu toksycznych substancji jest od zatrzęsienia, sam tytoń też nie jest najzdrowszy, a na dodatek można nabawić się specyficznego, żółtego nalotu na palcach i zębach, co wygląda co najmniej nieestetycznie. Szkodzi to także osobom w otoczeniu palacza, szczególnie dzieciom i kobietom w ciąży. Podobno jeden papieros skraca życie o 11 minut. Po co więc palić?

Sądzę, że jest to jedna z czynności ludzkich, która zasadniczo nie ma żadnego sensu. Trudno upatrywać w tym korzyści, skoro oprócz ulotnej przyjemności pojawia się szereg negatywów. Jednak palenie jest jak rytuał (o czym już wspomniałem) – papieros służy jako przerwa, jako czynnik odstresowujący, jako fantastyczny pretekst do zagajenia kogoś interesującego (Masz może zapalniczkę? ; Palisz? Poczęstuj się moim), a często może także posłużyć jako nieodłączny atrybut osobowości (czy Sartre byłby sobą, gdyby nie palił jak smok?). Często sam papieros nie wystarcza, aby odprowić ceremoniał kurzenia. Potrzeba ładnej zapalniczki, najlepiej benzynowej (wyśmienicie nadaje się srebrne Zippo z dożywotnią gwarancją), czasem kawy z mlekiem, wygodnego fotela i wielu innych szczególików, które ubarwiają samo w sobie ubogie palenie. Dlatego żaden prawdziwy palacz nie wyjdzie z domu do pracy zanim nie uraczy się dymem na własnym balkonie, ani też nie pójdzie spać, nim nie wróci na ów balkon w szlafroczku i z papierosem w zębach i nie spojrzy w gwiazdy. Dużą część palących uspokaja możliwość przeznaczenia piętnastu minut na swoją przyjemność, to taki azyl ludzi pędzących wciąż do przodu w poszukiwaniu sukcesu i szczęścia. Można usiąść w spokoju i zastanowić się nad kilkoma rzeczami albo wręcz przeciwnie – można nie myśleć o niczym i oddać się nałogowi w stu procentach.

Częstym suplementem do papierosów jest tabaka, która potrafi w momencie orzeźwić i obudzić. Jak wiadomo wtajemniczonym jest także znakomitym lekarstwem na katar. Aplikujesz do nosa trochę sproszkowanego tytoniu i kichasz, aż przechodzi wszystko. Trzeba się nacierpieć nieco, ale popłaca (UWAGA! Nie działa na wszystkie rodzaje nosów ;P). Poza tym, tabacząc człowiek sięga namiastki zakazanego owocu, jakim jest z pewnością wciąganie narkotyków. Bądźmy szczerzy – tabaczenie z tym właśnie (niesłusznie!) się kojarzy, choć nie ma z tym nic wspólnego. Czynność jest podobna, owszem, ale jej efekt jest inny, a i środek wciągany jest o wiele bezpieczniejszy. Jednak wrażenie zostaje, niektórym to odpowiada. Zaś mądry człowiek od razu widzi różnicę między ćpaniem, a tabaczeniem.

Wyższym stopniem palenia tytoniu jest fajka. O tym znowuż wiem niewiele, bo raczyłem się nią tylko kilka razy w życiu. Mam zamiar jednak nadrobić zaległości, jednak najpierw muszę trochę poczytać literatury fachowej, aby dobrać sobie odpowiednią fajeczkę i dodatki :]. Gdy będę gotowy – zdam relację!

Dzisiejszy wpis podyktowany jest nudą i chęcią zabicia czasu, który dłuży mi się niemiłosiernie. Stąd proszę nie doszukiwać się w nim wiele sensu, a także ukrytych, niejako podprogowych przesłań :). Jeśli chcesz palić – musisz przygotować się na stopniowe zatruwanie swojego organizmu. Znowuż, jeśli nie chcesz, naucz się trochę o papierosach i zwyczajach palaczy, aby nie dziwić się zwyczajom towarzyszącym paleniu. W gruncie rzeczy jest to nałóg najmniej szkodliwy i naprawdę przyjemny.

Aha – jeśli jesteś zadeklarowanym przeciwnikiem palenia, wiedz, że tracisz parę fantastycznych doznań. Tak samo traci palacz – świeże powietrze już nie smakuje tak dobrze jak rakotwórczy dym…

Reklamy

„Żmije życia twego”

Od czasu do czasu mam zamiar wrzucać tu fragmenty moich opowiadań, tych nad którymi właśnie pracuję. Nie będzie to oczywiście całość, raczej kilka wycinków, często nawet nie łączących się w jedną całość, ale za to takich, z których jestem zadowolony. Przy czym ostrzegam, że będą to kawałki surowe, nieopierzone, bez redakcji, bez korekty. Rzucę je w sieć, aby każdy mógł ocenić i skomentować, jeśli taka jego wola. Rozpocznijmy więc:

Żmije życia twego

(..)
Do naszych uszu docierały szczęknięcia Księcia – małego żółtawego labradora, który hasał w najlepsze dokoła dębu. Próbował podskakiwać i chwytać niebieską sukienkę Natalki sprytnie pochowanymi w pysku kiełkami. Mała śmiała się z pupila tak mocno, że aż rozgrzewała mi serce i wlewała w nie potrzebną nadzieję i wytrwałość. Żadne z jej słów, chociaż równie ciepłych i mądrych, nie mogło równać się z tym. W tej chwili była czystą radością, płynnym złotem słońca o poranku i ożywionym posągiem nimfy wodnej. A ja stawałem się spokojną bryzą na morzu pełnym sztormów.
Pod drzewem czytałem jej książki, na które była zbyt mała. Opowiadałem historie, do których jeszcze nie dorosła i zwierzałem się z myśli, które powinienem zachować dla siebie. Wypłakiwałem też strumienie łez zawstydzony słabością i wściekły niemocą. A także podziwiałem jej opanowanie i pogodę ducha bez względu na wszystko. Kazała mi mówić o świecie, zwłaszcza o rzeczach tak dalece obcych mi jak góry, morze, inni ludzie. Jej głód wiedzy był o wiele większy niż reszty dzieci w jej wieku. Słuchała czujnie, czasem zadawała pytania, z którymi miałby kłopoty największy filozof i pedagog. Jeśli miała jakieś słabe momenty, to na pewno nie tu, pod dębem. W jego pobliżu przechodziła swą małą przemianę – zdałem sobie sprawę z tego całkiem niedawno, gdyż niełatwo było to dostrzec. Gdy tylko opuszczaliśmy domek na skraju wsi i mijaliśmy wątły strumyczek krążący wśród pól, kiedy w zasięgu wzroku pojawiało się drzewo, zdawała się starsza niż była. Jeśli nie byłbym jej ojcem, pewnie rzekłbym, że stawała się kobietą.
(…)

Ceglany, dwupiętrowy dom z drewnianym gankiem wybudował mój ojciec jeszcze zanim przyszedłem na świat. Miałem dwóch braci, jedną siostrę i byłem najmłodszy z rodzeństwa. Między mną, a Jackiem, który zginął podczas pokojowej misji w Iraku, dzieliło mnie siedem lat. Drugi brat – Marek – kończył szkołę średnią i wybierał się na studia do Olsztyna, gdy jeszcze nosiłem pieluchę. Zaś Jola – najstarsza z nas wszystkich – chowała już swoje dzieci i rzadko zaglądała do stron swojego dzieciństwa.
Babka (z którą mieszkaliśmy) doczekała dziewięćdziesiątych urodzin, zanim zmarła, szesnastego kwietnia dwutysięcznego ósmego roku. Na łożu śmierci wyszeptała, że przeżyła męża tyrana, dwie wojny, komunistów oraz pierwsze lata demokracji i diabła się nie boi. Boga też zresztą nie. Ojciec zszedł miesiąc po niej, zostawiając mi chorą matkę. Była cukrzykiem i nie mogła się denerwować, dlatego też nie poznałem jej krzyku. Po jej śmierci, siedem lat później, na skromnym pogrzebie, Jola powiedziała mi, że nikt nie wrzeszczał tak, jak ona. Jacek dodał, że była mu bardzo bliska, a Marek wygłosił mowę pożegnalną nad grobem i zwinął się do Kanady, gdzie znalazł pracę i młodą żonę. Miałem wtedy dwadzieścia pięć lat, a dom chyba z dwa razy więcej.
W spadku po rodzicach została mi posiadłość i kilka groszy na start. Postanowiłem wynająć chałupę i popędzić do stolicy szukać szczęścia.
Tam spotkałem Ulę.
(…)

Ze złości uderzyłem ją w twarz i wybiegłem w noc. Odszukałem pub, gdzie wódka smakowała wyjątkowo gorzko, a dym papierosów szczypał w oczy mocniej niż gdziekolwiek indziej. Horda starszych facetów bez perspektyw zaglądała na dno kufli i po paru kieliszkach nie wiedziałem już, czy tak mocno toczą pianę z pyska w toku rozmów o niczym, czy to może tylko dzięki piwom? Zabijałem żale toksynami (nigdy nie miałem talentu do picia alkoholu) i wpatrywałem się w przeszły czas. Wspominałem z uśmiechem goryczy moje zaloty, gdy jak głupi ganiałem za artystką, która jawiła mi się niczym zakazany owoc. Górowała nade mną intelektem, inteligencją. Miała w życiu pasję i realizowała ją. Pisała wiersze o życiu, o tęsknocie, domu i miłości. Z tego okresu zachował mi się jeden utwór, zatytułowany „Żmije wśród bluszczu” – do tej pory stanowi on dla mnie zagadkę i nie mogę odgadnąć jego sensu… Była wyniosła i dumna w taki sposób, jak mogą być wyniosłe i dumne poetki. Traktowała mnie jak natrętnego insekta i wielokrotnie dawała mi oznaki swojej niechęci, ale nie zrażało mnie nic. Wręcz przeciwnie, lgnąłem jeszcze bardziej, zafascynowany urodą i charakterem dziewczyny. Nawet gdyby stanowiła przejście do piekła, była czarną bramą do Edenu szatana, chciałem być wtedy jedynym, który przekracza ten portal.
W owych latach byłem nikim. Pracowałem wieczorami jako cieć na parkingu, w dzień usiłowałem studiować. Wynajmowałem jakąś klitkę na przedmieściach Warszawy i ledwo wiązałem koniec z końcem. Nie mogłem nawet żyć z dnia na dzień, bo każda następna doba była jak odległy ląd za oceanem, nieznany, enigmatyczny i zarazem niebezpieczny. Nie wiedziałem, czy uda mi się zdać kolejny egzamin, czy właściciel mieszkania – nieobliczalny pijak – nie wyeksmituje mnie i nie znajdę się na bruku. Nie miałem nawet pojęcia jak długo wytrzymam w pracy za psie pieniądze. W gruncie rzeczy czułem się właśnie jak bezpański pies i wydaje mi się, że uporczywie szukałem kogoś, kto mnie przygarnie. Być może dlatego z taką determinacją walczyłem o uczucie Uli.
Znałem jej zwyczaje. Wiedziałem, że lubi wódkę i całonocne zabawy w rytmie rocka. Zdawałem sobie sprawę, że miała w życiu wielu mężczyzn i miłość znaczy dla niej tyle, co nic. Zawiodła się na ludziach kilkakrotnie, a nigdy nie potrafiła przebaczać. Nie uległa nawet ojcu, który na łożu śmierci przepraszał ją i błagał o wybaczenie za każdy cios, jaki od niego otrzymała. Nie odwiedziła nigdy jego grobu. Nie ufała nikomu, także matce, która zawsze stawała w jej obronie. Żywiła do niej urazę, nie wiedzieć czemu. Może miała za złe, że w ogóle przyszła na świat?
(…)

Na razie finito!

Ogłoszenie duszpasterskie

W ciągu dwóch dni funkcjonowania bloga spotkałem się już z opiniami, że piszę niechlujnie i momentami bez dbałości o jakość wywodu. Ogłaszam więc, co następuje:

Strona internetowa „Miejsce na krawędzi szeptu”, zwana dalej dla ułatwienia „blogiem”, nie jest stroną Sądu Najwyższego, abym musiał zważać na każde słowo na niej zawarte. Nie zatrudniam tutaj żadnego korektora, ani redaktora, by dbał o teksty, które tu publikuję. To nie jest Gazeta Wyborcza, nie jest to Fakt, ani Kaczor Donald. To strona domowa, do której podchodzę bardzo z przymrużeniem oka i nie mam zamiaru oraz czasu spędzać tu po parę godzin, aby dogodzić wszystkim. Przede wszystkim mam egoistyczny zamiar dogodzić samemu sobie. Ten blog to po prostu stronka z jakimiś tekstami i proszę nie traktować jej nazbyt poważnie. Bardziej ambitniejsze rzeczy puszczam w innych miejscach (przede wszytkim w Creatio Fantastica) i tam proszę ich szukać. Jeśli zaś komuś naprawdę nie sprawiają przyjemności moje wypociny i uważa je za stratę czasu, zapraszam do odwiedzenia witryny jakiejkolwiek partii politycznej, tam na pewno można znaleźć godziwą rozrywkę.

PS, Edit i w ogóle takietam: A tak kompletnie serio – ten blog to taki brudnopis, do którego każdy ma wgląd :)

Z poważaniem

50 lat Godzilli!

Gojira w TokioTen piękny pomnik największego gada w historii kina stoi dziś w Tokio i dumnie patrzy na każdego przechodnia. Każdy też może spojrzeć w przecudne oczy Godzilli i pocałować jej stópki, zakładam, że toksyczne substancje, jakie zawsze towarzyszyły temu zmutowanemu stworzeniu, raczej nie zabiją nikogo. A jeśli nawet, to będzie to piękna śmierć ;).

Godzilla (właściwie – Gojira – są przynajmniej dwie plotki na temat powstania tej nazwy: jedna głosi, że Gojira to mariaż wieloryba <w jap. kujira> z gorylem <gorilla>, a druga wskazuje na słowa <god> i <zilla>, co znaczy boski jaszczur) ma już pięćdziesiąt lat. W 1954 roku w Japonii ukazał się pierwszy film z jej udziałem, a trzy lata później, w 1957 r., potwór odwiedził Polskę. Tak więc Anno Domini 2007 powinniśmy obchodzić bardzo uroczyście, jako, że Jej Cesarska Mość bawi w kraju nad Wisłą już pół wieku.
Dumna jak królowa!
Godzilla (naprawdę wolę używać nazwy Gojira, ale mało kto ją zna, więc pójdę Wam na rękę…) prawdopodobnie urodziła się zanim na Ziemi nastali ludzie, a swoich niesamowitych mocy (m.in. radioaktywny oddech) nabrała w wyniku wybuchu bomby atomowej (choć źródła podają kilka wersji, a na pamięci polegać nie mogę, bo pierwszą część Godzilli oglądałem będąc kilkuletnim brzdącem). Zbudziła się pewnej japońskiej nocy i wyłoniła się z morza w nastroju iście kobiecym, czyli we wściekłości. Zniszczyła małą wioskę na wyspie i powędrowała w kierunku stolicy Japonii, aby porozmawiać face-to-face z Cesarzem o warcholstwie, co się szerzy w szeregach jego poddanych. Do Tokio trafiła, ale po raz kolejny ludzie nie docenili jej wspaniałomyślności, tylko posłali naprzeciw czołgi, wystrzelili rakiety, zdetonowali bomby, no, ogółem zrobili wszystko, aby Godzilla nie nakapowała ich do szefa.

Od tamtego momentu Godzilla wystąpiła w blisko 30 filmach pełnometrażowych (w wersji japońskiej, piratów, filmów amerykańskich i pochodnych nie liczę!), kilku serialach, chyba w dwóch bajkach dla dzieci, a jej fantastyczną figurkę trzymają po dziś dzień co bardziej zagorzalsi fani (w tym ja!). Pokonała ze dwa tuziny potworów, zniszczyła Japonię kilkakrotnie, parę razy także nie dała innym potworom nakopać mieszkańcom Kraju Kwitnącej Wiśni i cholera wie, co jeszcze.

Guma – z tego głównie składała się Godzilla. W kostium z gumy ubierany był aktor i miał za zadanie jak najlepiej (albo jak najgorzej, co nie ma specjalnego znaczenia, gdyż Godzilli wszystko wolno) zagrać mutanta z głębin oceanu. W ciągu więc półwiecza Godzilla bywała śmieszna, tragiczna, dramatyczna, chętnie machała ogonem, posiadała umiejętności zawodnika sumo i (o zgrozo!) została matką ostatecznie rozwiązując kwestię swojej płci. Tłukła się po mordzie z King Kongiem (który przy niej urósł niebywale – osiągnął maksymalny wzrost 50 metrów!), walczyła ze swoimi klonami, kosmitami, potworami-maszynami, itp., itd.
Gojira w natarciu!
To raczej na pewno pierwsza dama światowego kina, która dalej popularnością przebija najbardziej znane gwiazdy tej dekady. Choć ciężko jest znaleźć oryginalne taśmy z jej filmami, z pewnością warto. Można się zakochać w tym uśmiechu, nieproporcjonalnie małej główce, włoskach na plecach (w postaci płatów kostnych) i udach! Najbardziej jednak fascynujący w Godzilli jest ogon – każdy z samców chciałby choć przez chwilę popatrzeć, jak nasza bohaterka nim macha. A jak policzki wymierzała tymi maluteńkimi łapeczkami! Nooo, rozmarzyłem się…

Godzillo, żyj nam długo i szczęśliwie!

Ostatni koncert KATa…

KAT - Somewhere In PolandKiedy kilka lat temu do mediów trafiła wieść, że KAT wraca do gry, polski światek metalowy zatrząsł się w posadach. Wszędzie można było przeczytać o powrocie tytanów rodzimego thrashu (moim zdaniem pierwsze płyty KATa można spokojnie zaliczyć do blacku, ale za to mogę dostać w zęby na ulicy, więc zapobiegawczo nie wspomnę nic o Wyroczni, czy Metal i piekło potwierdzających moją teorię ;P), o ponownych narodzinach legendy i nowym rozdziale w historii polskiej muzyki. Wszystkich elektryzowała wiadomość, że Romek Kosecki, Piotr Luczyk, Irek Loth i Krzysiek Oset znowu są razem i przygotowują nowy album.

Zanim wrzawa zdołała ucichnąć i wybuchnąć na nowo z innego powodu, KAT wypuścił płytę koncertową. Somewhere In Poland to materiał zagrany we Wrocławiu, gdzie KAT supportował legendę heavy metalu – Iron Maiden. Obiegowa plotka głosiła, że Brytole pofatygowali się pod scenę by oklaskiwać najlepszą polską kapelę. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo to, co zawarte jest na płycie, stanowi niepodważalny dowód, iż był to najlepszy koncert KATa w historii zespołu.

Całe szoł było grane tylko na jedną gitarę (basu nie liczę), a Piotr Luczyk wzniósł się na wyżyny maestrii. Grał zarówno swoje partie piosenek, jak i partie rytmiczne! Łączył jedno z drugim i wychodziło mu wspaniale. W niektórych fragmentach utworów co prawda czuć brak drugiego wiosła (szczególnie, gdy wybrzmiewa solówka), ale po drugim lub trzecim przesłuchaniu człowiek przestaje zwracać na to uwagę. Liczy się tylko porażająca moc dźwięku.

Romek Kostrzewski zaśpiewał niesamowicie. Wył, recytował, zachwycał, hipnotyzował. Bez problemu przechodził od wściekłych partii wokalnych, do delikatnych. Nie żałował gardła ani trochę. Być może czuł, że to ostatnia płyta, na której ma możliwość zaprezentowania się godnie. Jego wokal brzmi na Somewhere In Poland niesamowicie dojrzale. W porównaniu z regresem na Szyderczym zwierciadle… Nie, nie ma porównania – Kostrzewski dał z siebie wszystko.

Zawodzi co prawda Fazi – strasznie słabo go słychać. Myślę, że to jednak zamierzony efekt. Skoro gra się thrash na jedną gitarę, trzeba ją wyeksponować. Bas więc był zaledwie (albo „aż”) tłem do prawdziwej gitarowej masakry.

Wśród kilku naprawdę fantastycznych utworów wyróżnia się pierwsze Wierzę, przy którym dosłownie oszalała publika Hali Ludowej. Nic dziwnego – jest zagrane tak, jakby właśnie kończył się świat. Nie wiem, czy Henry Beck (nowy wokalista KATa), zaśpiewa kiedyś tak, jak Romek – szczerze wątpię. Dalej kapitalna Wyrocznia i cudowne połączenie głosu Romka i publiki w balladzie Łza dla cieniów minionych. Moim faworytem są jednak Purpurowe gody, które na koncercie zabrzmiały lepiej niż wersja studyjna. Piosenka do dziś co prawda wzbudza kontrowersję i jest uważana za co najmniej nieelegancką, ale wystarczy posłuchać wersji na Somewhere In Poland, aby zobaczyć, że wszyscy właśnie nią najbardziej się ekscytowali. KAT zawsze był bluźnierczy i prowokacyjny. Każdy fan tego zespołu chyba właśnie to uwielbiał w nim najbardziej (w końcu KAT jest typowym przykładem grupy wyznającej credo sex, drugs & rock’n’roll). Pożegnalne Śpisz jak kamień było idealnym zakończeniem i w moim mniemaniu podsumowaniem pewnego okresu w historii grupy. Można sobie wyobrażać, że Romek zaśpiewał to dla siebie, bowiem nic już więcej w jego i KATa wspólnym wykonaniu nie usłyszymy.

Muzycy eksperymentowali na scenie, nie bali się podjąć wyzwania i nie chcieli zagrać tak, jak oczekiwali wszyscy. Dlatego muzyka w refrenie Łzy… jest inna niż oryginalna, dlatego także zagrali własną wersję szlagiera Mission Impossible, dlatego Wyrocznia jest dłuższa i bardziej thrashowa niż pierwotnie. Zabrakło mi jednak kilku kapitalnych piosenek. Niestety KAT nie zagrał Odmieńców, Głosu z ciemności i sztandarowego Odi Profanum Vulgus. Zabrakło sił? Czasu?

Płyta kończy się nową, studyjną wersją Ostatniego taboru, piosenki, która przyniosła zespołowi sławę i pozwoliła zaistnieć w światku muzycznym. Zagrana heavy metalowo, nabiera nowego blasku i fascynuje. Po raz kolejny Piotr Luczyk wygrywa tam istnie szatańsko melodyczne i szybkie partie gitarowe, a Romek Kostrzewski zmienia nieco barwę głosu, aby zafrapować po raz ostatni miłośników KATa.

Somewhere In Poland zdecydowanie jest najlepszym albumem koncertowym w historii polskiej muzyki. A KATa szkoda, bo od tego czasu nie jest już sobą. Do zobaczenia w piekle! – krzyczy Kostrzewski.
Do zobaczenia panowie!

Odwiedzono mnie

  • 62,937 razy
Reklamy
%d blogerów lubi to: