Starocie

Archive for

O „Ektenii”

allensteiner zeitung

Muszę przyznać, że zainteresowanie tematem „Ektenii” mnie zaskoczyło. Nie puszczam teraz do nikogo oczka, nie próbuję kokietować. Jestem w lekkim szoku. Wieść spotkała się z serdecznym przyjęciem i życzliwością ludzką. Ktoś tam w świecie za groszem odkłada grosz na kindla, przepięknego aż strach. Inny wszystkiego czego chce, żebym pamiętał o tym, przeczytać mnie chce, tam i z powrotem.

No to do murów klajstrem świeżym przylepiać będę obwieszczenia. Oby Wam się, a mi z Wami, bo wszyscy mamy źle w głowach, że żyjemy.

Pozwolę sobie na szczerość – niewiele Wam mogę dać. Nie dlatego, że sam niewiele mam, ale gdyż plan jest taki, abyście się za dużo przed czasem nie dowiedzieli. Żeby apetyt Wam wzrastał, żebyście ślinili się jak pies Pawłowa. Nie zależy mi na tym, aby napisać za dużo o „Ektenii”, bo jej tekst spreparowałem tak, aby stanowił spore zaskoczenie i wciągał tajemniczością. Trochę jak w kryminale – nie powinno zaglądać się na ostatnią stronę za wcześnie. I dokładnie o to mi chodzi.

Produkuję się więc tutaj, jak jarmarczny sprzedawca w epoce Rebelais’go śmiejąc się trochę z siebie, trochę z Was. Chcę żebyście podeszli bliżej, przyjrzeli się dobrze temu wirtualnemu cacku, na które straciłem tyle lat życia, że aż mi kapkę szkoda. Opowiem więc o wszystkim, ale niczego się nie dowiecie. Premiera już niedługo, będzie można zaspokoić ciekawość.

„Ektenia” to steampunk, który nie ma zbyt wielu znamion steampunku. Owszem, są szaleni naukowcy. Gadżety także się znajdą. Pary nie zabrakło. Dziwne stroje i wynalazki odhaczone. Alternatywna linia historyczna jest. Kogoś tam zabijają, ktoś tam ucieka, akcji jest trochę, bo świat opanowała wojna. Czego więc brak w tym steampunku, skoro jest wszystko?

Przede wszystkim brak naiwnego, zachodniego przekonania, iż steampunk jest konwencją służącą do robienia literatury pół-żartem, pół-serio. Nie ma przegięcia w stronę dziwacznych rozwiązań technologicznych, a raczej akcent położony jest na przemiany społeczno-religijne. Nie ma ślinienia się do epoki wiktoriańskiej, do parowego piękna dawnych czasów, które nigdy nie nastały. Nie ma wiary w rozwój techniki. Jest trochę punkowej krytyki cywilizacji i człowieka jako takiego. Jest trochę rozliczeniowej wściekłości, ale i polemiki z prawdami powszechnie uznanymi. Jest wreszcie sporo mistyki, bo nic tak nie potęguje strachu, jak nieznane oraz niezrozumiałe.

„Ektenia” to tylko cztery rozdziału, z których dwa są już znane – „Gliniany golem” oraz „Kolej karna”. Pierwszy tekst przerobiłem mocno, bo zestarzał się, a i ja nieco pisarsko zmądrzałem (chyba). Wcześniejsze opowieści umieszczone są w ujednoliconej ramie, wyjaśniającej sporo, ale i zaciemniającej jeszcze więcej. Jeśli ktoś spodziewa się po mojej twórczości prostej odpowiedzi na pytania, jakie niegdyś postawiłem, niech porzuci nadzieję. Dla mnie literatura jest właśnie tym pytaniem, jakie stawiam czytelnikom.

Nie pozostawię jednak nikogo z wrażeniem, iż z tej notki niczego się nie dowiedział. Powoli trzeba uchylać rąbka tajemnicy. Będę więc co jakiś czas publikował tutaj wydania gazety „Allensteiner Zeitung” ze świata „Ektenii”. Gazeta ta istniała naprawdę i kto wie, czy właśnie nie coś takiego tam wypisywali? Dzięki temu dowiecie się, co słychać w uniwersum, które już niedługo przyjdzie Wam jeszcze bliżej oglądać.

ALLENSTEINER ZEITUNG nr 365 w wersji pdf.

Redakcja Allensteiner Zeitung pragnie poinformować, iż wyrzuciła z redakcji poprzedniego redaktora odpowiadającego za skład gazety i zatrudniła nowego, czego efekty widać w linku powyżej!

Reklamy

„Gliniana” powieść w Powergraphie

e-bookWydaję książkę. W końcu. Nie wiem, czy na pewno. Uwierzę, jak będę miał ją w łapach.

Ups. Zapomniałem, że nie będę miał jej w łapach. Przynajmniej nie w formie tradycyjnej, papierowej.

Wydaję e-booka.

Tylko e-booka.

Niektórzy właśnie zostali zszokowani, inni machnęli ręką, część jest po prostu rozczarowana. Całą resztę prawdopodobnie to nie obchodzi, a jeśli już, to pomyśleli, że na e-booku tylko stracę.

Pewnie stracę. Co tu dużo kryć, ryzyko jest spore, chociaż procent od sprzedaży więcej niż przyzwoity. Bo to nie jest taki e-book, który może wydać sobie każdy, kto odwiedzi stronę „wydawnictwa”, któremu się płaci za wydanie e-booka. Nie, to zupełnie nie takie wydawnictwo.

To wydawnictwo nazywa się Powergraph, a powieść nosi tytuł „Ektenia”. Dla tych, którym to nic nie mówi – to z glinianego cyklu, do którego należy „Gliniany golem” oraz „Kolej karna” (które zresztą znajdą się w środku jako rozdziały).

Bądźmy szczerzy – jestem do tego cyklu przywiązany. Pisałem go kilka lat. Dopieszczałem każde zdanie, fabułę, intrygę. Rzecz sczytywało kilka osób, bez ich uwag w ogóle by nic nie było. Czytelnicy raczej nie dostrzegli „Golema” (może i dobrze, bo na potrzeby powieści przerobiłem go mocno), aczkolwiek docenili „Kolej”. Rzecz to najpoważniejsza z całej mojej twórczej kariery i najchętniej zobaczyłbym ją w formie staroświeckiej, na papierze.

Nie będzie mi to dane. Rzecz wychodzi tylko w e-booku i choć e-bookowym czytelnikiem stałem się od niedawna (czytam na malutkim smartfonie z Androidem, spokojnie wystarcza, choć i tak kupuję tablet) przez co przekonałem się ostatecznie do cyfrowej formy literatury, to nie zmienia to faktu, że czuję się, jakby amputowano mi kończynę, którą i tak wcześniej wyrwano.

Jednak gdy Kasia Kosik zadzwoniła z propozycją nie wahałem się ani chwili. Decyzja została podjęta w sekundę.

Jestem więc jednym z pierwszych autorów młodej generacji pisarzy fantastyki, który zadebiutuje w długiej formie jedynie cyfrowo.

Czuję palącą potrzebę wytłumaczenia się z tego faktu. Dlaczego tylko e-book? Odpowiedź jest prosta. Proszę przeczytać jeszcze raz akapit powyżej. To jest właśnie odpowiedź.

Bo kto ma podążać za rewolucją technologiczną, jak nie pisarz fantastyki? Ten e-book jest oczywistym przedłużeniem ideologii, jaka przyświeca mi w tworzeniu tego, a nie innego gatunku literackiego. Jest logiczną konsekwencją. Owszem, jest ryzykiem, które być może mi się nie opłaci. Być może będzie moją śmiercią rynkową. A może nie? Mam nadzieję, liczę na to, że czytelnik sięgnie do swojej kieszeni i wymieni równowartość trzech piw w pubie na moją książkę.

To z mojej strony nie jest takie oczywiste, że godzę się na e-booka, a nawet uważam go za ideologiczny krok naprzód w mojej pisarskiej karierze. Mój stosunek do cyfryzacji jest bowiem ambiwalentny. Na tym blogu można znaleźć notkę „E-być czy nie e-być?”, w której rozważam krok po kroku ówczesną sytuację na rynku e-booków w Polsce. Moim głównym argumentem przeciwko wydaniu elektronicznej książki był fakt, że żadne porządne wydawnictwo z prawdziwego zdarzenia nie chciało się podjąć tego kroku. Że nie istniała instytucja redaktora, korektora, etc.

W Powergraphie mam to zapewnione. Nie potrzeba mi więcej, aczkolwiek jest więcej. Po pierwsze cena – odpowiednio niższa. Po drugie dostępność tytułu – wieczna. Nakład nieograniczony. Trzecią zaletą jest brak udziału pośredników przy zakupie. Płaci się autorowi i wydawnictwu. Owszem, będzie można zakupić w internetowych księgarniach, ale wtedy dola dzieli się odpowiednio.

Gdybym wydawał tak książkę za parę lat, miałbym większą pewność, iż wszystko się uda. Teraz nie mam tego luksusu, ale też go nie potrzebuję. Przecieram szlaki. Niewdzięczna rola, ale muszę przyznać, że przyjmuję ją z radością. Jest coś z intelektualnej przygody w tym wszystkim, jakaś przewrotność losu. Jestem raczej człowiekiem o dość sprecyzowanych poglądach, których jednak nie cechuje uporządkowanie. Są na tyle chaotyczne, że właściwie powinny wykluczać się nawzajem, ale coś we mnie je spaja – wewnętrzna paradoksalność będąca moją cechą główną. Krok w stronę elektronicznej książki jest szaleństwem w moim stylu. Bezkompromisowym, czystym wariactwem.

Nie marzę o nieśmiertelności, nie jestem autorem na miarę najlepszych, wrodzony pesymizm podpowiada mi raczej, że jeśli ktokolwiek w ogóle czeka na moje teksty, to raczej ci nieliczni o podobnym duszy rozdźwięku co mój. E-book nie jest formą, którą sobie zaplanowałem, aby wkroczyć na karty literackiej historii. Fakt, od dawna o nim myślałem, ale nie sądziłem, że dany będzie mi zaszczyt przecierania szlaków.

Można rzec – co to za przecieranie, skoro zagranicą jest to już oczywista praktyka, a i w Polsce bywały takie sytuacje? O zagranicy się nie wypowiadam, bo to jakby nie moje podwórko. Żyję na tym konkretnym kawałku podłogi, gdzie cywilizacja pojawia się z opóźnieniem i nic na to nie poradzę. Co do sytuacji tu, na naszym rynku. Dość rzec, że Dawid Juraszek, Agnieszka Hałas, Marcin Przybyłek, Dawid Kain (odważny krok opublikowania świeżynki na BookRage, zresztą znakomitym miejscu, które musicie odwiedzić) czy Romek Pawlak wydawali już e-booki. Problem tych autorów polega na tym, że platforma wydawnicza, która się zaopiekowała ich twórczością, nie jest dla mnie w żaden sposób wystarczająca (oprócz BookRage). Nie spełnia moich wymagań. Porównałbym ją do sklepu z rękodziełem. Nie chcę umniejszać zasług tych ludzi, zrobili kawał dobrej roboty. Po prostu nie jest to coś, czemu ja chciałbym zaufać.

Życzliwi twórcy, od których zbierałem opinie już po podjęciu decyzji, mieli skrajnie odmienne zdania na temat wydawania e-booka. Kilku odradzało, mówiąc wprost, że pozbawiam się z góry jakiegokolwiek wynagrodzenia, bo nikt nie kupi, skoro można za darmo, z jakiegoś gryzonia ściągnąć. Paradoksalnie najciekawsza była jednak wypowiedź autora z nieco starszego niż oni pokolenia. Nie będę ukrywał tu nazwiska, bo powszechnie wiadomo, że się z Jackiem Sobotą znamy i darzymy przyjaźnią. Jacek zresztą był ze mną przy każdym etapie powstawania „Ektenii”, jeszcze wtedy kiedy była po prostu jednym, nieopublikowanym wówczas opowiadaniem. Gdyby nie jego szorstka, męska przyjaźń, którą cenię sobie bardzo wysoko, nie byłbym w tym punkcie, w którym jestem dzisiaj.

Jacek Sobota bardzo krótko stwierdził, z lakonicznością podobną do niego, ale bez cienia zawahania – „oczywiście, że wydawaj”. Nie miał żadnych wątpliwości, nie potrzebował więc moich wyjaśnień. Sam się, głupi, tłumaczyłem, że e-book to przecież oczywistość. Że przecież zaczynałem od Internetu, że byłem pomysłodawcą Creatio Fantastica, że wierzę w Sieć, więc czemu mam nie wierzyć w e-booki. Że wolałbym papier, ale skoro nadchodzi nieubłagalnie rewolucja na rynku, to dobrze jest być w awangardzie. Jacek w ogóle nie skomentował tych wynurzeń. Był przekonany w chwili, kiedy się dowiedział. A przecież jest to facet, który podchodzi do nowych technologii jak pies do jeża. O Sieci jako idei ma zdanie niezbyt przychylne, ale tkwi w nim ten sam dualizm, co we mnie. Publikował przecież w Sieci. W Creatio, w Katedrze.

Mam głęboką wiarę w to, że udanym przedsięwzięciom towarzyszą największe wątpliwości. Koniec końców jednak nie chodzi o e-booka. Chodzi o książkę. Nie o to, czy się sprzeda, bo to żaden wyznacznik sukcesu pisarskiego. Tym się mierzy sukces finansowy. Sukces pisarski nastąpi wtedy, kiedy czytelnik dojdzie do wniosku, że po lekturze „Ektenii” przeżył w swoim życiu coś więcej, niż kilka godzin.

Ja już wiem, że podczas tworzenia przeżyłem przygodę swojego życia. I niech będzie, co ma być.

Cyfrowe nordic walking

nordicWolno mi chyba powiedzieć, jako człowiekowi mocno zanurzonemu w nowoczesnej technologii, że postęp jest czymś wspaniałym, aczkolwiek trwa za długo.

Choć nie jestem zwolennikiem technicznych przełomów, życie spędzam otoczony modernistycznymi gadżetami z krzemu. Korzystanie z dobroci cywilizacji oraz jej krytyka tylko pozornie stoją w opozycji. Nie chodzi tu bowiem o dostrzeżenie tak rzucających się w oczy zagrożeń (dziś już raczej banałów), jakie niesie ze sobą nowoczesność (uzależnienie od social mediów, przekładanie ilości nad jakość, zmniejszanie oczekiwań co do treści, znieczulica emocjonalna, brak chęci do merytorycznej dyskusji), a o coś zgoła innego.

Dwudziesty pierwszy wiek przyniósł zabawki, których potencjału nie wykorzystuje. Jest to bardzo poważny grzech zaniechania. Nie sposób zatrzymać postępu, jednak można znacznie go spowolnić. Taką sytuację mamy właśnie dziś.

Co i rusz dostajemy nowe technologie – tablety, google glass, smartfony – w zamierzeniu znacznie ułatwiające dostęp do i tak wszechobecnej informacji, sama Sieć znajduje coraz to lepsze rozwiązania, czy podaje nam kolejne opcje dzielenia się sobą oraz tym, co wiemy, z każdym na Ziemi. Sam jestem świeżym neofitą e-booków, bo w końcu przekonałem się, że to się po prostu opłaca czytelnikowi z każdej strony – fizycznej, przestrzennej, etc. W domu postawiłem kombajn zwany urządzeniem wielofunkcyjnym, na którym drukuję, skanuję, kseruję, a wszystko bezprzewodowo i to jeszcze przez smartfona na Androidzie. Sam smartfon z powodzeniem zastępuje mi laptopa, którego trzymam już chyba tylko z sentymentu, tak jak dwadzieścia lat temu pozostawiało się maszyny do pisania.

Okazuje się, że bez problemu mogę na komórce pozostawać w kontakcie z każdym, nie tylko smsowo, czy telefonicznie, ale też przez e-mail oraz fejsbuka. Ponadto moje najnowsze opowiadanie powstaje w połowie na smartfonie. Nie przeszkadza mi mała klawiatura, bo zamiast stukania w klawisze wykorzystuję program dzięki któremu mogę mazać po ekranie i w magiczny sposób powstaje chociażby to zdanie. Nie tracę czasu, którego mam tak niewiele, zaś tekst powstaje szybciej, bo mogę tworzyć absolutnie wszędzie.

Jeśli chcę zamówić pizzę, klikam ikonkę. Gdy łapię swojego kota w jakiejś prześmiesznej pozie, klikam ikonkę. Chcę zaprosić ludzi do siebie, klikam ikonkę.

Przychodzę do pubu pograć w gry planszowe, a tam ludzie klikają ikonki na tablecie.

Tylko jakoś jeszcze nikt nie wymyślił zmyślnego, całościowego, unifikacyjnego systemu zarządzania danymi, który pozwalałby robić wszystko. Dla przykładu – Android nie obsługuje technologii flash. Dlaczego? Bo nie. Nie odczytuje również formatów e-maili rodem z Microsoft Outlook, czy Mozilla Thunderbird. Dlaczego? Bo nie. Google Cloud Print nie daje Androidom możliwości drukowania niczego innego, niż pdfów. Przynajmniej ja nie mogę. Większość można emulować, ale bywa to okrutnie niewygodne. Ktoś wzruszy ramionami i powie „szczegół”. To prawda, ale to nie wszystko.

Ostatnio testowałem dedykowaną klawiaturę zewnętrzną bluetooth do pewnego tableta pewnej polskiej firmy (przez litość zmilczę nazwę). Okazało się, że nie obsługuje polskich znaków. Moje zaskoczenie było porównywalne do tego, gdy dowiedziałem się, że federacja MMA Attack zaaranżowała walkę napompowanego kulturysty z tancerzem erotycznym.

Prywatne interesy firm, producentów, czy dostawców, nie pozwalają na to, aby użytkownikowi dać pełną swobodę w zarządzaniu informacją. Nie leży to w niczyich zainteresowaniach. Po co twórcy Androida mają umożliwiać synchronizację archiwum e-maili ze środowiskiem Windows? Jednym z powodów jest to, że windowsowe rozwiązania stają się bardzo szybko archaiczne. Drugim, o wiele poważniejszym, jest fakt, iż nie należy przyzwyczajać użytkownika do tego, aby mógł jednocześnie działać na Windowsie oraz na Androidzie. Lepiej dla Androida, aby w ogóle zrezygnować z Windowsa.

Mamy dziś taki poziom cyfryzacji, że przy odrobinie wysiłku (no, może nieco więcej, niż odrobinie…) da radę zespolić wszystko ze wszystkim. A przynajmniej większość. Nikt bowiem nie oczekuje, aby Pac Man z Atari działał na platformie JellyBean.

Choć więc postęp cały czas pędzi do przodu, to jest to bieg kontrolowany. I to nie przez wolę użytkowników, ani przez mądre, pełne troski rady zaniepokojonych sceptycznych sympatyków technologii (ktoś taki szczerze wierzy w postęp, ale przytomnie dostrzega w nim pewne zagrożenia, z którymi trzeba się uporać). Jest kontrolowany przez widzimisię prywatnych korporacji.

Tak być musi i trudno. Nie można się jednak wyzbyć niepokojącego lęku wynikającego z tego, iż nastała epoka cyberpunku. Choć pozornie wspaniała, to lepiej aby nie trwała za długo. Grzech zaniechania, wspomniany powyżej, nie prowadzi do niczego dobrego. Z drugiej strony unifikacja całościowego systemu obiegu informacji również nie. Stanęliśmy więc w miejscu, w którym można już tylko biec.

Stąd już tylko krok do cyfrowego nordic walking.

Odwiedzono mnie

  • 63 711 razy
Reklamy
%d blogerów lubi to: