Starocie

Archive for

„City 1” – prasówka

Zebrało się już kilka opinii na temat antologii „City”, warto więc odnotować ich obecność oraz odesłać do źródeł. Linkuję do każdej niezależnie od tego, czy mi się podoba, czy nie, a także niezależnie od tego jak zostałem oceniony (bądź nie-oceniony). Recenzje oczywiście jakości są różnej, ale muszę spełnić kronikarski obowiązek.

Jedziemy!

Przekombinował też Emil Strzeszewski, skutecznie nudząc czytelnika swoimi „Trzema życzeniami”, podczas gdy ten ma tylko jedno – niech następna strona obwieści koniec. – Bartosz Czartoryski, Gildia.pl (jedyna recenzja, w której komentuje się mój tekst, zasługuje więc na wyróżnienie!);

Nie ma sensu rozpisywać się o każdym opowiadaniu z osobna, gdyż jest ich zwyczajnie zbyt dużo, ale napisze tylko, że poziom antologii jest trochę nierówny. Pośród Świetnych historii, znalazły się i takie, o których po przeczytaniu dość szybko się zapomina. I nie mam tu na myśli stylu czy warsztatu, bo pod tym względem ciężko jest cokolwiek zarzucić któremukolwiek z opowiadań, ale schematyczność, szablonowość, czy jak tam wolicie to nazwać. – Chudy, Dark Project;

City 1 to właściwie obowiązkowa pozycja na liście zakupów każdego fana miejskiej grozy. Antologia nie jest porywająca, nie znajdziemy tutaj na pewno tekstów na miarę Zajdla, ale ogół doznań jakie płyną po lekturze całości wynagradza niedostatki poszczególnych opowiadań. – Bartosz ‚Zicocu’ Szczyżański, Poltergeist;

Strzeszewskiego „Trzy życzenia”, którego próba ujmowania rzeczywistości w zdefiniowane ramki przywodzi na myśl żmudne i idealnie jałowe ćwiczenia praktykantek liceum medycznego – topic o antologii na Forum Fahrenheita, gdzie wypowiada się m.in. in_ka oraz Gesualdo.

Ostatnia tym razem nie recenzja, ale artykuł o mojej osobie w ostrołęckiej prasie – Anna Wołosz, Tygodnik Ostrołęcki:

Wszystkim komentatorom dziękuję za wnikliwość i fachowe oko!

Reklamy

Kto zarobi na restrykcjach tytoniowych w Polsce

Tak mi się rzuciło na myśl – odnośnie poprawności politycznej polityków, którzy chcą być bardziej poprawni, niż polityczni – restrykcje tytoniowe. Przecież nikt na tym nie zarobi!

No bo tak:
1. koncerny tytoniowe nie zarobią, bo lwia część rzuci palenie dzięki restrykcjom;
1a. skarb państwa nie zarobi, bo nie zarobią koncerny tytoniowe;
2. puby nie zarobią, bo lwia część klientów już do nich nie wejdzie, bo nie będzie można tam palić;
2a. skarb państwa nie zarobi, bo puby nie zarobią;
3. służba zdrowia nie zarobi, bo mniej palaczy to mniej chorób, a jak mniej chorych, to i w kasie pustki;
3a. no dobra, tu skarb państwa zarobi, bo będzie można odciąć fundusze na medycynę;
(3b. ale i tak politycy wszelkie oszczędności rozdadzą sobie i swoim firmom, więc de facto – skarb państwa nie zarobi)
4. panie kioskarki nie zarobią, bo kioski przestaną być potrzebne – bilety autobusowe można już kupić przez komórkę;
4a. skarb państwa nie zarobi, bo upadną kioski;
5. policja nie zarobi już na przyznawaniu mandatów za palenie w miejscach publicznych, bo wszyscy palacze będą przerażeni tym, że się ich szczuje;
5a. jak policja nie zarobi, to skarb państwa straci, bo sobie policja weźmie ze skarbu państwa, na bardziej efektywne ściganie tych, co rzekomo ukrywają się z paleniem;
6. zarobi szara strefa – czyli mróweczki z Rosji, Ukrainy, Białorusi, z Chin nawet;
6a. jak szara strefa zarobi – to nie zarobi skarb państwa;
7. nie zarobią ci, którzy nie palą, bo niby czemu mieliby zarobić?
7a. na tych, którzy nie zarobią, nie zarobi też skarb państwa.

Efekt: zwiększenie podatków na wszystko za wyjątkiem służby zdrowia, która częściowo przestanie być potrzebna. Utrata pracy przez ludzi związanych z przemysłem tytoniowym oraz panie kioskarki. Parę pielęgniarek też straci wygrzany stołek.

Pytanie prowadzące do wniosku: kto, kurwa, na tym zarobi?!

Odpowiedź: wiecie kto. Nie my.

W „Zmianie” bez zmian, czyli polemika z Maćkiem Guzkiem

Maciek Guzek trzy dni temu żalił się na swoim blogu, iż recenzenci, którzy mieli okazję rozpracowywać Księgę Smoków (w tym opowiadanie Zmiana autorstwa wyżej wymienionego), przywoływali na podobieństwo wszystko, tylko nie to, z czego „ściągał autor” (wyrażenie Guzka). Tak się składa, że wśród swoich ulubionych porównań na temat własnego tekstu Maciek wymienia Shadowruna. Dalej wyjawia, iż nigdy w życiu nie miał z nim styczności. Takoż z Warcraftem i innymi. Z Piekary nie zrzynał, jakby ktoś pytał.

Otóż porównanie Zmiany do Shadowruna pojawiło się w którejś z moich recenzji w Creatio, czuję się więc wywołany do tablicy (odwołując się dalej do porównań Guzka – jeśli to on powiedział yo!, to ja powiem motherfucker!).

Doskonale rozumiem rozżalenie autora faktem, iż żaden z krytyków nie dostrzegł rzeczywistej inspiracji, która miała decydujący wpływ na powstanie takiego, a takiego dzieła. Rozumiem to nawet lepiej, niż Maciek mógłby sądzić – sam w końcu jestem autorem i spotykam się z różnymi recenzjami, w których ich autorom również ciężko jest odnaleźć tropy, jakie zostawiłem w tekście, ciężko jest czasem przyporządkować co do czego, etc. Mamy takich recenzentów na jakich zasłużyliśmy, ktoś by powiedział. Nie wydaje mi się jednak, aby była to prawda, szczególnie nie w przypadku do Maćka Guzka (on zasłużył sobie na lepszych, to prawda, a ja w ogóle to mała pluskiew jestem, przynajmniej na razie, więc nawet na gorszych nie mam co liczyć). Na dodatek nie dziwi mnie fakt, iż wreszcie ktoś odważył się otwarcie powiedzieć recenzentom „Idźcie wy! Idźcie wy wszy, co to krytykami się mienicie, a nie znacie klasyki nawet! W Piekarze jeno siedzicie, w jakiegoś Warcrafta gracie, w Shadowruna, tfu, a nie znacie Remarque’a!”. Może i ja też bym eksplodował w takim momencie, w końcu krewki jestem. Dlatego nie mam najmniejszych problemów z wczuciem się w rolę Maćka.

Ale litości…

Maćku, a gniewaj się na recenzentów jak mocno tylko chcesz. Wytykaj im błędy i nieoczytanie (często słusznie), w końcu to mają być ludzie bardziej kryształowi od Ciebie, bo śmią Tobie, jako autorowi, coś wytykać. Niech pierwszy rzuci kamieniem i tak dalej. Nawet podoba mi się ta walka, ubrana w szaty eleganckie, ale gdyby ktoś chciał się wgłębić to zobaczyłby, że król jest nagi – Twoja krytyka podszyta jest pospolitym zdenerwowaniem, trudno ukryć Ci pogardę. Rozumiem to.

Rozumiem, ale litości…

Każdy może porównywać do czegokolwiek mu się podoba. Trudno też dyktować recenzentom, do czego mieliby się odwoływać w swojej pracy. Dziwi Cię fakt, że każdy porównuje do tego, co aktualnie mu się kojarzy? Do czego mu najbliżej? To, że nic nie wiesz o Shadowrunie nie oznacza przecież, że Zmiana w jakimś aspekcie nie jest podobna do niektórych motywów w Shadowrunie wykorzystanych. Złościsz się, że nikt nie odszukał Twojej inspiracji? Ale po co ktokolwiek miałby ją odszukiwać? Hermeneutyka udowodniła dawno, że nie liczy się, co autor miał na myśli, ale co JA mogę wziąć dla siebie z tekstu autora. Wiem, że trudno przyzwyczaić się do faktu, iż jesteś porównywany z Piekarą, wiem, że ciężko zaakceptować, iż jakiś Strzeszewski porównuje Zmianę do jakiegoś Shadowruna podczas gdy wielki Remarque został w Zmianie w ogóle przez niego nie dostrzeżony, ale sorry Winnetou, nie jesteś nawet uprawniony, aby sugerować jakąkolwiek interpretację, bo tekst przestał być Twój odkąd oddałeś go wydawnictwu (jesteś tylko jego autorem) i odkąd poszedł do ludzi każdy ma prawo do swojej i tylko swojej interpretacji. Twoja jest tak samo ważna, jak moja. Doskonale wiem, jak to jest mieć własne zdanie na temat swojego dzieła, wiem, jak czasem kusi zdradzić tajemnicę alkowy, dać komentarz odautorski, albo po prostu wyjaśnić. Mógłbyś to zrobić, gdybym czegoś nie zrozumiał w Twoim opowiadaniu, tymczasem ja doszukałem się w nim czegoś innego niż Ty, co wcale nie znaczy, że nie mogę mieć racji (gdybyś dowiedział się czegoś o Shadowrunie, prawdopodobnie domyśliłbyś się, do czego piłem). Generalnie wzajemnie moglibyśmy sobie sugerować, co moglibyśmy przeczytać, aby porozmawiać sobie o Zmianie. Z tym, że ja Remarque’a znam, a Ty Shadowruna nie. Jak więc mamy gadać?

Porównując Twój utwór do pewnego motywu z gry fabularnej nie miałem na myśli spłycenia jego wartości, ani umniejszenia, ani czegokolwiek negatywnego. To, że opowiadanie w dużym stopniu przypomina jakiś stopniu aspekt gry fabularnej nie jest niczym złym – nie chodzi wszak o to, żeby upierać się na oryginalność. Od Homera i tak powtarzamy wciąż to samo. Że jednak nie zdarliśmy płyty literatury do końca świadczy Twoja Zmiana – szkoda, że tego z mojej recenzji nie wyczytałeś (jeśli już wymieniamy się wrażeniami czego nie zrobiłem ja, to chciałbym podzielić się z Tobą tym, czego Ty nie zrobiłeś). Jasne – recenzja była słaba, ja wszakże też byłem słabszy w te klocki. Ale zapewniam Cię – byłem szczery i analityczny. A to, że Tobie się nie podoba porównanie niestety nie ma wielkiego znaczenia. Sugerując mi, abym cofnął się w czasie i zauważył Twoją inspirację powieścią Na zachodzie bez zmian jest niezbyt na miejscu. Bo też chyba nie masz na myśli posiadania jawnego wpływu na kształt jakichkolwiek recenzji? Nie sądzę, abyś chciał w to ingerować, po prostu wewnętrz buntujesz się przeciw pewnemu mechanizmowi pisania recenzji. Zgadzam się – masz prawo. Tylko zastanawiam się, czemu nie spytałeś recenzentów, czemu akurat do tego, a nie do innego porównywali? Wiem, jak idiotyczne może wydawać się porównanie do Shadowruna, ale gdybyś chciał, mógłbym odpowiedzieć.

Nie mam zamiaru swoją odpowiedzią uruchamiać jakąś lawinę krytyki na Ciebie (faux pas popełniłeś ogromne odnosząc się do recenzji swojego tekstu), ani też nie chcę wywoływać dyskusji na temat kondycji recenzentów. Sam staram się ciągle iść do przodu i mogę żałować kształtu pewnych moich myśli, nigdy zaś nie będę się wstydził ich sensu oraz ich prawdziwości. Były zawsze przemyślane.

Za to ja nie do końca wiem, czy Ty przemyślałeś swój wpis dotyczący inspiracji Zmiany. Maćku, ten tekst przecież sam się broni! Po co Ty chcesz jeszcze go w czymś ratować? Piekło ubrukowane jest dobrymi intencjami, pamiętaj. A recenzenci to i tak wszy. Nie ma się czym przejmować.

Creatio #23

Bez zbędnych słów tym razem – zapraszam do lektury najnowszego, dwudziestego trzeciego Creatio Fantastica

Ponownie o tytoniach, czyli errare humanum est

Z niezwykłą radością przyjąłem fakt, iż do tworzenia fajczarskich wpisów na tym blogu włącza się spore grono osób. Dostaję cały szereg informacji, co też napisałem źle, co jest niezrozumiałe, co mógłbym poprawić. Owe uwagi są nieocenione, a krytyczne podejście do sprawy powoduje, iż nabieram świadomości, że notki te są potrzebne. Istnieje jednak pewien problem, z którym zmagam się odkąd tylko zechciałem pisać o fajczarstwie.

Otóż – jak pisać mądrze i ciekawie o tym, co się wielbi? I – jak pogodzić przyjemne z pożytecznym? Bo też zdaję sobie sprawę, że oprócz doświadczonych fajczarzy na tego bloga zagląda też kilku młodszych stażem, nieopierzonych jeszcze nowości. Co boskie Bogu, a co cesarskie cesarzowi – chciałbym pisać o swoich fajczarskich przygodach, ale nie ma sensu prawić o tym tylko dla tych, którzy już mają takowe za sobą. Dlatego też, po wypaleniu Va nr 1 od MacBarena w swoim ukochanym Worobcu 84 o pieszczotliwej nazwie „Hobbit” (imię to dostał ode mnie oraz mojej kobiety, nie od Mistrza Henryka), doszedłem do wniosku, iż faktycznie poprzedni wpis o tytoniach mógłby być dla fajczarzy in spe niezrozumiały. Jako, że nie ma po co tracić czasu – trzeba naprawić swój błąd. Inspiracja, jak to zrobić, przyszła wraz z komentarzem Jalensa – dziękuję!

To był zimowy wieczór. Owa zima wygoniła mnie (współdziałała z moją matulą, niecnota!) do piwnicy, w której urządziłem sobie palarnię. Łóżko, fotel, aromatyczna kawa o smaku amaretto, książka (nie pomnę już, jaka) oraz ja wraz ze swoją pierwszą gruszą (będącą zarazem moją pierwszą fajką), przygotowujący się do rytuału palenia.

Byłem wtedy na etapie aromatów – paliłem je ze względu na inność. Tytoń, który smakuje jak wanilia, w którym można odczuć śliwkowe przebłyski, który pachnie jak perfuma, był dla mnie niczym terra incognita. Po wielu latach palenia papierosów potrzebowałem odmiany. Aromaty zapewniały mi ją w stu procentach. Jednocześnie miałem postanowienie, że nie będę kupował drugi raz tego samego produktu, dopóki nie wykrystalizuje mi się własny, niepowtarzalny gust. Chciałem wyrobić sobie coś na wzór biblioteki smaków – chodzi mi tu o tego rodzaju pamięć doznań, która pozwala na uświadomienie sobie, co chce się palić, na podstawie wypalonych już wcześniej tytoni. Prościej mówiąc – chciałem wyrobić sobie podniebienie. Zakupiłem więc coś, co było dla mnie nieznane.

Saszetka po otwarciu woniła śliwką. Tytoń był odpowiednio mokry, to znaczy – bez zbędnego podsuszania mogłem nabić nim fajkę. Ważne, aby ziele nie było zbyt mokre – wtedy za często gaśnie, a smak jest przytłumiony. Istotne też, aby nie było za suche, bo wtedy dym gryzie nadmiernie, a i smak na tym cierpi. Tytoń powinien przejść test ugniatania – w palcach sporządza się małą kulkę, by po chwili wypuścić ją. Jeśli liście pokruszą się – jest za suchy. Odpowiednia wilgotność jest wtedy, gdy kulka rozpadnie się, gdyż liście rozwiną się, starając się wrócić do poprzedniego stanu.

Nabiłem metodą trójwarstwową, chociaż wtedy nie miałem o niej pojęcia. Z pomocą jednak przyszła intuicja, która wnet podpowiedziała, iż wsypuje się odpowiednią porcję ziela do fajki aż po brzeg, ugniata do połowy, potem na wierzch dosypuje się kolejną, znowu ugniata do trzech ćwierci wysokości komina, a ostatnia warstwa po ugnieceniu powinna zmieścić się kilka milimetrów przed wierzchem komina.

Wziąłem zapalniczkę, odpaliłem. Tytoń fajkowy to nie tytoń papierosowy. Papierosa odpala się i już. Pali się właściwie sam. Tą prawdę zna każdy, kto zapomniał choć raz o zapalonym papierosie i zostawił go w popielniczce. Otóż z fajką jest inaczej. Ziele nie jest tak zbite, początkujący fajczarz ma zwykle wielkie problemy z rozpaleniem paleniska. Powinno omiatać się płomieniem wierzch usypanego tytoniu jednocześnie wciągając powietrze przez ustnik. To jednak nie wystarczy. Odpalony tytoń podnosi się, więc trzeba go ubić. Wtedy natomiast najprawdopodobniej zgaśnie. Czynność więc należy rozpocząć od nowa, nie zapominając o tym, iż w pierwszej chwili powinien palić się na całej szerokości wnętrza komina.

Ile ja musiałem się nacierpieć, żeby opanować tą sztukę! Do dziś nie jest to proste, choć oczywiście rutyna pomaga. Z fajką jest jak z dzieckiem – zna się go lepiej, niż siebie samego, jest się z nim od chwili narodzin, trzeba mieć świadomość jego upodobań, wiedzieć, co lubi, a czego nie znosi. Ale przychodzi wreszcie ten dzień, w którym własne dziecko przychodzi do domu z dziewczyną bez zęba na przedzie i oświadcza, że ją kocha. Nie jestem ojcem, ale bez trudu potrafię sobie wyobrazić, że wtedy wątpi się, czy aby rzeczywiście znało się swoje dziecko. Analogicznie jest z fajką – ma ona swoje zdanie, swoje humory. To, co robiło się z nią tydzień wcześniej nie musi być takie samo jak to, co robi się z nią dziś, w danej chwili. Wyuczone zachowania nic nie dają – fajka prędzej czy później każdego zaskoczy. Jak owo dziecko.

Więc odpaliłem i… Zatrzymajmy się na chwilę…

Znam ludzi, którzy nie potrafią palić fajki mimo, iż przez lata palą papierosy. Może właśnie dlatego przychodzi im to z trudem, jednak z pewnością nie jest to reguła. Nie wiem, na czym to polega. Taki ktoś bierze fajkę i po prostu nie wie, co ma z nią zrobić. Ciągnie powietrze, nadyma się, puchnie czasem, toczy fatalną walkę z materią, która mu się opiera. Tymczasem fajka jest delikatna – trzeba do niej z respektem, ale i uczuciem. Nic na siłę – pykać trzeba z wyczuciem, nie za szybko, nie za wolno, nie za mocno, nie za słabo. To nie może być wojna, fajki nie można kopać jak komputera, który się zawiesza, to nie sprzęt RTV AGD. Trzeba sobie uświadomić jedno – fajka lubi palić. Fajka oddycha dymem. Oddycha dzięki fajczarzowi. Tańczy, jak on jej zagra. Ona tak samo chce palić jak on. Grunt, żeby znaleźć odpowiednie tempo do tego tanga…

Wróćmy…

Ile ja bym dał, żeby być człowiekiem, który nie umie ćmić fajki w tamtej chwili, gdy odpaliłem mój nowy nabytek! Dym poszedł czerwony, a ja zamiast smaku poczułem swąd spalenizny oraz chemikaliów. To, co mieściło się w kominie, było z pewnością wszystkim, tylko nie tytoniem! Na myśl przychodzą mi opary znad Czernobyla, cyjanek, krupnik, ciepła mięta, którą zdarzyło mi się raz zapić wódkę za czasów studenckich oraz wszelki gnój świata, który przez komin, przewód dymowy trafił do moich ust.

Świnie w korycie miewają lepsze przysmaki niż ja wtedy miałem w gruszy…

Wyjawię wreszcie tajemnicę. Szczęśliwy ten, kto dotarł aż tutaj, przebrnął przez całą tą historię, przez fajczarskie moralizatorstwo, przez metafizyczne próby opisania fajczarskich zachowań. Niech wreszcie się stanie. Niech wszyscy się dowiedzą…

Paliłem Tillbury.

Drodzy młodzi fajczarze, którzy to czytacie – wiedzcie, że właśnie więcej opowiedziałem Wam o tytoniach, niż na pierwszy rzut oka można sądzić. Zanim zapalicie, przeczytajcie jeszcze kilkanaście, kilkadziesiąt, może kilkaset stron i opinii o tytoniach. Bo w dwóch wpisach nie sposób po prostu tego streścić.

Smacznej fajki!

Odwiedzono mnie

  • 62,937 razy
Reklamy
%d blogerów lubi to: