Starocie

Archive for

Pijany skrzypek na scenie

Oglądałem ostatnio Spadkobierców – to już nie ta sama magia, co kiedyś. Na początku te spektakle pachniały totalną amatorszczyzną, radosną, niczym nieskrępowaną zabawą słowem, gestem, sytuacją. Absurd owego eventu kabaretowego polegał na tym, że „aktor” był bliższy widzowi – właściwie to z nim grał, dla niego grał. Intencje były czyste, proste, klarowne. Teraz zaś gra się niejako do kamery, improwizacja jest wyrachowana, gagi sformułowane w sposób nieznośnie jajcarski, taki… estradowy, jeśli można to tak nazwać. Zniknęła interakcja – zaistniała jakaś linia fabularna, weszły w życie jakieś niepisane zasady. Nie ma przekraczania barier, ekipa wpadła w rutynę.

Jednak zdarzają się im jeszcze scenki genialne, wynikające z ciągłej chęci zaskakiwania samych siebie przede wszystkim. W odcinku, który ostatnio oglądałem, występował Tomasz Kamel. Jest on tak kiczowaty, tak cholernie brak mu uroku i wdzięku, a przy tym jego umiejętności aktorskie są poniżej krytyki – że aż miło było patrzeć, jak nadyma się przed powiedzeniem tego, co mu ślina na język przyniesie, jak jest spięty i jak uważa, aby nie wypaść blado przy zawodowych kabareciarzach. Mimo jego udanego występu, gag nie powalał, trącił nudą, etc. No, ale potem Kamel wzniósł toast i jego zdziwiona mina odmieniła oblicze całego, niezbyt udanego, odcinka.

Okazało się, czym znany prezentem nie omieszkał się podzielić z widzami, że w szklaneczce naprawdę był alkohol (robię ciche, naiwne założenie, że Kamel naprawdę o tym nie wiedział). No i mnie oświeciło – przypomniałem sobie Roberta Downey Jra, o którym mówi się, że jest to aktor totalny. Nawet pijany potrafi zagrać trzeźwego. W tym swoim oświeceniu pomyślałem sobie, że miło byłoby zobaczyć kolejne przełamanie jakichś konwencjonalnych barier, jakieś odbrązowienie czegoś. Z pomocą przyszedł mi Jewgienij, a konkretniej jego wpis o tytule „Wtorek, jeszcze o tremie”. Bardziej szczegółowo:

Jakiś poziom stresu u każdego występuje, gorzej jeśli uniemożliwia wykonywanie takiego zawodu jak muzyk estradowy. W muzyce rockowej itp. można się znieczulić butelką whisky i dawaj. Precyzja tu nie jest najważniejsza, poziom trudności technicznych porównywalny do gry harcerza przy ognisku. Ważniejszy hałas niż szczegóły. Ale pianista czy skrzypek klasyczny nie może się ubzdryngolić, bo równie dobrze mógłby się upić łyżwiarz figurowy albo żongler. Katastrofa murowana.

No i ja właśnie o tym skrzypku. Otóż życzyłbym sobie, żeby właśnie jakiś skrzypek wyszedł na scenę kompletnie pijany i odegrał jakąś szaleńczą partię albo wręcz nawet – Chopina zagrał po swojemu. To samo tyczy się pianisty. I oboisty. I dyrygenta nawet. Niech cała orkiestra wyjdzie napierniczona i niech daje. Oby tylko na nogach stała albo usiedzieć zdołała. Reszta niech będzie szaleństwem.

Nie dość, że byłoby to przełamanie barier, to jeszcze w sposób bezczelny i iście rockowy właśnie. Otóż owa butelka whisky niekoniecznie bywa przez rockowców używana, żeby tremę utopić, ale także po to, by najzwyczajniej w świecie dać czadu, żeby siebie samego zaskoczyć, spróbować jakiejś nowości, odczuć mocniej własną muzykę. Odlecieć wraz z publiką nawet. Tak na scenę wychodziła Metallica, Guns’n’Roses, Rolling Stones, a z pewnością jeszcze wiele innych, mniej lub bardziej sławnych kapel. Jewgienij ma rację w jednym punkcie – precyzja nie jest najważniejsza. Ale wszak nie o nią chodzi. Precyzyjny jest metronom, precyzyjna powinna być prognoza pogody, ale czy akurat muzyka? Chyba, że to mathcore albo coś w tym stylu. Chodzi o odczucie, barbarzyńcy z Wysp Brytyjskich mają na to piękne określenie feeling. Byłoby to spełnienie moich marzeń. A i odbrązowiłoby się coś przy okazji, co jest wartością samą w sobie.

Pierwsze, co w tym momencie przychodzi mi na myśl, jest Apocalyptica. Co prawda nie wiem, czy pijani wychodzi na scenę, ale na pewno przełamali klasyczne bariery konwencji. Wzięli wiolonczele i zaczęli rżnąć „Fight Fire With Fire”. Wyszło im lepiej, niż Metallice. Potem na tapetę rzucili sobie utwory klasyczne, które zapragnęli odtworzyć na modłę heavy metalową. I, proszę ja Was, jest pięknie!

Na dodatek sądzę, że dałoby radę to pogodzić z moich pojęciem sztuki, o którym pisałem nieco wcześniej. Wszak nie tworzę żadnej granicy dla twórcy, wymagam od niego tylko szczerości, znajomości proporcji, jakiejś myśli. W szaleństwie mieści się to wszystko. Wszak żeby być szaleńcem, żeby coś odbrązowić swoim szaleństwem, trzeba znać myśl, cel, proporcję i wszystko, co mieści się w tym, co chce się odbrązowić właśnie. Czasem nie ma się po prostu śmiałości, by zrobić coś na nowo, by szargać dzieło swoją myślą. Jeśli alkohol ma pomóc skrzypkowi pokonać barierę i wrzucić w odwiecznie istniejące dzieło siebie, swój sposób na muzykę, to niech skrzypek pije. Jeśli tylko mu wyjdzie, będę pierwszym, który będzie go oklaskiwać.

A jeśli jego szaleństwo będzie na tyle bezczelne, że ujawni się bez alkoholu – tym lepiej.

Reklamy

Wieści z frontu

Dzieje się! Oj, dzieje się! A, że dawno nie rozbebeszałem życia prywatnego na blogu, to zedrę teraz z siebie szaty i ujawnię, co też słychać z alkowy! Ci, którzy myślą naiwnie, że naprawdę będzie o seksie, niech obejdą się smakiem i stracą zainteresowanie moją osobą. Będzie bowiem o pisaniu, co, jak głoszą wszelkie badania czytelnictwa, jest strasznie passé.

Z mojego pisarskiego warsztatu wyszedł już cały materiał na zbiorek. Leży sobie teraz spokojnie na biurku wydawcy, czeka na redakcję. To sześć bardzo długich opowiadań, z czego trzy zgrabnie można połączyć w mikropowieść (z czego jedno było publikowane w Fantastyce – Wydaniu Specjalnym). Znaków sporo, bo 466855 (słownie: czterysta sześćdziesiąt sześć tysięcy osiemset pięćdziesiąt pięć), co stanowi rzecz opasłą, żeby nie rzecz – grubą. Nie wiem, ile to stron na papierze, ale wydaje mi się, że moja debiutancka książka będzie miała się czym rozpychać na półkach Empiku. Co prawda Lodu nie przebiję, ale nie miałem takiego zamiaru.

Aktualnie na tapecie mam trzy projekty – opowiadanie w konwencji steampunk (ale żadna kontynuacja Glinianego golema, ani nawet nie tekst korespondujący), powieść-baśń (bajkę? przypowieść?), o której myślałem już od dawna i na którą wreszcie znalazłem odpowiedni koncept oraz siły (czyli – stałem się na tyle dojrzały, aby na nowo wrócić do dzieciństwa), a także coś, z czego chyba wykluje się powieść, ale nie chcę jeszcze o tym mówić zbyt wiele. Większość sił ładuję w moją „bajkę”. W tempie ekpresowym napisałem prolog, cały pierwszy rozdział oraz część drugiego. Co chwila otwierają mi się szuflady z pomysłami, folguję sobie z wyobraźnią. Chciałbym, aby z lektury tej mojej powieści miał coś i trzynastolatek i trzydziestolatek i matuzalem. Inaczej nie miałoby to sensu – dobra bajka musi być po prostu dobrą opowieścią. O to głównie chodzi. Nie będę zdradzał szczegółów, nim rzecz nie będzie skończona, ale mnie samemu wydaje się, że piszę naprawdę starannie. To solidna historia, a ja chyba znalazłem metodę, aby podać to w odpowiedni sposób. Zobaczymy, jak wyjdzie, nie chcę zapeszać, ale nigdy bardziej nie wierzyłem w to, co robię.

Zasygnalizowałem pewne zmiany w Creatio, widać je będzie już od następnego, dwudziestego czwartego numeru. Formuła trochę się zastała i koniecznością było ją odświeżyć. Myślę, że robiąc to, uczynimy krok do normalizacji sceny internetowej na wzór zachodni. Efekty będą tak naprawdę widoczne za jakiś czas, nic na szybko, nic pochopnie. Nie będę jednak głosu odbierał Sławkowi Spasiewiczowi, który będzie miał możliwość wprowadzić wszystkich w nasz pomysł w odpowiedniej chwili. Nowy numer się zbliża, a wraz z nim niespodzianka.

Zaangażowałem się także w pisanie na fajkanecie, gdzie zgarnął mnie jalens. Próbuję swoich sił w recenzjach tytoniowych oraz będę starał się rozkręcać dział o obecności fajki w kulturze (czy też – popkulturze). Tutaj więc wpisy fajczarskie staną się rzadsze, za to bardziej osobiste. Na pewno zaś z nich nie zrezygnuję, bo dzięki nim mój blog nabiera jakiegoś tempa.

W najbliższych dniach wpis muzyczny. Znalazłem kilka ciekawych nut i już nie mogę się doczekać, kiedy znajdę odpowiednie słowa, dzięki którym oddam ich dźwięk.

Sztuka dla sztuki…

Moje rozumienie sztuki jako takiej jest mocno archaiczne. W procesie jej pojmowania zatrzymałem się chyba na „Confiteorze” Przybyszewskiego, a może nawet na Rousseau, który stwierdził, że sztuka nie jest biernym naśladowaniem, ale jednym ze sposobów spoglądania na rzeczywistość ludzi otaczającą. Nie jest jednak tylko opisem, ale posiada cechy emotywne, przede wszystkim cechy emotywne – jej główną rolą jest wyrażanie uczuć, czy namiętności. Dlatego właśnie jest… piękna.

Cała reszta, która nastała później, jest jedynie komentarzem do Rousseau – częściej negatywnym, a zarazem niemerytorycznym, niż pozytywnym, pogłębiającym opinię Francuza. Pojmowanie sztuki jako odzwierciedlenia reguł estetycznych, pewnego rodzaju propocji myśli, unikania przesady i banału, dążenie do sensu oraz wierności (ale osadzonej zwykle w metaforze) ostatecznie skończyło się po okresie dekadentyzmu, gdy to porzucono nawoływanie wyżej wymienionego Przybyszewskiego, aby misyjność sztuki nie była zakłócana przez cokolwiek innego. Sztuka dla sztuki nie jest tu jeszcze hasłem odgrodzenia się od realności, od jej refleksyjnego oglądu, ale niedługo potem już takim się stanie. Ironia losu – dekadentom chodziło jeszcze o twórcze szaleństwo, które na gruzach starego świata pozwoliłoby postawić nowy, zaś postmodernistom szło już tylko o szaleństwo właśnie.

I tu nadchodzi czas wyjaśnień – nie uznaję za sztukę „Fontanny” Marcela Duchampa, nie uznaję za sztukę obierania kartofli w Zachęcie, kutas na krzyżu pojmuję jako tanią prowokację (mimo, iż nie jestem religijny), ustawienie psa na kozie samej będącej ustawioną na koniu nie przypomina mi pracy artystycznej, tak samo jak opakowanie w folię Reichstagu. Może tylko działalność słynnego Doktora Śmierci podepnę pod artyzm, bo w jego rzeźbach o coś chodzi i nie potrzeba do tego opasłych tomów tłumaczeń, nurzających się w absurdzie. Tak samo pop, ani rap nie jest dla mnie sztuką, a jedynie zestawieniem dźwięków. Ktoś może tłumaczyć owe gatunki muzyczne zapędem minimalistycznym, redukcją zbędnych ozdobników, ale ten redukcjonizm zapędził Peję do frazy „reprezentuję biedę” podczas, gdy nie jest to prawda. Nie chodzi mi o to, by artysta ujawniał się w swoich dziełach, nie musi. Ale powinien być uprawniony do przejawiania pewnych wartości, których jego dzieło dotyczy. Musi istnieć jakaś nić porozumienia między sztuką, a artystą. A jeśli artysta nie rozumie tego, co robi albo gdy świadomie pozbawia sensu swojej sztuki pozostając milczącym wobec desperackich prób nadania jej sensu przez komentatorów, to jest to już tylko marketing. Jest to żywe kłamstwo.

Chyba, żeby z kłamstwa zrobić sztukę, jak Diabeł w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa w nieprawdopodobnej scenie w teatrze.

Rozumiem postulat, iż sztukę należy sprowadzić z wyżyn na niziny, dać ją masom, tłumowi, aby stała się im bliższa, bardziej zrozumiała, ale (o zgrozo!) to są teorie tych, którzy paradoksalnie czynią ją niezrozumiałą i niedostępną pospolitemu Kowalskiemu. O ile intencje oceniam pozytywnie, jako słuszne, o tyle metodę ich realizacji potępiam, jako wręcz głupią. Czy obraz, na którym jest jedna pionowa kreska w różnych kolorach jest dostępny jakiejkolwiek interpretacji? Nie. Nie jest. To jest po prostu pionowa kreska w różnych kolorach, a nie metafora niewinności wpędzającej w nienawiść, grzech, miłość, czy papierosy. Wychodzenie ze sztuką do mas nie powinno wiązać się z poniżaniem samej sztuki, ze sprowadzaniem jej do parteru. O ile pospolity człowiek ma wobec artyzmu jakieś oczekiwania, to takie, aby był on zrozumiały. Reszta jest właściwie dowolna, ale i naznaczona piętnem dostępności dla tego, kto sztuki doświadcza samemu nie będąc jej autorem. Co prawda nie należy prowadzić go za rączkę, ale można sprytnie przecież sugerować, wymagać, popychać. To warunkuje własną, niepowtarzalną interpretację oglądającego, a przecież właśnie o to chodzi.

Chyba, że sztuce wystarczy, aby była po prostu kontemplowana… Ja jednak tęsknię do jej pojmowania na sposób Rousseau, Przybyszewskiego. Chciałbym po prostu, aby była piękna.

Moje fajki

Patrząc na swój zbiór fajek doszedłem do wniosku, iż jestem kolekcjonerem okazów, których nikt inny zapewne nie chciałbym posiadać. Nie są to z pewnością wyjątkowe egzemplarze. Prawdopodobnie niejeden fajczarz obojętnie wzruszyłby ramionami na ich widok, bądź, co bardziej możliwe, prychnąłby z pogardą. Nie wyróżniają się te moje fajki ani jakością, ani wykonaniem. Czasem ich pochodzenie jest wątpliwe, a materiał nie poraża znakomitością. Bądźmy szczerzy – większość fajczarzy nie tego poszukuje.

I właśnie dlatego moja kolekcja jest tym cenniejsza.

Od razu powiedzmy sobie – nie chodzi tu o kolekcję, jako „kolekcję”, ani o cenę, jako o „cenę”, ani nawet o jakość samych fajek właśnie. Szczególna jest tu myśl, która w tej kolekcji zaczęła się ujawniać zupełnie niespodziewanie. Oto mam bowiem osiem sztuk, z których dwie to grusze (pogardzane przez spore grono kolegów po dymku), jedna krusząca się różanka z Hong Kongu (założę się, że na polski rynek trafiła prosto z taśmy produkcyjnej), kolejna to ordynarna, toporna Denicotea (wrzosiec second hand, pełen kitowań), jakaś albanka Real Briar, która chyba niejednego zawału w swoim drewnianym żywocie doświadczyła, Bruyere Szabo, o której nic nie wiem oprócz tego, że jest z wrzośca oraz świeżo nabyta Ducale z nawierconym dnem (rozstrzelałbym wykonawcę). Wśród tego wszystkiego znajduje się raptem jeden klasowy Worobiec 84, zwany potocznie przeze mnie „Hobbitem”. Chociaż i w jego przypadku malkontenci rzucą zapewne pare krytycznych uwag.

Przygarniam pod skrzydła fajki słabe, niskiej jakości, mizernego wykonania, szemranego pochodzenia, najlepiej zniszczone. Co ciekawe – robię to zupełnie bezrefleksyjnie. Gdyby podliczyć, ile wydałem na swoje fajki, wyszłoby, że mógłbym kupić dwa Petersony dobrej jakości i w odpowiednim wieku. Mógłbym cieszyć się markowymi egzemplarzami, co do których nikt nie miałby zastrzeżeń. Wszyscy gratulowaliby mi gustu, poklepywali po ramieniu, życzyli smacznego palenia. Tymczasem, nawet jeśli ktoś obeznany w temacie zapragnie łaskawie zerknąć, prawdopodobnie i tak zdziwi się, a potem poradzi, bym lepiej inwestował fundusze.

Tyle, że wszystkie moje fajki dają mi poczucie pewnej unikalności oraz sensu – mój zbiór jest inny niż wszystkie. Jednocześnie użytkowy, ale i z pewną myślą właśnie. Fajki, które posiadam, przeżyły ze mną sporo przygód – paląc w nich przeczytałem niejedną książkę, napisałem niejeden tekst, poznałem niejednego ciekawego człowieka, zaraziłem swoją pasją kilku innych. Zawsze smaczne, odpowiednio traktowane, zadbane, trwają u mnie w najlepsze. Gdyby personifikować przedmioty rzekłbym, że odwdzięczają mi się swoim towarzystwem.

Czy gdybym kupował drogie, markowe fajki, traktowałbym fajczarstwo tak samo? Chyba nie. Oczywiście nie bronię się przed nabyciem lepszym egzemplarzy, z pewnością sprawię sobie kilka reprezentacyjnych sztuk, ale nigdy nie będą sednem mojej kolekcji. Ta bowiem polega na czym innym – świadomym mniej lub bardziej wyszukiwaniem fajek, o które trzeba troszczyć się ze zdwojoną siłą, aby nigdy nie zawiodły.

Przedstawię pokrótce swoje fajeczki:

B&B 030 – grusza
Moja pierwsza fajeczka, od niej zaczęła się cała przygoda. To właśnie to maleństwo (palenie maks półgodzinne) towarzyszyło mi w pierwszych chwilach nauki. Stąd nadpalenia na brzegach komina. Przeznaczona pod aromaty waniliowe. Gościła przeróżne tytonie, stąd bukiet zapachowy jest bogaty, choć niestety nie należy do najcudowniejszych – Borkum Riff Vanilla, Poniatowski Wanilia, Timm No Name, Stanwell Vanilla (przy nim właściwie zostałem), nawet Tillburry Cherry Cream… Dzisiaj raczej emerytka, choć okazjonalnie gości w niej latakia. Kanał dymny bardzo wąski, ciężko się pali, fajka na skraplacz (oczywiście wyjęty).

B&B 018 – grusza
Druga i ostatnia gruszeńka w mojej kolekcji. Kupiona w Ostrołęce, tam gdzie pierwsza, wtedy gdy doszedłem do wniosku, że podstawy podstaw opanowałem. I faktycznie – służy do tej pory. Naczelna fajka jeśli chodzi o aromaty. Przeznaczona do Stanwella Vanilla, aczkolwiek chyba ze dwa razy spróbowałem w niej FVF, tak dla przekonania się, że nie da się palić czystej Virginii w fajce po aromatach (znaczy – da się, ale po co?…). Filtr 9mm, palona bez filtra.

Denicotea 652 – wrzosiec
Pierwszy wrzosiec, kupiony jako trzecia w kolejności fajka. Oznaczona na fajkowo.pl jako wrzosiec second hand. Pełna kitowań, lubię ją nazywać pieszczotliwie „Łaciata”, choć po prawdzie to raczej „Gruba Berta” – monstrualna jak na mnie fajeczka. Wysoki komiń, pojemność nieziemska. Bez karbonizatu, filtr 9mm, palona bez filtra. Rozdziewiczona Rattray’s Old Gowrie, potem długo FVF, aż wreszcie Hal O’The Wynd, co było fatalnym posunięciem z uwagi na to, że tytoń ów zupełnie mi nie podszedł. W efekcie poszła pod La – na pierwszy ogień Navy Flake od Samuela Gawitha. Również Perfection. Jest wybitnie smaczna jak na tyle kitowań i ten marnej jakości wrzosiec. To utwierdza mnie w przekonaniu, że cena jest mało ważna, liczy się, czy fajeczka ma w sobie… ten ogień! Ogień i żar!

Worobiec 84 – wrzosiec
Kupiona w te wakacje, w Warszawie na Warszawie Centralnej, w podziemiach. Wybierana wraz z kobietą, wypatrzona już wcześniej na allegro. Właściwie wymarzona moja fajeczka. Nadałem jej pieszczotliwą nazwę – „Hobbit”. Tak jakoś mi się kojarzy. Zdecydowanie mniejsza niż Denicotea, nieco pojemniejsza niż B&B 018, od początku przeznaczona do Va. Spróbowała trzech paleń Old Gowrie, kilkunastu Hal O’The Wynd, aczkolwiek wierna przez długi czas była FVF. Teraz palę w niej Virginię nr. 1 MacBarena oraz Old Gowrie właśnie. Smak absolutny, każdemu tytoniowi palonemu w niej nadaje cytrusową nutę, niejako za darmo, z wdzięczności. Niestety potraktowana zbyt mocno jeansem w kominie (chciałem wyrównać nagar…), ukryszyła się tuż nad wylotem przewodu dymnego… Długo zwlekałem z naprawą, pytałem na fajczarskim forum, jak mógłbym to zrobić. Dzięki pomocy Kolegów udało mi się „wyleczyć” ją pipemudem, po którym teraz praktycznie nie ma śladu, opalił się, stwardniał, służy dzielnie. A i ja jestem uważniejszy.

BaDou K6528 – różanka
Prezent od współpracowników podarowany na cudownym wieczorze pożegnalnym. Piękna, ryflowana, grube ścianki. Co prawda czuć niewprawioną rękę nieznających tematu – fajka ma płaskie dno, bardzo ciężko wykręca się ustnik, przewód dymny w ustniku jest bardzo wąski (uniemożliwia dobrą kontrolę ciągu), poza tym (co jest wadą bodaj największą) jest bardzo, ale to bardzo krucha. Przy pierwszym paleniu ukruszyła się w środku komina dość znacznie (żałowałem wtedy, że zebrałem papierem ściernym karbonizat, zawsze zbieram, gdybym cofnął czas, akurat tej fajce bym tego nie zrobił), przy drugim płytkie pęknięcie praktycznie przez cały komin, choć byłem ekstremalnie ostrożny. Jako, że fajka ma wyborny smak, specyficzną nutę, którą dodaje Virginii (bowiem do niej jest przeznaczona), została odnowiona pipemudem. Może pochodzić z Hong-Kongu (generalnie zwrot ku Dalekiemu Wschodowi). Ze względu na swoją delikatność używana odświętnie.

Real Briar – wrzosiec
Ta fajka to zwykła albanka o wyjątkowo cienkich ściankach nagrzewających się do niebywałych temperatur w niesamowicie szybkim tempie. Mimo więc swojej pozornej „zwykłości” potrafi pokazać charakter. Oryginalnie posiadała skraplacz, jednak wyjąłem, dzięki czemu proces jej czyszczenia wymaga ode mnie czasu i cierpliwości… Jest dość wiekowa, podobno pamięta przedwojenne czasy, ale co do tego nie ma pewności. Dla mnie specyficzna z dwojakich powodów – towarzyszyła mi od początku przygody z fajczarstwem, ale tak naprawdę została moją fajką niedawno. Na niej to bowiem ćwiczyłem renowację. Każdy etap, krok po kroku, poprzez oczyszczanie nagaru, polerowanie ustnika, wywabianie przykrego zapachu, aż do malowania bejcą. Mimo tych zabiegów, długo podnosiła się z upadku, jakby nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Dzisiaj jest już w miarę spokojną starowinką (choć temperamentną), której emerytura jest efektywna i efektowna – polubiła aromaty, w szczególności Belle Epoque.

Bruyere Szabo – wrzosiec
Kolejna moja towarzyszka to prezent urodzinowy, fantastyczny z dwóch powodów – wybrana została spośród innych, markowo lepszych, ale słabiej wykonanych oraz została kupiona na konwencie fantastyki Falkon 2009, którego byłem gościem. Specyficzny kształt, przypominający fajkę Sherlocka Holmesa (tego starego, nie nowego, w reżyserii Guya Ritchiego), ciemna barwa – nieco tajemnicza, także z powodu, iż kompletnie nie mam pojęcia, skąd pochodzi, ani co to za producent. Być może to kolejna taśmowa produkcja, jednak wcale jej to nie skreśla. Znakomicie komponuje się z Old Gowrie. Pojemny komin zapewnia długie palenie, świetnie leży w dłoni. Jedna z moich ulubienic.

Ducale – wrzosiec
Historia tej fajki jest dość skomplikowana. Polowałem na nią od listopada zeszłego roku, a zdobyłem przed dwoma tygodniami. Jest w ukochanym przeze mnie kształcie bent bulldog. Shape ten ujął mnie tak mocno, iż nie mogłem odpuścić – polowałem na allegro (nie jestem jednak mistrzem licytacji…), na e-bayu (choć nie mam tam konta), wśród Kolegów z fajczarskiego forum. Kilkakrotnie byłem bliski zakupu jakiegoś innego egzemplarza, droższego, starszego, lepszego jakościowo, nigdy jednak rzecz nie doszła do skutku. Coś zawsze było nie tak – a to za drogo, a to zbyt zniszczona, a to jednak kształt nie do końca taki… Z powodu moich poszukiwań mocno zalazłem za skórę kilku ludziom, którzy zapewne mają mnie dziś dość, ze względu na mój brak zdecydowania oraz inne wady. W końcu jednak się udało. Na allegro pojawiła się tania, na pierwszy rzut oka wcale zadbana, fajeczka Ducale. I wreszcie – jest! Po oczyszczeniu wnętrza główki, wypolerowaniu ustnika, okazało się, że jej największą wadą jest nawiert dokładnie na dnie komina. Albo to pomyłka fajkarza, albo wina maszyny, która fajkarza wyręczała (dość nieudolnie zresztą…). Tak czy siak ubytek został załatany pipemudem i powoli nadchodzi ta chwila, w której zapalę w swojej nowej fajce po raz pierwszy…

Odwiedzono mnie

  • 62,937 razy
Reklamy
%d blogerów lubi to: