Starocie

Fajkowo

This category contains 6 posts

Wygrałem konkurs!

Tak się składa, że piszę już dobrych kilkanaście lat, a nigdy nie wygrałem żadnego konkursu związanego z pisaniem. Inną sprawą jest, że do żadnego nie startowałem. Nigdy jakoś nie było okazji, bądź coś stało na przeszkodzie – a to tematyka nie z mojej bajki, a to wydumane wymagania, a to nagrody byle jakie… Zresztą, konkursy mają to do siebie, że w gruncie rzeczy zbyt dużo w nich przypadkowości. Los wskazuje palcem kogokolwiek, nie ma żadnej zasady. Miałem przeświadczenie, że jakbym się nie wysilał i nie prężył, to i tak nic z tego nie będzie. Bo fortuna, kurwa wierutna, dla biednych bywa okrutna, że tak zacytuję klasyka.

Aż tu nagle z nieba spadł konkurs na tekst o fajczarstwie. Tematyka była dość mętna, ale zakładała jakąś dowolność, z czego skorzystałem z niebywałą ulgą. Otóż napisałem o tym, jak ciężko było mi napisać na temat. Chwyt stary jak świat. Tyle, że w moim przypadku było to jedyne, co mogłem zrobić szczerze. Gdybym pisał o czymś innym, po prostu oszukałbym samego siebie.

Traf chciał – czytelnicy docenili. Zdobyłem pierwsze miejsce, co można zobaczyć chociażby tutaj.

A to tekst zwycięski – Rzeczy piękne są trudne.

Smacznego dymka!

Moje fajki

Patrząc na swój zbiór fajek doszedłem do wniosku, iż jestem kolekcjonerem okazów, których nikt inny zapewne nie chciałbym posiadać. Nie są to z pewnością wyjątkowe egzemplarze. Prawdopodobnie niejeden fajczarz obojętnie wzruszyłby ramionami na ich widok, bądź, co bardziej możliwe, prychnąłby z pogardą. Nie wyróżniają się te moje fajki ani jakością, ani wykonaniem. Czasem ich pochodzenie jest wątpliwe, a materiał nie poraża znakomitością. Bądźmy szczerzy – większość fajczarzy nie tego poszukuje.

I właśnie dlatego moja kolekcja jest tym cenniejsza.

Od razu powiedzmy sobie – nie chodzi tu o kolekcję, jako „kolekcję”, ani o cenę, jako o „cenę”, ani nawet o jakość samych fajek właśnie. Szczególna jest tu myśl, która w tej kolekcji zaczęła się ujawniać zupełnie niespodziewanie. Oto mam bowiem osiem sztuk, z których dwie to grusze (pogardzane przez spore grono kolegów po dymku), jedna krusząca się różanka z Hong Kongu (założę się, że na polski rynek trafiła prosto z taśmy produkcyjnej), kolejna to ordynarna, toporna Denicotea (wrzosiec second hand, pełen kitowań), jakaś albanka Real Briar, która chyba niejednego zawału w swoim drewnianym żywocie doświadczyła, Bruyere Szabo, o której nic nie wiem oprócz tego, że jest z wrzośca oraz świeżo nabyta Ducale z nawierconym dnem (rozstrzelałbym wykonawcę). Wśród tego wszystkiego znajduje się raptem jeden klasowy Worobiec 84, zwany potocznie przeze mnie „Hobbitem”. Chociaż i w jego przypadku malkontenci rzucą zapewne pare krytycznych uwag.

Przygarniam pod skrzydła fajki słabe, niskiej jakości, mizernego wykonania, szemranego pochodzenia, najlepiej zniszczone. Co ciekawe – robię to zupełnie bezrefleksyjnie. Gdyby podliczyć, ile wydałem na swoje fajki, wyszłoby, że mógłbym kupić dwa Petersony dobrej jakości i w odpowiednim wieku. Mógłbym cieszyć się markowymi egzemplarzami, co do których nikt nie miałby zastrzeżeń. Wszyscy gratulowaliby mi gustu, poklepywali po ramieniu, życzyli smacznego palenia. Tymczasem, nawet jeśli ktoś obeznany w temacie zapragnie łaskawie zerknąć, prawdopodobnie i tak zdziwi się, a potem poradzi, bym lepiej inwestował fundusze.

Tyle, że wszystkie moje fajki dają mi poczucie pewnej unikalności oraz sensu – mój zbiór jest inny niż wszystkie. Jednocześnie użytkowy, ale i z pewną myślą właśnie. Fajki, które posiadam, przeżyły ze mną sporo przygód – paląc w nich przeczytałem niejedną książkę, napisałem niejeden tekst, poznałem niejednego ciekawego człowieka, zaraziłem swoją pasją kilku innych. Zawsze smaczne, odpowiednio traktowane, zadbane, trwają u mnie w najlepsze. Gdyby personifikować przedmioty rzekłbym, że odwdzięczają mi się swoim towarzystwem.

Czy gdybym kupował drogie, markowe fajki, traktowałbym fajczarstwo tak samo? Chyba nie. Oczywiście nie bronię się przed nabyciem lepszym egzemplarzy, z pewnością sprawię sobie kilka reprezentacyjnych sztuk, ale nigdy nie będą sednem mojej kolekcji. Ta bowiem polega na czym innym – świadomym mniej lub bardziej wyszukiwaniem fajek, o które trzeba troszczyć się ze zdwojoną siłą, aby nigdy nie zawiodły.

Przedstawię pokrótce swoje fajeczki:

B&B 030 – grusza
Moja pierwsza fajeczka, od niej zaczęła się cała przygoda. To właśnie to maleństwo (palenie maks półgodzinne) towarzyszyło mi w pierwszych chwilach nauki. Stąd nadpalenia na brzegach komina. Przeznaczona pod aromaty waniliowe. Gościła przeróżne tytonie, stąd bukiet zapachowy jest bogaty, choć niestety nie należy do najcudowniejszych – Borkum Riff Vanilla, Poniatowski Wanilia, Timm No Name, Stanwell Vanilla (przy nim właściwie zostałem), nawet Tillburry Cherry Cream… Dzisiaj raczej emerytka, choć okazjonalnie gości w niej latakia. Kanał dymny bardzo wąski, ciężko się pali, fajka na skraplacz (oczywiście wyjęty).

B&B 018 – grusza
Druga i ostatnia gruszeńka w mojej kolekcji. Kupiona w Ostrołęce, tam gdzie pierwsza, wtedy gdy doszedłem do wniosku, że podstawy podstaw opanowałem. I faktycznie – służy do tej pory. Naczelna fajka jeśli chodzi o aromaty. Przeznaczona do Stanwella Vanilla, aczkolwiek chyba ze dwa razy spróbowałem w niej FVF, tak dla przekonania się, że nie da się palić czystej Virginii w fajce po aromatach (znaczy – da się, ale po co?…). Filtr 9mm, palona bez filtra.

Denicotea 652 – wrzosiec
Pierwszy wrzosiec, kupiony jako trzecia w kolejności fajka. Oznaczona na fajkowo.pl jako wrzosiec second hand. Pełna kitowań, lubię ją nazywać pieszczotliwie „Łaciata”, choć po prawdzie to raczej „Gruba Berta” – monstrualna jak na mnie fajeczka. Wysoki komiń, pojemność nieziemska. Bez karbonizatu, filtr 9mm, palona bez filtra. Rozdziewiczona Rattray’s Old Gowrie, potem długo FVF, aż wreszcie Hal O’The Wynd, co było fatalnym posunięciem z uwagi na to, że tytoń ów zupełnie mi nie podszedł. W efekcie poszła pod La – na pierwszy ogień Navy Flake od Samuela Gawitha. Również Perfection. Jest wybitnie smaczna jak na tyle kitowań i ten marnej jakości wrzosiec. To utwierdza mnie w przekonaniu, że cena jest mało ważna, liczy się, czy fajeczka ma w sobie… ten ogień! Ogień i żar!

Worobiec 84 – wrzosiec
Kupiona w te wakacje, w Warszawie na Warszawie Centralnej, w podziemiach. Wybierana wraz z kobietą, wypatrzona już wcześniej na allegro. Właściwie wymarzona moja fajeczka. Nadałem jej pieszczotliwą nazwę – „Hobbit”. Tak jakoś mi się kojarzy. Zdecydowanie mniejsza niż Denicotea, nieco pojemniejsza niż B&B 018, od początku przeznaczona do Va. Spróbowała trzech paleń Old Gowrie, kilkunastu Hal O’The Wynd, aczkolwiek wierna przez długi czas była FVF. Teraz palę w niej Virginię nr. 1 MacBarena oraz Old Gowrie właśnie. Smak absolutny, każdemu tytoniowi palonemu w niej nadaje cytrusową nutę, niejako za darmo, z wdzięczności. Niestety potraktowana zbyt mocno jeansem w kominie (chciałem wyrównać nagar…), ukryszyła się tuż nad wylotem przewodu dymnego… Długo zwlekałem z naprawą, pytałem na fajczarskim forum, jak mógłbym to zrobić. Dzięki pomocy Kolegów udało mi się „wyleczyć” ją pipemudem, po którym teraz praktycznie nie ma śladu, opalił się, stwardniał, służy dzielnie. A i ja jestem uważniejszy.

BaDou K6528 – różanka
Prezent od współpracowników podarowany na cudownym wieczorze pożegnalnym. Piękna, ryflowana, grube ścianki. Co prawda czuć niewprawioną rękę nieznających tematu – fajka ma płaskie dno, bardzo ciężko wykręca się ustnik, przewód dymny w ustniku jest bardzo wąski (uniemożliwia dobrą kontrolę ciągu), poza tym (co jest wadą bodaj największą) jest bardzo, ale to bardzo krucha. Przy pierwszym paleniu ukruszyła się w środku komina dość znacznie (żałowałem wtedy, że zebrałem papierem ściernym karbonizat, zawsze zbieram, gdybym cofnął czas, akurat tej fajce bym tego nie zrobił), przy drugim płytkie pęknięcie praktycznie przez cały komin, choć byłem ekstremalnie ostrożny. Jako, że fajka ma wyborny smak, specyficzną nutę, którą dodaje Virginii (bowiem do niej jest przeznaczona), została odnowiona pipemudem. Może pochodzić z Hong-Kongu (generalnie zwrot ku Dalekiemu Wschodowi). Ze względu na swoją delikatność używana odświętnie.

Real Briar – wrzosiec
Ta fajka to zwykła albanka o wyjątkowo cienkich ściankach nagrzewających się do niebywałych temperatur w niesamowicie szybkim tempie. Mimo więc swojej pozornej „zwykłości” potrafi pokazać charakter. Oryginalnie posiadała skraplacz, jednak wyjąłem, dzięki czemu proces jej czyszczenia wymaga ode mnie czasu i cierpliwości… Jest dość wiekowa, podobno pamięta przedwojenne czasy, ale co do tego nie ma pewności. Dla mnie specyficzna z dwojakich powodów – towarzyszyła mi od początku przygody z fajczarstwem, ale tak naprawdę została moją fajką niedawno. Na niej to bowiem ćwiczyłem renowację. Każdy etap, krok po kroku, poprzez oczyszczanie nagaru, polerowanie ustnika, wywabianie przykrego zapachu, aż do malowania bejcą. Mimo tych zabiegów, długo podnosiła się z upadku, jakby nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Dzisiaj jest już w miarę spokojną starowinką (choć temperamentną), której emerytura jest efektywna i efektowna – polubiła aromaty, w szczególności Belle Epoque.

Bruyere Szabo – wrzosiec
Kolejna moja towarzyszka to prezent urodzinowy, fantastyczny z dwóch powodów – wybrana została spośród innych, markowo lepszych, ale słabiej wykonanych oraz została kupiona na konwencie fantastyki Falkon 2009, którego byłem gościem. Specyficzny kształt, przypominający fajkę Sherlocka Holmesa (tego starego, nie nowego, w reżyserii Guya Ritchiego), ciemna barwa – nieco tajemnicza, także z powodu, iż kompletnie nie mam pojęcia, skąd pochodzi, ani co to za producent. Być może to kolejna taśmowa produkcja, jednak wcale jej to nie skreśla. Znakomicie komponuje się z Old Gowrie. Pojemny komin zapewnia długie palenie, świetnie leży w dłoni. Jedna z moich ulubienic.

Ducale – wrzosiec
Historia tej fajki jest dość skomplikowana. Polowałem na nią od listopada zeszłego roku, a zdobyłem przed dwoma tygodniami. Jest w ukochanym przeze mnie kształcie bent bulldog. Shape ten ujął mnie tak mocno, iż nie mogłem odpuścić – polowałem na allegro (nie jestem jednak mistrzem licytacji…), na e-bayu (choć nie mam tam konta), wśród Kolegów z fajczarskiego forum. Kilkakrotnie byłem bliski zakupu jakiegoś innego egzemplarza, droższego, starszego, lepszego jakościowo, nigdy jednak rzecz nie doszła do skutku. Coś zawsze było nie tak – a to za drogo, a to zbyt zniszczona, a to jednak kształt nie do końca taki… Z powodu moich poszukiwań mocno zalazłem za skórę kilku ludziom, którzy zapewne mają mnie dziś dość, ze względu na mój brak zdecydowania oraz inne wady. W końcu jednak się udało. Na allegro pojawiła się tania, na pierwszy rzut oka wcale zadbana, fajeczka Ducale. I wreszcie – jest! Po oczyszczeniu wnętrza główki, wypolerowaniu ustnika, okazało się, że jej największą wadą jest nawiert dokładnie na dnie komina. Albo to pomyłka fajkarza, albo wina maszyny, która fajkarza wyręczała (dość nieudolnie zresztą…). Tak czy siak ubytek został załatany pipemudem i powoli nadchodzi ta chwila, w której zapalę w swojej nowej fajce po raz pierwszy…

Ponownie o tytoniach, czyli errare humanum est

Z niezwykłą radością przyjąłem fakt, iż do tworzenia fajczarskich wpisów na tym blogu włącza się spore grono osób. Dostaję cały szereg informacji, co też napisałem źle, co jest niezrozumiałe, co mógłbym poprawić. Owe uwagi są nieocenione, a krytyczne podejście do sprawy powoduje, iż nabieram świadomości, że notki te są potrzebne. Istnieje jednak pewien problem, z którym zmagam się odkąd tylko zechciałem pisać o fajczarstwie.

Otóż – jak pisać mądrze i ciekawie o tym, co się wielbi? I – jak pogodzić przyjemne z pożytecznym? Bo też zdaję sobie sprawę, że oprócz doświadczonych fajczarzy na tego bloga zagląda też kilku młodszych stażem, nieopierzonych jeszcze nowości. Co boskie Bogu, a co cesarskie cesarzowi – chciałbym pisać o swoich fajczarskich przygodach, ale nie ma sensu prawić o tym tylko dla tych, którzy już mają takowe za sobą. Dlatego też, po wypaleniu Va nr 1 od MacBarena w swoim ukochanym Worobcu 84 o pieszczotliwej nazwie „Hobbit” (imię to dostał ode mnie oraz mojej kobiety, nie od Mistrza Henryka), doszedłem do wniosku, iż faktycznie poprzedni wpis o tytoniach mógłby być dla fajczarzy in spe niezrozumiały. Jako, że nie ma po co tracić czasu – trzeba naprawić swój błąd. Inspiracja, jak to zrobić, przyszła wraz z komentarzem Jalensa – dziękuję!

To był zimowy wieczór. Owa zima wygoniła mnie (współdziałała z moją matulą, niecnota!) do piwnicy, w której urządziłem sobie palarnię. Łóżko, fotel, aromatyczna kawa o smaku amaretto, książka (nie pomnę już, jaka) oraz ja wraz ze swoją pierwszą gruszą (będącą zarazem moją pierwszą fajką), przygotowujący się do rytuału palenia.

Byłem wtedy na etapie aromatów – paliłem je ze względu na inność. Tytoń, który smakuje jak wanilia, w którym można odczuć śliwkowe przebłyski, który pachnie jak perfuma, był dla mnie niczym terra incognita. Po wielu latach palenia papierosów potrzebowałem odmiany. Aromaty zapewniały mi ją w stu procentach. Jednocześnie miałem postanowienie, że nie będę kupował drugi raz tego samego produktu, dopóki nie wykrystalizuje mi się własny, niepowtarzalny gust. Chciałem wyrobić sobie coś na wzór biblioteki smaków – chodzi mi tu o tego rodzaju pamięć doznań, która pozwala na uświadomienie sobie, co chce się palić, na podstawie wypalonych już wcześniej tytoni. Prościej mówiąc – chciałem wyrobić sobie podniebienie. Zakupiłem więc coś, co było dla mnie nieznane.

Saszetka po otwarciu woniła śliwką. Tytoń był odpowiednio mokry, to znaczy – bez zbędnego podsuszania mogłem nabić nim fajkę. Ważne, aby ziele nie było zbyt mokre – wtedy za często gaśnie, a smak jest przytłumiony. Istotne też, aby nie było za suche, bo wtedy dym gryzie nadmiernie, a i smak na tym cierpi. Tytoń powinien przejść test ugniatania – w palcach sporządza się małą kulkę, by po chwili wypuścić ją. Jeśli liście pokruszą się – jest za suchy. Odpowiednia wilgotność jest wtedy, gdy kulka rozpadnie się, gdyż liście rozwiną się, starając się wrócić do poprzedniego stanu.

Nabiłem metodą trójwarstwową, chociaż wtedy nie miałem o niej pojęcia. Z pomocą jednak przyszła intuicja, która wnet podpowiedziała, iż wsypuje się odpowiednią porcję ziela do fajki aż po brzeg, ugniata do połowy, potem na wierzch dosypuje się kolejną, znowu ugniata do trzech ćwierci wysokości komina, a ostatnia warstwa po ugnieceniu powinna zmieścić się kilka milimetrów przed wierzchem komina.

Wziąłem zapalniczkę, odpaliłem. Tytoń fajkowy to nie tytoń papierosowy. Papierosa odpala się i już. Pali się właściwie sam. Tą prawdę zna każdy, kto zapomniał choć raz o zapalonym papierosie i zostawił go w popielniczce. Otóż z fajką jest inaczej. Ziele nie jest tak zbite, początkujący fajczarz ma zwykle wielkie problemy z rozpaleniem paleniska. Powinno omiatać się płomieniem wierzch usypanego tytoniu jednocześnie wciągając powietrze przez ustnik. To jednak nie wystarczy. Odpalony tytoń podnosi się, więc trzeba go ubić. Wtedy natomiast najprawdopodobniej zgaśnie. Czynność więc należy rozpocząć od nowa, nie zapominając o tym, iż w pierwszej chwili powinien palić się na całej szerokości wnętrza komina.

Ile ja musiałem się nacierpieć, żeby opanować tą sztukę! Do dziś nie jest to proste, choć oczywiście rutyna pomaga. Z fajką jest jak z dzieckiem – zna się go lepiej, niż siebie samego, jest się z nim od chwili narodzin, trzeba mieć świadomość jego upodobań, wiedzieć, co lubi, a czego nie znosi. Ale przychodzi wreszcie ten dzień, w którym własne dziecko przychodzi do domu z dziewczyną bez zęba na przedzie i oświadcza, że ją kocha. Nie jestem ojcem, ale bez trudu potrafię sobie wyobrazić, że wtedy wątpi się, czy aby rzeczywiście znało się swoje dziecko. Analogicznie jest z fajką – ma ona swoje zdanie, swoje humory. To, co robiło się z nią tydzień wcześniej nie musi być takie samo jak to, co robi się z nią dziś, w danej chwili. Wyuczone zachowania nic nie dają – fajka prędzej czy później każdego zaskoczy. Jak owo dziecko.

Więc odpaliłem i… Zatrzymajmy się na chwilę…

Znam ludzi, którzy nie potrafią palić fajki mimo, iż przez lata palą papierosy. Może właśnie dlatego przychodzi im to z trudem, jednak z pewnością nie jest to reguła. Nie wiem, na czym to polega. Taki ktoś bierze fajkę i po prostu nie wie, co ma z nią zrobić. Ciągnie powietrze, nadyma się, puchnie czasem, toczy fatalną walkę z materią, która mu się opiera. Tymczasem fajka jest delikatna – trzeba do niej z respektem, ale i uczuciem. Nic na siłę – pykać trzeba z wyczuciem, nie za szybko, nie za wolno, nie za mocno, nie za słabo. To nie może być wojna, fajki nie można kopać jak komputera, który się zawiesza, to nie sprzęt RTV AGD. Trzeba sobie uświadomić jedno – fajka lubi palić. Fajka oddycha dymem. Oddycha dzięki fajczarzowi. Tańczy, jak on jej zagra. Ona tak samo chce palić jak on. Grunt, żeby znaleźć odpowiednie tempo do tego tanga…

Wróćmy…

Ile ja bym dał, żeby być człowiekiem, który nie umie ćmić fajki w tamtej chwili, gdy odpaliłem mój nowy nabytek! Dym poszedł czerwony, a ja zamiast smaku poczułem swąd spalenizny oraz chemikaliów. To, co mieściło się w kominie, było z pewnością wszystkim, tylko nie tytoniem! Na myśl przychodzą mi opary znad Czernobyla, cyjanek, krupnik, ciepła mięta, którą zdarzyło mi się raz zapić wódkę za czasów studenckich oraz wszelki gnój świata, który przez komin, przewód dymowy trafił do moich ust.

Świnie w korycie miewają lepsze przysmaki niż ja wtedy miałem w gruszy…

Wyjawię wreszcie tajemnicę. Szczęśliwy ten, kto dotarł aż tutaj, przebrnął przez całą tą historię, przez fajczarskie moralizatorstwo, przez metafizyczne próby opisania fajczarskich zachowań. Niech wreszcie się stanie. Niech wszyscy się dowiedzą…

Paliłem Tillbury.

Drodzy młodzi fajczarze, którzy to czytacie – wiedzcie, że właśnie więcej opowiedziałem Wam o tytoniach, niż na pierwszy rzut oka można sądzić. Zanim zapalicie, przeczytajcie jeszcze kilkanaście, kilkadziesiąt, może kilkaset stron i opinii o tytoniach. Bo w dwóch wpisach nie sposób po prostu tego streścić.

Smacznej fajki!

Tytoń fajkowy

Mamy nowy, młody jeszcze rok (chociaż starzeje się z dnia na dzień), a więc najwyższa pora na kolejny wpis. Dawno nie pisałem już o fajczarstwie – nie należy dłużej zwlekać.

W poprzednich odcinkach kącika fajczarskiego była mowa o niezwykłości towarzyszącej paleniu oraz o wyborze pierwszej fajki. Najwyższy czas więc skreślić kilka słów o tytoniu, jako drugim niezbywalnym elemencie.

Tytonie fajkowe są różne. Od aromatyzowanych poprzez czyste odmiany konkretnych gatunków liści do specyficznej, wędzonej latakii. Zwykle są cięte grubiej niż papierosowe ziele, o czym wspominałem na marginesie przy wcześniejszych okazjach. To nie jedyne, co je różni – bywa, iż tytoń fajkowy w ogóle nie jest cięty i trzeba rozdrobnić go samemu (tak zwana forma plug). W Polsce takowe nie są dostępne w ogólnej sprzedaży, jednak fajczarz, któremu zależy na swojej pasji prędzej czy później znajdzie odpowiednie źródła, tym bardziej, że epoka Internetu umożliwia wiele.

Pierwszym kontaktem z fajkowym tytoniem często bywa palenie aromatów. To chyba dosyć naturalna droga. Zakładając, że fajczarz był wcześniej palaczem papierosów, to szuka on nowych doznań. Tych zaś, którzy nie mają za sobą papierosowej historii, ciągnie do fajki perspektywa spróbowania czegoś, co chociaż w jakimś stopniu byłoby im znajome. Aromat jest dodatkowo dosyć przyjazny – zwykle ładnie pachnie, daje intensywny smak, jest słodki. Najbardziej popularne są waniliowe nuty, jednak bywają smaczki alkoholowe, orzechowe, etc. Ostatnio popalam Peterson XMAS edition 2009 – wyraźna walka między wanilią, a pieczonymi jabłkami. To wszystko powoduje, iż czasem nawet zagorzali przeciwnicy dymu wręcz proszą o zapalenie aromatu.

Moim pierwszym poważnym aromatem (przez pojęcie „poważnym” rozumiem tytoń, który w smaku przypomina tytoń, a nie chemiczne świństwa pokroju Tillbury) był Stanwell Vanilla. Wyraźny smak dojrzałej wanilii, lekko kwaskawy, co akurat mi pasowało. Wyjątkowo słodki i niezbyt nachalny. Zapaliłem go po raz pierwszy w pubie (warte odnotowania, gdyż niedługo terror morderczych-niepalących będzie obecny nawet w takich miejscach) na Kortowie, racząc się tanią lurą przy pustej izbie. Gęsty dym, niesamowity posmak na ustach, jakby cukier skraplał się na wargach. Upiększył mi kawę i odpłynąłem. Od tej pory wszystkie aromaty porównuję do niego i każdy wypada wręcz blado. Chociaż Timm No Name oraz Peterson Sweet Killarney zacnym zielem są, to jednak do Stanwella ciągnie.

Drugą fazą fajczarza jest poszukiwanie nowych smaków. Paląc tylko aromaty może się rychło okazać, że przesyt słodyczy jest ogromny. Poza tym ciekawość nakazuje zgłębiać temat, a każdy poszukujący pasjonata wnet dowie się, iż istnieje coś takiego, jak czysta virginia. W moim przypadku pierwszym czystym tytoniem tego typu był Full Virginia Flake od Samuela Gawitha. Jak widać na obrazku – w płatkach. To było jak objawienie. Rozpoczynając przygodę z fajką nie spodziewałem się, że wrócę do formy czystego tytoniu. Wyobrażałem sobie, że powinno się palić właśnie aromaty, cóż zajmującego może być w próbowaniu tytoniu, który… no właśnie – który po prostu jest tytoniem? Ano moje zdziwienie było ogromne. W porównaniu z aromatami, virginia jest słodka z natury, przy czym jest to słodycz niezbyt nachalna. Urok cały polega na tym, iż przy wolnym paleniu, oddaje cały swój smak, w którym można znaleźć tytoniowe upojenie, a także coś, czego nie dają aromaty – powiew czystej natury. Mówi się, że „virginia się cukrzy”. Po FVF widać to najlepiej, gdyż na płatkach obecny jest biały pył, który można pomylić z jakimś nalotem. Tymczasem jest to właśnie… cukier!

Jest jeszcze jeden stopień wtajemniczenia – latakia. To o tyle mocny zapachowo i smakowo tytoń, że jeśli zagościł już w jakiejś fajce, to nie ma odwrotu – trzeba go palić w niej stale. Wszelkie odmiany virginii oraz aromatów nie będą posiadały własnego smaku w takowej fajce – będą takie, jak latakia. Jest to liść wędzony, stąd w zapachu może być nieprzyjemny, a może wręcz śmierdzieć. Gdy po raz pierwszy otworzyłem puszkę Samuel Gawith Navy Flake (nie znalazłem odpowiedniego obrazka tegoż, więc wrzucam inną La – Perfection tegoż samego producenta), zwątpiłem, czy aby na pewno kupiłem tytoń. Kilka chwil jednak wystarczy na przyzwyczajenie, a powiadam – jest się do czego przyzwyczajać! Mi latakia przypomina mleko! Na podniebieniu jest puszysta i delikatna, zupełnie inna niż można by wnioskować po zapachu. Jest bardzo kremowa i o ile przeżyje się pierwszy szok (to nie może być tytoń!), można palić ją bez ustanku. Świat po spróbowaniu latakii nabiera zupełnie innych barw, przestaje być taki sam. Oczywiście – nie każdemu pasuje, ale warto wypalić chociaż jedną puszkę, aby zweryfikować powyższy sąd.

Old Gowrie jest tytoniem, który definitywnie jest mieszanką różnych gatunków liści, a przy tym nie jest aromatyzowany. To przede wszystkim baza virginii, jednak na sto procent jest tam coś jeszcze. Co? Niewiadomo. Być może pikantny perique. Sam nie wiem, Internet podaje sprzeczne informacje. Czego by tam nie było – jest pyszny. To pierwszy tytoń fajkowy do którego smakowało mi piwo. Mniej słodki, bardziej wytrawny, ale i tak ciekawy. Z każdym następnym paleniem jest coraz lepszy, przyciąga, przyzwyczaja i rozkochuje w sobie. Komplementuję go nie bez powodu – był pierwszym nie-aromatem, jaki spróbowałem. Dzięki niemu otworzyły mi się drzwi do dalszych eksperymentów. Dzisiaj tęsknię za nim na tyle, że postanowiłem, iż będzie stanowił mój tytoń codzienny, wraz z kolejnym, o nazwie…

O nazwie Virginia nr 1 od MacBarena. Nie lubię macbarenów – szczególnie ich aromaty są paskudne. Dla mnie zbyt nachalne, sztuczne i za bardzo chemiczne. Po Black Ambrosii miałem straszny niesmak w ustach, aż dziw, że wypaliłem całą saszetkę… Ogółem – aromaty MacBarena stawiam na równi z Borkum Riffami, bądź Alsbo (dla mnie nie są one tak straszne jak dla większości fajczarzy), czyli mocno średnio z akcentem na źle. Jedno im się jednak udało – właśnie owa Va nr 1. Co tu dużo mówić – mój tytoń codzienny. Nie ustępuje w smaku FVF, posiada nawet więcej barwnych nut – a to cytrusy, a to figi… Przyjemna słodycz, nie wymaga dużo zaangażowania, w sam raz dla nowicjuszy w czystej virginii.

Fajka: jak zacząć

Zanim zacznę następną notkę o fajkach, trzeba mi się wytłumaczyć, przeprosić oraz podziękować. Zacznę od końca: dziękuję wszystkim fajczarzom, którzy tak chętnie komentowali poprzedni wpis oraz poparli ów pomysł prowadzenia zapisków fajczarskich na blogu. Przeprosić chciałbym za kilka niedociągnięć, które pojawiły się wcześniej. To wiąże się również z wytłumaczeniem, iż cavendish to sposób preparowania tytoniu, nie zaś jego odmiana, liście tytoniowe prasuje się do pluga, a dopiero potem tnie się z nich płatki (flakes), a graala co prawda nie jest łatwo znaleźć, ale przy tym wyborze tytoni z pewnością warto jest szukać. Moja culpa, moja bardzo wielka culpa!

Ten wpis skierowany jest ponownie do początkujących fajczarzy (fajczarz zawsze neofitą, lubię sobie powiadać) i będzie traktować o wyborze pierwszej fajki. Na wstępie chciałbym ostrzec fajczarzy z dużym stażem, iż prezentuję tu wyłącznie mój sposób i jako przekonany o własnej słuszności (bezczelny jestem…), będę go forsował. Uczciwie jednak podam inne idee dla początkujących, aby mogli wybrać własną drogą (w fajce przecież o to chodzi).

W fajce, początkowo, najlepsze jest to, iż nie śmierdzi jak papierosy, a i można się spodziewać, że smakuje lepiej. Jedno i drugie jest prawdą, choć nie w każdym przypadku. Prawdą jest też to, że fajka mniej szkodzi – dymem się tutaj nie zaciąga, jedynie bierze się go do ust, smakuje, po czym wypuszcza. Co prawda jest to jakaś forma inhalacji i jako taka z pewnością szkodzi. Jeśli jednak, drogi początkujący fajczarzu in spe, zamierzasz palić, godzisz się na konsekwencje (oraz wszelkie korzyści płynące z palenia także). Jeśli czujesz, że mógłbyś się w fajce zakochać, zaczynasz poszukiwanie pierwszych narzędzi…

Lista rzeczy na start

Z pewnością potrzebujesz więc fajki. Jednak nie samą fajką fajczarz żyje. Potrzeba także pewnych akcesoriów, które umożliwią Ci czyszczenie (fajka nie czyszczona to fajka zasyfiona, chcesz palić syf zamiast tytoniu?) oraz rzeczy pomocnych w paleniu (jak choćby ubijacz do tytoniu, gdyż po odpaleniu tytoń się podnosi i trzeba go ubić). Przyda Ci się więc:
– paczka wyciorów – długie druciki obleczone włoskami (nitkami?), którymi należy czyścić ustnik, przewód dymny, czasem miejsce na filtr, a także wnętrze komina;
– niezbędnik fajczarza – nasi południowi sąsiedzi robią znakomite, metalowe niezbędniki, które składają się z ubijacza, przepychacza oraz łyżeczki do odsypywania spalonego tytoniu podczas palenia;
– opcjonalnie: filtry – są różne… Z balsy, z węglem aktywnym, z pianki morskiej, etc. Służą do ograniczania substancji smolistych w dymie, ale zabierają również sporą część smaku;
– opcjonalnie: kołeczek – służy do tego samego co ubijacz, można nim również zdejmować wierzchnią warstwę popiołu w trakcie komina, na sam początek jednak jest to dosyć trudne, więc polecam niezbędnik rodem z Czech;
– chusteczka oraz kawałek jeansu – chusteczka do wycierania chociażby niezbędnika po czyszczeniu, a jeans do przecierania raz na jakiś czas wnętrza komina. Dlaczego? Żeby zadbać o równą warstwę nagaru, czyli warstwy ochronnej powstałej po spalonym tytoniu. Kiedyś może zajmę się szerzej opisem powstawania nagaru, choć po prawdzie, nudny to temat.

Masz już więc wszystko oprócz samej fajki. Tutaj jest szereg opcji. Wyróżnię trzy: fajki używane wrzoścowe, fajki nowe wrzoścowe, fajki z gruszy. Oczywiście kategorii jest więcej, chociażby fajki z wiśni, czy czereśni, ale pochylmy się nad tymi trzema. Podam wady i zalety każdej z grup.

Moja pierwsza fajka

Niektórzy na start polecają nowe, wrzoścowe fajki, chociażby Savinelli Capitol, Adventure, czeskie BPK (raczej rzadko), czy inne, w miarę „tanie”, a nigdy wcześniej nie palone egzemplarze. Plusem tych fajek jest ich nowość – posiąść swoją własną fajkę, której nikt nigdy nie ruszał, ot czad! To wyjście dla „estetów”, którzy brzydzą się palić po kimś. To również opcja dla tych, którzy nie potrafią odnawiać fajek (a nowości raczej nie potrafią tego robić, prawda?). Minusem jest to, iż zwykle takie fajki posiadają prekarbonizację, czyli ktoś w fajkarskim warsztacie maznął je specjalną farbą wewnątrz komina, aby ułatwić opalanie. Internetowe sklepy podają, że fajek z karbonizacją nie trzeba opalać. To bzdura. Każdą fajkę należy opalić. Opalanie jest często długim procesem, w którym wnętrze komina pokrywa się warstwą ochronną (szerzej o tym temacie w innej notce). Karbinozat zmienia smak palonej fajki – nic dziwnego, to przecież farba. Moim zdaniem skuteczniej (chociaż z pewnością dłużej), ale i smaczniej opalać czyste drewno. Karbonizat należy zdjąć papierem ściernym. To minus nowych fajek. Następną, nawet chyba największą, ich wadą jest cena – nierzadko ponad 100 złotych. I tutaj pojawia się pytanie – czy fajczarz-neofita, ktoś kto ledwie podejrzewa, że palenie fajki może go wciągnąć (przecież wcale nie musi), powinien pozwolić sobie na ten wydatek? To często pieniądze wydane w błoto – skąd pewność, że fajczenie się spodoba? Skąd wniosek, że będzie na nie czas? Przecież taką fajkę łatwo można zniszczyć, ot chociażby – przepalić ją na wylot. I wtedy co? Portfel biedny, komin pusty, mina zniesmaczona – „a przecież miało być tak pięknie!”. Fajki nowe nie są dla nowych, oto moja opinia.

Stare, używane fajki wrzoścowe są za to tańsze, ale i odpowiednio do obniżonej ceny dostajemy obniżony standard. Fajki te były palone, często są w bardzo złym stanie. Wystarczy spojrzeć na allegro, ile wiekowych fajek nie zostaje kupionych ze względu na ich kondycję. Niektórzy fajczarze traktują fajki jak frytki – jedzą ustnik, trzymają go w zębach, gryzą, dziurawią. Inni syfią w kominie – na przykład nie czyszczą, co może doprowadzić do tego, iż fajka będzie po prostu kwaśna, będzie śmierdzieć węglem, albo co gorsza – Tillburym (każdy fajczarz spotkał na swojej drodze to coś, poguglajcie, mości nowości, a dowiecie się, o co chodzi). Jeszcze inni potrafią fajkę poobijać tak, że w ogóle przestanie przypominać ona siebie przypominać… Z drugiej strony – wśród egzemplarzy z drugiej ręki można znaleźć prawdziwą perełkę. W chwili, w której to piszę na Allegro znajdują się cztery bulldogi (bulldog to jeden z ciekawszych kształtów fajek), każdy tani jak barszcz, a producenci ich są naprawdę zacni. Jeśli ktoś umie restaurować używane przedmioty, jeśli chce spróbować renowacji – raj na ziemi. Co prawda niektórych rzeczy nie da rady odnowić albo koszt naprawy wyniesie więcej niż sam zakup nowego egzemplarza, ale kilka, na które właśnie patrzą… Heh, szkoda, że aktualnie nie śmierdzę grosiwem… Bądźmy jednak szczerzy – kupowanie fajki używanej to loteria. Na dodatek możliwe jest to raczej przez Internet (no, chyba, że kiermasze staroci w dużych miastach), gdzie nie można fajki wziąć w dłoń, obejrzeć pod lupą, włożyć do ust… Nie radziłbym tej drogi fajczarskim nowościom – można niepotrzebnie wydać pieniądze oraz zdziwić się, iż nasza ukochana fajeczka wcale nie jest taka, jak nam się wydaje… Nie mamy też żadnej gwarancji, że uda nam się renowacja, która jest kolejnym wydatkiem pieniężnym (a to bejca, a to wosk do polerowania, a to frez do zdejmowania nagaru…). Koszt zakupu takiego produktu nigdy nie jest kosztem końcowym. Nie polecam na początek.

Fajki z gruszy za to są chyba najbardziej opłacalną inwestycją początkującego fajczarza. Niżej podpisany ma dwie i sobie bardzo chwali, chociaż musi przyznać, iż już nigdy w życiu żadnej gruszki nie kupi – wrzosiec po prostu smakuje lepiej. Nie ma jednak to tamto – niewytrawiony fajczarz, nowość, nie rozpozna różnicy między wrzoścem, a gruszą. Albo będzie ona dla niego nieuchwytna, albo on sam nie będzie wiedział, czego szukać w fajce. Zasiada się do pierwszego palenia w pewnej obawie, przestrachu i ciekawości – jednak bez sprecyzowanych oczekiwań, gdyż nie wie się, najzwyczajniej w świecie, jak fajka powinna smakować. W Polsce mamy niezłe zaplecze gruszeczek – można poeksperymentować z kształtem, długością, etc. No i ta cena – dwie, maksymalnie trzy paczki papierosów – to całkowity koszt takiej fajki. Bledną przy tym wszystkie wady (początkowo), jak źle nawiercony przewód dymny (zwykle zbyt wysoko w stosunku do dna), miękkość drewna, brak odporności na przegrzewanie się. Nie łudźmy się jednak – każdy nowonarodzony fajczarz musi nauczyć się palić. Gruszki to dobra droga, bo to najlepsza jakość za tą cenę w kategorii fajek nowych, nigdy wcześniej nie palonych (konkurować z tym mogą tylko wrzośce secondy z firmy Denicotea – zaskakująco solidne i smaczne pomimo nadmiaru kitowań i toporności wykonania) – a że tanie, więc nie żal zniszczyć. Potem można na nich potrenować renowację.

Poza tym nie ma żadnej reguły – niektóre tytonie lepiej smakują w gruszach (odkryłem iż moja najstarsza gruszeńka o wiele lepiej oddaje charakter aromatu Peterson Sweet Killarney niż jakikolwiek mój wrzosiec, a mam cztery), inne we wrzoścu (nie wyobrażam sobie palenia latakii w gruszy), a cena jest często bardzo łudząca (mega drogi Peterson wykonuje co prawda fantastyczne estetycznie fajeczki, ale ze źle nawierconym przewodem dymnym…). Ktoś nowy może się bardzo mocno przejechać na nieprzemyślanym wyborze. Tu nie istnieje zasada, że im droższe tym lepsze. Najmniejszy niuans może zdecydować o smaku fajki i jej kondycji (ot, chociażby lakier na drewnie – czyste zło).

Ten wpis na pewno nie wyczerpuje tematu, raczej tylko go podszczypuje, niczym jakiś natrętny chłopak dziewczynę. Zanim kupicie swoją pierwszą fajkę, spytajcie starszych stażem fajczarzy. Możecie ich znaleźć chociażby na fajczarskim „Forum Polskiej Fajki„. Przeczytajcie też literaturę źródłową – poradniki dla początkujących są szeroko dostępne w Sieci.

Koniec słów świętych na dziś, następny wpis będzie traktował o tytoniach. Do przeczytania!

Najpopularniejsze wpisy

Odwiedzono mnie

  • 65 729 razy
%d blogerów lubi to: