Starocie

Archive for

Spotkanie autorskie

Pisarz przy pracy W środę miałem pierwszą w życiu możliwość zaprezentowania się szerszemu gronu jako autor i dziennikarz. Spotkanie odbyło się w moim macierzystym Liceum Ogólnokształcącym nr III w Ostrołęce, a przybyłem tam na zaproszenie Pani Ewy Gąski.

Przyszło mi się uzewnętrzniać przed pierwszą klasą liceum o profilu humanistycznym. Powiem szczerze, że byłem pełen obaw. Sam doskonale pamiętam jak to jest być uczniem i schemat takich spotkań znam praktycznie na pamięć. Nie spodziewałem się achów i echów, co najwyżej kilku osób śpiących smacznie na ławce, kilku par oczu wpatrzonych w moją osobę z czystej przyzwoitości i obowiązku oraz energicznego przepisywania pracy domowej na późniejsze zajęcia przez lwią część towarzystwa. Pytań nie spodziewałem się w ogóle, miałem jedynie nadzieję, że przynajmniej ze dwa padną, choćby i banalne. Oczywiście nie liczyłem także na to, iż ktokolwiek zdołał dotrzeć do moich prac i zapoznać się z nimi.

Okazało się, że klasa była szalenie zainteresowana tajnikami dziennikarstwa oraz pisarstwa. Pytania może nie padały lawinowo, ale było ich tyle, iż spokojnie niejeden autor z większym stażem mógłby mi zazdrościć. Miałem okazję opowiedzieć kilka ciekawych historii rodem ze światków, w których się obracam, pochwalić się własnymi tekstami, streścić nieco idee fantastyki i sposoby zdobywania newsów. Było śmiesznie, momentami poważnie, czasem trochę na bakier (Aby uprawiać dobre dziennikarstwo trzeba być w większej części wariatem). Klasa słuchała, niektórzy nawet z zapałem. A ja podładowałem akumulatory i zdobyłem nowe doświadczenia. Zostawiłem im kilka swoich tekstów, w tym egzemplarz Creatio, mam nadzieję, że kogoś chwyci to za serce, ewentualnie wypruje flaki ;).

Spotkanie zaliczam do niezmiernie udanych i chcę więcej! Jeszcze tylko wino, kobiety i śpiew, a będę mógł odpłonąć w krainę niczym niepohamowanego (i na dodatek uzasadnionego) hedonizmu.

Pożeraczka

Nie lubię pisać na zamówienie. Nigdy zresztą na zamówienie nie pisałem, do tej pory tylko raz skusiłem się na zawieszenie swoich wolnych od wszystkiego planów i naskrobanie czegoś na termin. Były to warsztaty literackie Fahrenheita na forum. Przystąpiłem wtedy do konkursu, aby zobaczyć jak to jest – czym jest zmaganie się z konkurencją, na czym polega ten „sport”. Oczywiście głosu żadnego nie dostałem, pocieszyłem się jednak, że nikt nie zbluzgał mi tekstu. Był to utwór Sucz swego pana i dzisiaj uważam je za wyśmienity punkt wyjścia dla ciekawego, cyberpunkowego opowiadania. Kiedyś do niego zasiądę.

Teraz odłożyłem swoją niezależność twórczą na bok, jako, że trzeba było dać przykład. Na forum mojego periodyku również pojawiły się warsztaty i trzeba biednych użyszkodników ośmielić, aby wklejali tam swoje wypociny celem uzyskania naszej oceny. Wzięłem się więc ze sobą za bary i napisałem króciaka. Zwie się Pożeraczka. Zapraszam do lektury!

Wpis marketingowy

Podobno, aby mieć wiernych czytelników bloga trzeba napisać choć raz o seksie (a najlepiej pisać o nim ciągle), przynajmniej raz obrazić polityków, ponarzekać na kobiety, obalić męski stereotyp macho, na zmienę kajać się w prochu za grzechy i wyszydzać tych, którzy to czytają grzesząc przy tym prozatorsko co nie miara. Należy być niezwykłym erudytą, aby nikogo nie zanudzić i przy tym koniecznie trzeba pisać systematycznie, najlepiej co pięć minut, aby zadowolić wszystkich oddaniem się tak ważnej sprawie, jaką jest blogowanie.

Oczywiście nie wspominam już o tak oczywistych rzeczach, jak przyzwoita szata graficzna bloga, założenie profesjonalnych statystyk, reklamowanie się gdzie popadnie i gdzie nie popadnie. Potrzebna jest także pewnego rodzaju tematyczna strategia, w końcu musem jest tak pisać notki, aby trafić w target. Istotną sprawą jest więc kalkulacja – czy wielbicieli kotek nimfomanek jest więcej niż fanatyków Quake’a i Heleny Prawicy (kto wie o co chodzi może w nagrodę przestać czytać ten nonsensowny wpis, gdyż niczego się z niego nie dowie). Czy opłaca się napisać o krzywych nogach Paris Hilton i innych „kandi” gwiazdkach, czy o futerku na stopach hobbicich, którym mogą się zainteresować fetyszyści/fetyszystki? To ponoć podstawowe dylematy właścicieli blogów.

W takim razie ten kawełek sieci stoi na przegranej pozycji. W końcu ani on specjalnie intrygujący, ani przesadnie szyderczy, bluźnierczy i w ogóle. Nie ma tu wpisów kierowanych do określonej grupy ludzi, rozrzut tematyczny jest spory. Spomiędzy wierszów nie przeziera żadna strategia pisarska. W gruncie rzeczy jest burdel, na dodatek bez achów i echów. Ot, takie sobie miejsce na krawędzi szeptu.

Czy jednak ważne jest to, aby na stronce była cała masa słów-wytrychów, które spowodują wysoką pozycję rankingu bloga w katalogu albo w guglach? Czy jeśli napiszę po sobie: seks oralny, anal, fisting, naga Britney Spears, gangbang, osły-politycy, pirackie mp3, moja żona to (piiip), Kowalski to (piiip), nienawidzę komuchów, rzygam na demokratów; to blog będzie wart więcej? Może dostanę 400 wpisów w ciągu pół godziny od wstawienia notki, ale co potem? Będę je czytał pół roku i odpowiem na jeden, aby czytelnicy pomyśleli, że jestem wporzo ziom? Nie ma mowy.

W rozmowie o pisarstwie Coelho z pewnym Ślimakiem (pozdrówka! ;]) doszliśmy do wniosku, że ów autor zawsze siada do pisania tak, aby spłodzić rzecz genialną. I choć nie zawsze mu się to udaje, to jego ambicja jest sama w sobie warta uwagi. Tak składa hołd czytelnikom.

Będę więc staroświecki i dla tych kilku ludzi odwiedzających ten zakątek rzeknę, iż dziękuję bardzo za poświęcenie kilku minut na przeczytanie moich wypocin :)

The Witcher

Sagę o wiedźminie Geralcie przeczytałem będąc jeszcze uczniem liceum, czyli biorąc rzecz po ludzku, sporo czasu temu (jeśli kilka lat to rzeczywiście dużo), a ujmując ją w kategoriach kosmicznych – króciutko. Od tamtych chwil upłynęło dużo wody z Wisły, wiele książek zostało przeczytanych, parę momentów przeżytych i moje zainteresowanie prozą Sapkowskiego minęło. Geralt co prawda siedzi gdzieś głęboko w mojej pamięci, gdyż jest to postać zbyt barwna, aby pozbyć się jej ot, tak sobie, ale pokrył go kurz czasu. Przestał być na tyle atrakcyjny, aby wracać myślami do dziejów jego i jego kompanii, został wyparty przez inne literackie postacie, a książki ASa przyćmił czar następnych przeczytanych przeze mnie dzieł.

Co prawda kątem oka obserwowałem poczynania nad postacią Sapkowskiego – próby podbicia zachodu (niezbyt zresztą udane, mimo wsparcia takiego tytana wydawniczego jak Golancz) przez Geralta, jego występ w filmie (koszmarnym nota bene…) i wreszcie jego romans z przemysłem gier komputerowych. Łowiłem wieści i przypatrywałem się oceniając jednak okiem dosyć chłodnym – mój zapał do świata ASa wypalił się i byłem w stanie tylko dopingować pisarza, wierząc, że saga o wiedźminie jest naprawdę dobrą pozycją.

Byłoby tak dalej, gdyby nie Vader. Bynajmniej nie chodzi mi tu o ciemne wcielenie Anakina Skywalkera z Gwiezdnych Wojen, ale o zespół. Vader jest (a przynajmniej był, bo według fanów stracił nieco z pazura) wiodącym zespołem metalowym w Polsce, prawdziwą gwiazdą na zachodniej scenie i znakiem rozpoznawczym rodzimej muzyki spod znaku ostrych riffów i rock’en’rollowego życia. I Vader wziął na tapetę Geralta – stworzył teledysk do gry komputerowej The Witcher; piosenka zowie się Sword of the Witcher.

Nie byłoby w tym nic szczególnego, jako, że tytan powinien wspierać tytana (Sapkowski – jeden z lepszych twórców polskiej literatury fantastycznej i Vader – uznany zespół thrashowy), lecz jakoś mi tak niespecjalnie pasuje akurat ten rodzaj muzyki do klimatu opowieści o wiedźminie. Nie powinienem się jednak dziwić, jest to ewidentnie zabieg marketingowy. I wróżę, że będzie to strzał w dziesiątkę. Sądzę, że dzięki tej piosence po grę sięgną nie tylko polscy fanatycy literatury fantasy i książek ASa, ale i ludzie interesujący się muzyką. Możliwy jest też sukces na zachodzie, gdzie sława Vadera znacznie przekracza sławę Geralta i może temu drugiemu tylko się przysłużyć, nie zaś zaszkodzić. W efekcie zachód posłucha Sword of the Witcher, zagra w grę komputerową, a następnie sięgnie do angielskiego wydania Ostatniego życzenia (ang. Last Wish). Być może w końcu komercyjna Europa zobaczy urok niegdysiejszej gwiazdy polskiej sceny science-fiction. A tego chyba chcemy. Sukces nam się wręcz należy.

Choć wolałbym soundtrack w stylu Tales of the Witcher Adama Skorupy (poszukajcie, a znajdziecie), to jednak muszę przyznać, że utwór Vadera mi się podoba. Jest to piosenka w nieco odmiennym stylu, niepodobna do dotychczasowych dokonań grupy (targetem zapewnie byli młodzi ludzie, więc trzeba było ten wściekły, pierwotny thrash złagodzić jak najbardziej), ale melodyjna, ciekawa i z kopem. Sądzę, że Vader dawno tak dobrze nie grał.

Romans Pitera i spółki z wiedźminem Geraltem nie powinien dziwić. Grupa ma w swoim dorobku płytę otwarcie nawiązującą do mitologii Cthulhu Lovecrafta (jedną z lepszych dodajmy), a tytuł jej: De profundis. Gdzieniegdzie słychać było o inspiracjach członków zespołu, w których dużą rolę odgrywała literatura fantastyczna. To cieszy, bowiem wraz z Vaderem, polska proza s-f może pójść w świat (a przynajmniej dalej niż do Słowacji, Czech i Rosji). Może dzięki temu rodzimi twórcy nabiorą ambicji i w końcu zaczną pisać tak, aby ich utwory miały jakieś walory literackie (nie tyczy to się wszystkich pisarzy polskich, tylko 80%, reszta naprawdę robi coś wspaniałego, że wspomnę tylko o Łukaszu Orbitowskim, Jacku Sobocie, Kubie Nowaku). Zmieńmy wreszcie skórę, bo jak nas odwiedzą goście z zagranicy, aby porównać swoje dokonania z naszymi, to nie wypada, aby z butów wystawała nam słoma.

A klip możecie znaleźć tutaj!

Tajemnice spod waniliowego nieba

Vanilla SkyAlejandro Amenábar, hiszpański reżyser, w 1997 roku popełnił film Abre los ojosOtwórz oczy. Nie było to dziełko najbardziej udane, ale niewątpliwie hipnotyzujące. Historia więźnia, wiecznego hulaki i bogacza, który popełnił mord, którego nie pamięta, mogła fascynować. Nieco sztuczna gra aktorska i nienajlepsze zdjęcia zostały przyćmione przez fabułę, bądź co bądź frapującą. Do filmu wkradł się element fantastyczny, dzięki któremu obraz Amenábara nabrał pazura i przestał przypominać całą resztę ckliwych i nędznych dramatycznych filmów o miłości z tragedią w tle. Hollywood chwyciło przynętę i w 2001 roku mogliśmy cieszyć oczy remakiem, wyreżyserowanym przez Camerona Crowe’a.

Vanilla Sky, bo tak zwał się ów film, nakręcony został z pasją i pieczołowitością, co widać na ekranie. Oprócz niewątpliwie magicznej fabuły posiadał wiele innych cech in plus. Był mniej dosłowny niż jego hiszpański poprzednik i o wiele lepiej zagrany. Wiele rzeczy można mówić o umiejętnościach Tomka Cruise’a, ale rola Davida Amesa, spadkobiercy wydawniczej fortuny, udała mu się w stu procentach. Dzielnie asystowała mu Penelope Cruz i Jason Lee, a prawdziwym hitem była rola Kurta Russella, który pokazał swoje aktorskie możliwości w pełni.

Film był pełen symboli i niedomówień. Pozwoliło to osiągnąć atmosferę tajemniczości i wprowadzało w konfuzję widza. Od momentu wypadku samochodowego Amesa i Julie Gianni (Cameron Diaz) nic nie było jasne i pozornie do siebie nie pasowało. To przyciągało wzrok i wymagało myślenia. Widz musiał być czujny przez cały czas, aby wyłowić każdy szczegół i powiązać ze sobą w jedną całość. Twórcy Vanilla Sky nie chcieli stworzyć filmu, który prowadzi oglądających za rączkę, który daje wszystko na tacy.

Dużą rolę grały tam emocje – szczególnie wyeksponowano wewnętrzną walkę głównego bohatera, który musi zmierzyć się z wewnętrznym dramatem (zabił, czy nie zabił?), a także z ludźmi wątpiącymi w jego uczciwość. Problematyczna miłość, jaką obserwujemy na ekranie, również ma swoje znaczenie – jest motorem fabuły. W Vanilla Sky widać to o wiele lepiej niż w Abre los ojos.

Poza tym film jest niesamowicie smutny. Pokazuje historię nieszczęśnika bez zbędnej pretensjonalności i bez tabu. Uwypuklone są zwłaszcza te momenty, w których sparaliżowany po wypadku Ames wszem i wobec okazuje swoją słabość, kiedy jest żałosny i nieznośny. Przy czym jego walka o odzyskanie fizycznej sprawności nie jest jednoznaczna – z jednej strony chce być znowu starym sobą i idzie pewnie do celu, z drugiej podkłada się co chwila i upada na ziemię pełen rozpaczy i beznadziei. Obie wizje wydają się gryźć ze sobą, ale nie jest tak w istocie. Obie są prawdziwe i trzeba być cierpliwym, zanim opadnie kurtyna skrywająca odpowiedzi.

Vanilla Sky to kawał genialnego kina dramatycznego z elementami science-fiction. Wzrusza, fascynuje, dotyka drażliwych tematów, nie posługuje się schematami. Wywołuje całą gamę emocji – śmiech, płacz, strach. Wytrwały widz (taki, który lubi odkrywać tajemnice) z pewnością nie będzie zawiedziony. To świetny film, zaprawdę.

Odwiedzono mnie

  • 66 069 razy
%d blogerów lubi to: