Starocie

Archive for

Strzeszewski na Polconie

polcon 2013

Na Polconie spotkać będzie można moją skromną osobę w dniach 29-31 sierpnia (tj. od piątku do soboty) na kampusie Politechniki Warszawskiej. Szczegółowa rozpiska poniżej. Będzie mi bardzo miło, jeśli zjawicie się i włączycie żywo w dyskusję ze mną. Do zobaczenia, do jutra!

Strzeszewski na Polconie 2013:
– prelekcja „Punk w steampunku – dym zamiast pary”. Czwartek, godz. 17:00, aula literacka 2;
– dyżur autorski. Piątek, godz. 15:00, sala Amplitronu;
– spotkanie z wydawnictwem Powergraph. Sobota, godz. 16:00, aula literacka 2.

W poszukiwaniu skradzionego czasu

hipcioJeden z moich znajomych napisał mi ostatnio coś ciekawego. Na zdjęciu z pewnego konwentu fantastyki w Krakowie, na którym się znalazłem, dopatrzył się w mojej osobie postawy buntownika z wielką wiarą w walkę o lepszą sprawę. Można to rozumieć dwojako.

Z jednej strony to wszak dobrze, że inni widzą we mnie siłę, o której sam nie zdaję sobie sprawy. Bardzo szlachetnie jest buntować się i kto nigdy w życiu tego nie robił, na starość obudzi się nagle, otrząśnie, przetrze oczy, by za chwilę zostać zalanym żółcią rzeczywistości. Żyć w zgodzie ze światem za młodu oznacza tylko tyle, że poczucie rozgoryczenia, przegranej i ogromnego żalu uderzy wtedy, gdy już będzie za późno i siły do podniesienia ręki się nie znajdą, a dłoni zacisnąć w pięść już nie da rady. Walka o lepsze życie ma sens tylko wtedy, gdy jeszcze się w tym życiu nie tkwi po szyję. Potem z bagna się już człowiek nie wygrzebie.

Ja oczywiście walczyłem jako szczeniak, nie znając jeszcze znaczenia tej walki. Instynktownie czułem jej potrzebę, wzywała mnie, uciskając wrażliwość wtedy jeszcze naprawdę wrażliwą. I tak biegł mi czas, w zmaganiu z losem, więc nawet nie zorientowałem się, kiedy minął mi bunt. Okopałem się na stanowiskach, zająłem dogodne pozycje. Mogłyby być lepsze, stwierdzam po latach, ale równie dobrze mogłyby być gorsze. Tam gdzie jestem przynajmniej sporo widać. Nie jestem za dobrze chroniony przed kulami, jakie wystrzeliwuje życie, ale przynajmniej wiem, skąd padną strzały.

Widzę wielu młodych ludzi, którzy niekoniecznie czują potrzebę buntu i nadziwić się nie mogę. To znaczy rozumiem, w 2013 roku żyje się już inaczej niż 2003, a już w ogóle 1993 to inna aksjologicznie platforma. Dziś jest wygodniej, więcej, szybciej. Nieco starsze pokolenie popełniło już wszystkie błędy, jakie można było popełnić, postawiło, co dało się postawić. Pora spijać śmietankę, zjeść wisienkę, nie musicie dziękować. Idźcie i bawcie się, dzieciaki. Na starość was dopadnie.

Druga strona medalu wygląda jeszcze gorzej, niż poprzednia. Otóż jeśli ludzie jeszcze dostrzegają we mnie tę siłę fatalną, jaką jest wiara w walkę o lepszą sprawę, to znaczy, że blisko mi do donkiszoterii. Czy jeszcze walczę z wiatrakami, nie wiem. Mam nadzieję, że nie, bo jeśli tak, to przyszłości dla siebie nie widzę. Dziś mam rodzinę, żonę, kota, dzieci być może nadejdą, przyjaciele są wokół, oddani od lat – nie trzeba mi dziś walczyć o nic więcej. Swoje zrobiłem, stałem na zgliszczach wartości, wściekły na rzeczywistość, że podła jest i niesprawiedliwa. Miotałem się, by zmienić to i owo, co byłem w stanie albo nawet co pozostawało poza moją mocą. Upadałem, czołgałem się, biegłem. Dziś wreszcie dotarłem do swojego okopu. Nie chcę iść dalej, tylko zepsułbym to, co udało mi się wywalczyć. Niech młodzi biegną, ja z chęcią będę osłaniał.

Wydaje mi się naturalną koleją rzeczy, że zmieniają się pokolenia i że od młodych wymaga się więcej, niż od reszty. Być takim właśnie młodym to żyć w wiecznej przyszłości, nastawionym na jutro, wyrywać się z teraźniejszości, burzyć schematy. Być młodym to pozwolić, by czas biegł.

Być trochę starszym (bo ja przecież wcale stary nie jestem, choć siwizna po bokach i na brodzie, a zakola niedługo połączą się w wyspę), to szukać tego czasu. Tego skradzionego na wydrapanie sobie miejsca w nieprzyjaznym świecie. To pora, aby wreszcie stanąć. Nie – być dumnym. Nie ma nic dumnego w życiu. Jeśli wpadnie się w pułapkę wiecznego biegu, można skończyć jak wielcy nieobecni (spójrzcie na życiorysy zmarłych rockmanów).

Co prawda można również dogonić genialność, jak niektórym się udało. Mądrość polega jednak na tym, aby nie być najlepszym człowiekiem w ogóle, a jak najlepszym jest się w stanie być. Ale to być może tylko „mądrość” dla głupców, nie wiem. Nie podejmę się oceny.

Kiedyś szło się w plener pić wódkę z Rimbaud, Orwellem i Baudelaire’m, na ustach mając słowa krzykliwych metalowych kapel, które uczyły walki o swoje. Piękne mam wspomnienia, takie, których dzieciom nigdy nie opowiem. Dziś staram się nie upijać na smutno (wódka też już inaczej smakuje), na playliście mam filmik z kranem, który pije wodę oraz śpiewające kozy. Nie wiem ani krzty więcej, niż wiedziałem kiedyś, ale wreszcie cała ta wiedza nie burzy już krwi, a zamiast tego daje spokój. Przetrawiłem ją, przyjąłem i ukryłem głęboko.

Wydaje mi się, że nie mam w sobie już wiary w walkę o lepszą sprawę. Czy to dobrze, czy źle? Czy w ogóle można rozpatrywać to w takich kategoriach? Człowiek po prostu wie na co go stać. Jeśli ma siłę, niech biegnie nawet pomimo zdrowemu rozsądkowi. A nuż się uda? Co do mnie, to nie mogę być siebie pewny. Nie wiedziałem bowiem, kiedy ostatecznie przestałem walczyć. Może nigdy? A może nigdy nie walczyłem?

Jeśli mogę zadawać sobie te pytania, to chyba udało mi się jedno – odnaleźć czas, który kiedyś straciłem. Mam wrażenie, że o to w tym wszystkim chodzi – zgubić się, by się wreszcie odnaleźć.

Ale ja nie mam monopolu na prawdę. Za młody jestem.

PS: hipcia wkleiłem z dwóch powodów. Po pierwsze: aby nie było za poważnie, a z lekkim dystansem, koniecznym w tego typu rozważaniach. Po drugie: bo to piękne zwierzęta są i należy im się miejsce na tej stronie.

„Znicz” za darmo – pdf, epub, mobi

W związku z zawieszeniem internetowego periodyku Drugi Obieg Fantastyki zostałem z uciętym tekstem. Pierwsza część Znicza ukazała się w ostatnim dostępnym numerze DOFu, druga miała ujrzeć światło dzienne w kolejnym. Niestety tak się nie stanie. W związku z tym zdecydowałem się opublikować cały tekst za darmo w formie e-booka, aby dać Wam to, na co zasługujecie.

Na okładce znajduje się znakomite zdjęcie Bogdana Białczaka (wykorzystane za Jego zgodą, serdecznie dziękuję!), za redakcję tekstu odpowiada Paweł Szulc, a za skład lemon z forum DOFu. Dziękuję Wam wszystkim za współpracę!

Pliki do pobrania za darmo w formatach pdf, e-pub oraz mobi. Ściągajcie, czytajcie, opiniujcie! Będę niezmiernie wdzięczny.

cover

Emil Strzeszewski „Znicz” – pdf

cover

Emil Strzeszewski „Znicz” – e-pub

cover

Emil Strzeszewski „Znicz” – mobi

30 kilo Krakonu

Strzeszewski_F&SFJeśli ktoś ma nadzieję, że pastwić się będę nad tegorycznym Krakonem, proszę nie czytać tego tekstu. Bo będę słodził. Nie dlatego, że był to konwent doskonały, bardzo daleko było mu do doskonałości. Osobiście jednak nie mam na co narzekać.

Nie będę więc rozpisywał się o sprawie z Mastertonem, już wiele głupot padło na ten temat z każdej ze stron, a ja nie jestem z tych, którzy próbują sobie ugrać coś na cudzym nieporozumieniu, tym bardziej nie znając w ogóle sytuacji. Mastertona widziałem ze dwa razy, przelotem. I to dokładnie wtedy, kiedy o wiele bardziej interesował mnie kufel zimnego piwa oraz towarzystwo zgromadzone przy stole. Nie widziałem, nie wiem, zarobiony jestem. Przepraszam.

Co do organizacji – dość powiedzieć, że nie dano mi żadnego powodu, abym poczuł się źle, choć szum informacyjny był spory, a odpowiadający za konwent zajmowali się kilkoma sprawami naraz, co nie ułatwiało roboty. Pragnę jednak podziękować Toudiemu, który w magiczny sposób manifestował swoje okrutnie brzydkie ciało (ale umysł masz piękny!) zawsze obok, kiedy go potrzebowałem (Toudiego, nie jego ciała), Krzysiowi Piskorskiemu za znakomitą organizację bloku steampunkowego oraz Michałowi Stonawskiemu, że starał się jak mógł, co było widać.

Zanim przejdziemy do rzeczy muszę wyjaśnić, że trudno jest mi pisać o Krakonie. Nie będę więc ubierał tej notki w jakąkolwiek artystowską formę i po prostu wyleję się tutaj w sposób iście chaotyczny. Był to pierwszy konwent, w którym uczestniczyłem niejako od środka, jako zaproszony gość, mam więc emocjonalny stosunek i nie zamierzam tego ukrywać. Było to dla mnie wzruszające przeżycie.
Do dzieła.

Wylądowaliśmy z żoną w piątek i z miejsca zostałem zgarnięty na panel dyskusyjny, jako rezerwowy. Robiłem za Anię Kańtoch, Witek Jabłoński za Magdę Kozak, a Maciek Parowski za siebie, co było zresztą widać. Było śmiesznie, choć ciekawie. Nie mogłem wyzbyć się małej tremy – występować tuż obok Maćka to dla mnie wiele. Niezwykle się cieszę, że na chwilę mogłem zostać Anią Kańtoch (którą serdecznie pozdrawiam) i być tam obok. Nie wniosłem wiele do dyskusji, choć starałem się uzupełniać to, co Panowie powiedzieli przede mną. Mam nadzieję, że jakimś cudem wypełniłem lukę.

Na panelu horrorowym starałem się robić za czarną owcę w gronie czarnych owiec, co wyszło w moim mniemaniu dość szarawo. Nie jestem pisarzem grozy i nigdy nie będę. Wykorzystuję grozę w swojej twórczości, często opieram fabułę na osi horroru, nigdy jednak nie chodzi mi o czystość tego gatunku. Ani żadnego innego. Gdy więc reszta uczestników obierała za cel opisywanie zjawisk czysto-horrorowych, ja zmieniałem perspektywę dostrzegając grozę tam, gdzie jej pozornie nie ma. Na przykład w Odysei Kosmicznej Kubricka.

Głównym punktem piątku była jednak standardowa posiadówka literacka w barze Filutek, gdzie pizza jest gorąca, a piwo zimne, co ułatwia odpoczynek po ciężkim dniu. Spotkałem się wreszcie z ludźmi, których dawno nie widziałem. Nie udało mi się nasycić ich towarzystwem, jak zwykle za krótki czas… Na szczęście niedługo Polcon.

Prawdziwy konwent zaczął się dla mnie w sobotę, kiedy to usilnie z Krzysiem Piskorskim promowaliśmy polski steampunk. A raczej jego narodziny. No ok, poczęcie… Polski steampunk jeszcze nie zaistniał. On dopiero powstaje. Dlatego zdziwiła mnie teza Michała Cetnarowskiego, że steampunk dogorywa, o ile nie zdążył już umrzeć. Być może na Zachodzie, gdzie stał się wypalonym schematem przekształconym w prąd czysto estetyczny, sprowadzony do cosplayu i zachwytu nad goglami noszonymi na cylindrach. W Polsce nie ma zbyt wielu tekstów steampunkowych, a jeszcze mniej osadzonych w polskich realiach.

Podczas paneli (Steampunk PL, ale i następnego o przyszłości steampunku) zastanawialiśmy się więc, czym jest steampunk i czym mógłby być. I znowu nie mogłem zgodzić się z tezą Michała (my się lubimy ze sobą nie zgadzać, co tylko wzbudza w nas chęć konstruktywnej polemiki), który skupił się na odwoływaniu się do steampunku w jego klasycznej formie, to jest wiktoriańskiej scenografii oraz rozwoju technologicznego jako jednego z naczelnych tematów. Jest to dla mnie za wąska definicja gatunku. Kojarzy mi się z naiwnością i jest zbyt sztywna – opisywanie społeczeństwa w epoce pędzącego rozwoju techniki jest tylko jedną z twarzy steampunku.

Tym bardziej, że za technologię, naukę, brano wtedy całkiem inne rzeczy, niż dziś. Obecna była kabała, mistyka, aktywne były loże masońskie. Oprócz technologii rozwijała się również myśl społeczna i filozoficzna. Budowała się świadomość ludu i jednostki. Dodatkowo ta nieszczęsna wiktoriana, ten Londyn w świetle lamp gazowych i konieczna gadżetomania, która zakrywa niedostatki treści, sprowadza problematykę do prostych powieści przygodowych… Ktoś (chyba z widowni) przytomnie zauważył, iż w Polsce w tym czasie sytuacja była diametralnie odmienna, że tutaj w XIX wieku niespecjalnie było się z czego cieszyć. To prawda – trudno nam było się zachwycać dobrodziejstwami techniki w czasach zaborów. Później zaś, za czasów II Rzeczpospolitej, nie pozwoliła na to powszechna bieda, strajki oraz autorytarne rządy pułkowników.

Marzy mi się steampunkowa powieść, która dotyczyć będzie działalności polskich sufrażystek. Marzy mi się więcej punku, mniej tej pary. Chciałbym widzieć za to prawdziwy dym. Gdyby przyjąć bezkrytycznie wywód Michała i za steampunk brać tylko wiktoriańskie opowiastki o szalonych naukowcach wystrzeliwujących z armat rakiety na Księżyc, można by dojść do wniosku, że wszystko poza technologiczną tematyką, podchodzi w steampunku już pod historię alternatywną. Być może to racja, ale czyż steampunk sam w sobie nie jest przede wszystkim historią alternatywną?

Cały dzień upłynął na tego typu rozważaniach. Przypomniałem sobie przy okazji za sprawą Puszona, iż mamy już pierwszy polski steampunkowy produkt eksportowy w postaci systemu RPG Wolsung, który dziś jest także systemem figurkowym, grą planszową, a w planach chłopaki pragną rozszerzyć działalność na polu literackim. Muszę przyznać, że to daje nadzieję, dobrze rokuje. Na tym polu mamy szansę rozwijać się zarówno w klasycznym, jak i tym bardziej punkowym stylu. Możemy poszukiwać własnej, niepodrabialnej drogi w tym zużytym już do końca na Zachodzie nurcie.

Zostałem absolutnie zbudowany wsparciem, jakie otrzymałem na konwencie. Sporo ludzi dowiedziało się o Ektenii, sporo ludzi wysłuchało, co miałem do powiedzenia i dyskutowało ze mną na steampunkowe tematy. Przygotowaliśmy z Powergraphem niecodzienną promocję – 30 kilo Fantasy & Science Fiction (steampunkowy numer z Koleją karną) i specjalnego numeru gazetki promocyjnej Allensteiner Zeitung (numer na Krakon). Rozeszło się pierwszego dnia, w którym otworzyłem karton, czyli w sobotę. Na niedzielną prelekcję o fajce zabrakło egzemplarzy.

Przede wszystkim cieszę się, że znalazłem masę ciekawych ludzi, którzy w inteligentny sposób podchodzą do tego, co lubią. Okazało się, że steampunk to nie tylko kalka, jaką tutaj powinniśmy bezrefleksyjnie kopiować. Warto rozwijać go na swój własny, niepodrabialny sposób. Panele szybko przekształciły się w debaty z widownią. Wszyscy mieli coś interesującego do powiedzenia, w rozmowie wyłaniał się piękny obraz, który jeśli ziści się choć trochę, będzie naprawdę z czego być dumnym. Na razie zwróćcie uwagę na to, co robi chociażby ekipa kapryfolium.pl – młodzi ludzie, pełni zapału, o otwartym umyśle, choć twardej własnej opinii. Z takimi można się czasem nie zgadzać. Nigdy jednak nie należy przestać ich słuchać.

Leniwa niedziela, w której w planach było zwiedzanie z żoną Krakowa oraz prelekcja o fajce w popkulturze, udała się. Niecodzienny temat, niecodzienne hobby i opowiastka o tym w niecodziennych okolicznościach – świetny akcent na zakończenie konwentu.

A potem była już tylko droga na Warszawę, gdzie czekała inna, bardziej prozaiczna rzeczywistość.
Dziękuję Wielki Krakowie!

Fotka pochodzi z kapryfolium.pl

Odwiedzono mnie

  • 66 069 razy
%d blogerów lubi to: