Starocie

Ostrołęka

This category contains 6 posts

Wywiad z Emilem Strzeszewskim w Creatio Fantastica

Moja rozmowa z Adamem Podlewskim właśnie ukazała się na łamach Creatio Fantastica. Gadamy o literaturze, szachach, e-bookach oraz ucieczce z „Wyspy Fantastyki”.

creatio46

(…)
A.P.: Czy uciekasz z Wyspy Fantastyki? Już twoja pierwsza powieść rozciągała gatunkową przynależność steampunku, a Ród zdaje się z premedytacją wyróżniać elementy inne (jak czarny kryminał, alegorie filozoficzne czy thriller szachowy) nad dobrze znany krajobraz fantastyczny. Czy jest to świadomy kierunek, czy po prostu niechęć do gatunkowych ograniczeń?

E.S.: Nie mam nic przeciwko gatunkowym ograniczeniom. Ba! Nawet nie przeszkadzają mi szufladki. Tym bardziej że w żadną się nie mieszczę i chyba to widać po dwóch opublikowanych powieściach. Aby być szczerym – odchodzę od fantastyki. Przynajmniej tej rozumianej w miarę tradycyjny sposób. Zapuszczam się w stronę eklektyczną, łączę, dzielę, mam za nic podziały. Wiem, że będę pisać po prostu punk, rozumiany po mojemu, nie znajdziesz definicji w słownikach.
(…)

Pełny zapis na stronie Creatio Fantastica.

Dwie drogi

Mam w sobie bardzo dużo ciepła dla młodych autorów, debiutantów oraz ludzi, którzy na starcie wtopili, płacąc za wydanie książki za którą powinni dostać wynagrodzenie (bo przecież wykonali pracę). Często broniłem takich przed okrutną krytyką wypowiadaną przez ludzi o cierpliwości mniejszej niż moja własna, osobista. Doskonale wiem bowiem, że trudno jest napisać coś (cokolwiek), a potem rozbijać twarz o drzwi wydawców, redaktorów, jak trzeba czekać na swoją kolej latami, łudząc się potem, że ktoś o nas usłyszy, zechce kupić, może nawet zrecenzować. To droga, którą (szczerze w to wierzę) trzeba przebyć, aby nauczyć się pokory, wyrobić własny styl, dowiedzieć się, czy na pewno to, co napisałem, jest tym, o czym chciałbym mówić.

Debiutowałem shortem w Magazynie Fantastycznym – tekstem tak tragicznym, że dzisiaj wstyd mi w ogóle komukolwiek o nim przypominać. Żonie nie chciałem go pokazać, a to przecież najbliższa mi osoba. Mam wielką, zapewne płonną, nadzieję, że nikt tego nie przeczytał, a jeśli tak, to wyparł z pamięci. Ja nie mogę dziś patrzeć na to opowiadanie – to w sumie bardzo banalna historia, ale pokazuje, iż po latach podchodzi się do swojej prozy z wielkim dystansem. Słusznym dystansem.

Sądzę, że nie warto iść na skróty.

W mojej rodzinnej Ostrołęce nie mieszka wielu pisarzy, ale na pewno wielu próbuje swoich sił w literaturze, dziobiąc po nocach w klawiaturę komputera, gryzmoląc w kajetach i marząc o nieprozaicznej sławie prozaików. Efekty bywają różne.

Niektórzy poddają się, orientując się, że to nie dla nich. Mam do takich duży szacunek – wiedzą, kiedy złożyć broń. Nie idą na oślep, zatrzymują się nad przepaścią zamiast w nią wpadać. Czasem mi szkoda, bo być może jakiś procent posiada autentyczny talent literacki, tylko nie ma samozaparcia koniecznego do napisania książki.

Innym udaje się coś stworzyć, ale nie opuszcza to szuflady. Ewentualnie nikt oprócz rodziny nie czyta dzieła, bo twórca nie ma śmiałości się nim pochwalić. Tu trochę pukam się w czoło, nie pojmując nic z tej pokrętnej logiki. Raz napisaną rzecz trzeba pokazać komuś kompetentnemu, aby otrzymać rzetelną recenzję. Zdarzyło mi się wyrzucić naprawdę wiele napisanych przeze mnie tekstów, nigdy jednak bez uzyskania opinii. Twórca nie jest obiektywny, nie może być obiektywny – musi zdać się na innych, którzy muszą powiedzieć mu prawdę, którą później trzeba zaakceptować.

Są wreszcie tacy, którym się udaje i wysyłają utwór do wydawcy. Nie mają czasem farta, a czasem talentu. Są takie książki, które się nigdy nie ukazują, a powinny. Nie ma dla nich miejsca na szalonym rynku, trafiają w ręce nieodpowiednich ludzi, bywa w końcu, iż najzwyczajniej w świecie nie dopisuje szczęście. Ja na ten przykład mogłem zadebiutować trzy lata przed moim właściwym debiutem, ale pismo, które tekst mi przyjęło, upadło.

W tej ostatniej grupie osób są też pisarze, którzy podejmują najbardziej ryzykowną decyzję, jaką może autor podjąć – decydują się na wydanie książki za własne pieniądze, w „wydawnictwie”, które zamiast płacić nakazuje sobie płacić za przygotowanie tekstu do druku.

To nie jest naturalna praktyka.

Każdy swój własny krzyż niesie i nic mi do tego, jak kto postępuje. Nie mam monopolu na prawdę, nie jestem też poczytnym autorem. Opublikowałem parę opowiadań, pierwsza książka zostanie dopiero wydana. Jestem nikim.

Ale coś tam wiem.

Jakub Rutka z Ostrołęki postanowił napisać książkę. Kuba jest człowiekiem wszechstronnym i ma w sobie ogromny potencjał. Jego życie kipi od natłoku zajęć – bywa prezenterem, lektorem, robi w radio, przy kabarecie. Do tego mąż i ojciec. Sam uważam się za aktywnego człowieka, związanego z kulturą od bardzo dawna, ale lista moich projektów już jest krótsza niż Kuby. Właściwie to mógłbym się czegoś od niego nauczyć – przebojowości, otwartości na świat. Nie powinienem mu dawać jakichkolwiek wskazówek, kim ja jestem, żeby rad udzielać? Jednak od lat siedzę w biznesie literackim. Sukcesów jako takich nie odnotowałem, choć jakby się uprzeć to finał Futuronauty pod patronatem UJotu powinien robić jakieś wrażenie. To jednak tak naprawdę nic wielkiego. Aczkolwiek staram się być jak najlepszy w tym, co robię.
Gdy przeczytałem, że Kuba chce wydać książkę w „wydawnictwie”, które pragnie, aby to autor pokrywał koszty wydania książki, włosy stanęły mi dęba.

Kubo! W kwietniu pojawił Ci się pomysł na utwór, w maju zacząłeś pisać, skończyłeś w sierpniu. A piszesz jak stary wyga: „Wydawnictwa popularne praktycznie nie wydają debiutantów (…). Najlepiej, gdyby zgłaszali się do nich sami znani autorzy, ponieważ gwarantuje to sukces w sprzedaży. Owszem, można wysyłać manuskrypty i czekać. Pół roku, rok, a nawet dwa, żeby usłyszeć, że niestety, ale nie kwalifikujemy się lub nie dostać w ogóle żadnej odpowiedzi, co jest jeszcze gorsze. Postanowiłem więc nie czekać i nie marnować czasu, tylko wziąć sprawy w swoje ręce i znaleźć wydawnictwo niezależne”.

Kubo! Ty przecież nie czekasz pół roku, roku, ani nawet dwóch. Ty czekasz raptem miesiąc. Jest wrzesień.

Czy w ogóle wysłałeś swój tekst gdziekolwiek? Czy po prostu wpisałeś hasło „selfpublishing” w gugle i wybrałeś pierwszy hit od góry? Czy wiesz, że to wydawnictwo nie jest „niezależne”? Ono jest bardzo zależne – od Twoich pieniędzy. I Tobie podobnym, niecierpliwym twórcom, którzy piszą, odbijają się od wydawców, ale tak zależy im na wydaniu czegokolwiek, że ryzykują własne pieniądze, zwykle popełniając błąd swojego życia.

Nie jesteś Wawrzyńcem Podrzuckim, który może sobie pozwolić na wydanie poza głównym obiegiem. Nie napisałeś kilku książek, szeregu opowiadań, nie pracowałeś z redaktorami, którzy przemaglowaliby Ciebie na wszystkie możliwe sposoby. Jeśli mogę Cię spytać – czy czytał to ktoś spoza rodziny, nie zaangażowany emocjonalnie w Twoje życie? Czy dostałeś szczerą, do bólu szczerą recenzję? Jeśli tak i była ona pozytywna, powinieneś wysłać utwór do prawdziwego wydawnictwa – takiego, które Ci zapłaci. Jeśli dostałeś taką recenzję i była negatywna – dlaczego chcesz wydać tekst mimo tego? Nie wiem, jaka jest prawda – pytam. Nie zakładam niczego. Chciałbym, aby Ci się udało.

Wydawnictwo, w którym chcesz tekst puścić, nie zapewni Ci żadnej reklamy, nie pokryje kraju Twoją książką. Będzie ona dostępna jedynie na stronie wydawcy, nie otrzymasz żadnej recenzji, zejdzie kilka egzemplarzy. Zostaniesz z goryczą porażki. Być może Ci się uda, życzę Ci tego serdecznie. To piękne, gdy krajan zdobywa świat. Znając jednak realia, pozostaję sceptyczny.

Jeszcze kilka słów o tym oczekiwaniu na odpowiedź z wydawnictwa i ciężkim losie debiutantów – moja książka mogła ukazać się kilka lat temu, miałem podpisaną umowę z Fabryką Słów. Naczekałem się na nią bardzo długo i cieszyłem się jak dziecko. Później nastąpił krach rynku i umowa została mi wypowiedziana. To stało się dla mnie impulsem do poprawienia całego materiału. Ponad połowę napisałem na nowo, sporo rzeczy wyrzuciłem, trochę dodałem.

W końcu moja „Ektenia” ukaże się w wydawnictwie Powergraph, a i to tylko w e-booku (co jednak uważam za dobrą rzecz). Nie warto iść na skróty, nie warto się poddawać. Bierz poprawkę na to, iż czytelnicy doskonale wyczuwają fałsz. Wiedzą od czego trzymać się z daleka. Na książkę wydaną metodą selfpublishing będą patrzeć z wyjątkową nieufnością.

Nie traktuj tego wpisu jak mądrzenia się. Nie staram się do Ciebie odnosić z pozycji kogoś wyższego, bo tak naprawdę jedziemy na tym samym wózku. Nie traktuję Ciebie jak konkurencję. Nie jestem Ci nieżyczliwy. Po prostu zdziwiła mnie Twoja decyzja, a że coś na ten temat wiem, staram się dzielić doświadczeniami. Literatury na rynku jest sporo. Wartościowej literatury niewiele. Nie zaniżajmy więc pewnych standardów, bo niedługo wszyscy czytelnicy się od nas odwrócą.

„Znicz”, czyli drugie opowiadanie w tym roku

dof3 Kolejny tekst doczekał się publikacji. Tym razem do przeczytania za darmo ze strony Drugiego Obiegu Fantastyki. Rzecz nosi tytuł Znicz i jest podzielone na dwie części, z czego kolejna zaprezentowana zostanie w następnym numerze DOFu.

Tekst ten to jedno ze starszych opowiadań, specjalnie poprawione i z końcówką inną, niż w pierwotnej wersji. Gdy odezwał się Paweł Szulc z pytaniem, czy nie mam czegoś na stanie, pomyślałem właśnie o Zniczu. Mam sentyment do tego utworu. Napisałem go tuż po Glinianym Golemie (z tego, co pamiętam oczywiście) i po raz pierwszy byłem zadowolony nie tylko z samej treści, fabuły, czy postaci, ale także z tego, jak to zostało napisane. Wróciwszy po latach, aby przeredagować utwór, okazało się, że dalej jestem z niego zadowolony.

To też świadectwo moich własnych poszukiwań tożsamości. Kim jestem i skąd jestem? Znicz jest próbą dyskusji z samym sobą. Nie wiem, czy potrafię mądrze opowiadać o poczuciu przynależności, o wyznawaniu pewnych idei, ale staram się to czynić. O czymś takim jest Znicz.

A mniej pretensjonalnie – to tekst o wojennej Ostrołęce, w którym bohaterowie unikają kul i jedzą zupę.

Smacznego!

Po drugiej stronie ławki

Wczoraj moja Luba zwierzyła mi się, że udzielając korepetycji z chemii wypracowała teorię, iż opanowanie równań chemicznych jest jak nauka wkładania sznurówek w buty. Raz z jednej, raz z drugiej, na krzyż i znowu raz z jednej, raz z drugiej…

Ja na swoich warsztatach filozoficzno-dziennikarskich rzucam podobnych porównań całą masę. Ostatnio na przykład gadałem o tym, jak to Propp wypunktował z czego składa się bajka, dzięki czemu stworzenie własnej bajki przypomina dziś gotowanie według przepisu. Wysyp mąkę, weź dwa jajka, dodaj proszku do pieczenia… Tak samo u Proppa – weź dwóch pozytywnych bohaterów, jednego starszego, by opiekował się młodszym, dodaj tego złego, którego koniecznie trzeba pokonać, by osiągnąć dojrzałość, etc.

Znowuż mój wykładowca z ontologii powiedział mi kiedyś, że pojęcie „trwogi” u Heideggera to pojęcie „trwogi” Bruce’a Lee. Gdy na Mistrza Pięści zrzucono klatkę w Wejściu Smoka ten nie miotał się, ale spokojnie czekał, wiedząc, że należy pogodzić się z sytuacją zagrożenia. Trwożył się, ale wiedział, że nie może zrobić nic więcej w takim obliczu wypadków. Uspokoił się więc, poczekał. Aż wreszcie uderzył, gdy przyszła okazja.

Dobrego nauczyciela od złego odróżnia fakt, że dobry nauczyciel nie musi nikogo „uczyć” materiału, a wystarczy, żeby znalazł sposób na jego przyjazne wytłumaczenie. O ile bardziej działa na wyobraźnię dziecka analogia do wiązania butów, niż żmudne szukanie sposobu na rozwiązanie równania chemicznego? O ileż łatwiej opowiadać o formaliźmie Proppa, gdy porównuje się go do gotowania według przepisu? Jak bardzo prosty wydaje się egzystencjalizm Heideggera, gdy przedstawiamy go na przykładzie zachowania Bruce’a Lee?

Podczas jednej z lekcji pokazowych przed dyrekcją użyłem komputera i rzutnika, by poprowadzić zajęcia przy pomocy prezentacji multimedialnej. Mówiłem o starożytnej Helladzie, o Rzymie, o filozofii, kulturze, architekturze nawet. Prezentowałem uczniom rozwój tych wielkich cywilizacji naocznie. Zobaczyli sobie Sokratesa, Sofoklesa, Partenon itp. Na jednym slajdzie umieściłem zaś obraz niezwiązany z tematem. Byli to dość prymitywni ludzie, ubrani w zwierzęce futra, ukryci w plecionych chatach, oporządzający ryby. Powiedziałem wtedy:

– Moi drodzy, tak wtedy wyglądało życie w Polsce.

Później oczywiście wytłumaczyłem, że na terenach dzisiejszej Polski zamieszkiwały różne plemiona koczownicze, na różnym poziomie rozwoju, a obraz jest raczej metaforą tego jak mieszkańcy Polis, czy Rzymu widzieli świat poza własną miedzą. Uczniowie chwycili w lot, pojawiły się śmiechy, błysk zrozumienia w oczach.

Nie uważam siebie za dobrego nauczyciela, jestem raczej przyzwoitym kursantem. Mam otwarty stosunek do swoich podopiecznych, nie staram się tworzyć barier i nie wymagam absolutnie żadnego szacunku. Na szacunek należy sobie zasłużyć, nie zaś egzekwować go ex cathedra. Gdy zaś sobie zasłużę, gdy okażę się na tyle dobry, tym mniej będę miał powodów, żeby szacunku wymagać. Wtedy po prostu go otrzymam. Wiem to, bo dzieci i młodzież to szczere audytorium. W szkołach spotykają ich z nauczycielskich ław raczej inne zachowania niż to, jakiego doświadczają przy mnie. Już więc sam fakt, że ktoś traktuje ich jak równych sobie, wzmacnia ich szczerość i wdzięczność. Zdążyłem się o tym przekonać w ciągu ostatnich kilku lat.

Nigdy nie mam problemów z tym, żeby trafić do uczniów. Oczywiście – nie każdy mnie lubi, mam swoje wymagania, a ludzie są różni, ale generalnie zawsze pozytywne wibracje fruwają w powietrzu. A ja czuję, że nie mówię do ściany. Ciekawy jestem, ilu nauczycieli w Polsce jest w stanie o sobie coś takiego powiedzieć bez mrugnięcia okiem?

Mam nadzieję, że wielu. Chciałbym w to wierzyć. Ogarnia mnie jednak heideggerowska trwoga, że jest inaczej. Nauczanie dzieci i młodzieży nie jest bowiem proste jak sznurowanie, ani jak przepis Proppa na bajkę. Cieszyłbym się, gdyby moje podejrzenia okazałyby się niesłuszne. Mam nadzieję, że polska kadra nauczycielska nie jest tak daleko od cywilizacji jak to było w przypadku Hellenów, Rzymian i koczowniczych plemion w czasach starożytnej świetności.

Wieści z drukarni

Powinienem się pochwalić. W sprzedaży jest już antologia opowiadań grozy miejskiej City, której pomysłodawcą jest Kazek Kyrcz Jr. W środku między innymi Kuba Małecki, Michał Cetnarowski, Dawid Kain, Robert Cichowlas. Ja również mam w niej swój udział – jestem autorem tekstu Trzy życzenia.

Opowiadanie dzieje się w Ostrołęce. To już drugie w tym samym miejscu akcji, świat natomiast ogląda je jako pierwsze. Utwór Znicz znajdzie się w Kołysankach dla utraconych i będzie można zapoznać się z nim w 2010. roku. Tymczasem Trzy życzenia to pewien wstęp do mojego zbiorku – mroczny, ciężki, lekko groteskowy i odrealniony, dziejący się współcześnie, blisko czytelnika (mam nadzieję). To miejski horror, urban legend. Więcej nie powiem, bo reszta jest w samym opowiadaniu. Nie mnie komentować.

Zapraszam do strasznej Ostrołęki!

Najpopularniejsze wpisy

Odwiedzono mnie

  • 67 114 razy
%d blogerów lubi to: