Właśnie czytasz
Fantastyka, Horror, Nonsensowne wpisy, Recenzje, soliloquia, Twórczość

Cóż to był za rok

Dwa tysiące trzynasty to był rok, w którym rzeczywistość tyle samo dała, co zabrała. Dała coś bliskiemu spełnieniu i satysfakcji z pracy twórczej, a co za tym idzie z siebie jako człowieka. Dała zmiany na plus, nowe perspektywy, nowych ludzi oraz rozwój idei. Dała coś na wzór pewnej dojrzałości (szukałem innego słowa, ale słownik okazał się ubogi), otworzyła pokłady, o których nie zdawałem sobie pojęcia. A jednocześnie przytłoczyła sobą, kazała spać po cztery godziny na dobę, dopieprzyła obowiązków, skurczyła czas i nie pozwoliła upaść w uzasadniony nihilizm, który zawsze musi się urodzić przy natłoku myśli. Wdzięczny jestem za dwie strony tego medalu, bo jak tu nie być wdzięcznym za życie? Tak po prostu.

ektenia-04

Ektenia w sklepie Powergraphu

Już sam początek roku zapowiadał burzę, ale wtedy jeszcze nie przypuszczałem jaką. Ukazała się Otwarta brama w „Fantastyce – Wydaniu Specjalnym”, ostatnim zresztą redagowanym przez Maćka Parowskiego, którego zresztą z tego miejsca serdecznie pozdrawiam. On to bowiem kiedyś zaufał szczeniakowi i puścił Glinianego golema, z którego po latach wyszła Ektenia. Recenzje opowiadania były różne, przeważnie dobre, odmienne od mojego własnego wrażenia. Ja bowiem nienawidzę tego tekstu. Tak, jest przemyślany, pod względem konstrukcyjnym oraz fabularnym, zapowiedział zresztą doskonale to, co zostało czytelnikom zaoferowano później, czyli Iskry w wodzie oraz samą Ektenię, ale nie uprzedzajmy faktów… Jednak jest osadzony w konwencji, której nie znoszę, a na dodatek opowiada o czasach, do których czuję coś zupełnie przeciwnego od sympatii. Powstał na zamówienie, jako pierwszy tego typu utwór i męczyłem się z researchem jak głupi. Internet prowadził mnie ścieżkami tak absurdalnymi, że od Olszynki Grochowskiej zawędrowałem na dewiacje seksualne dawnych monarchów. Niech błogosławiony będzie dzień, w którym syf spłynął na świat. W tymże syfie bowiem pływają diamenty.

Opuszczałem Olsztyn ostatniego dnia czerwca, nie podejrzewając, że czas przyspieszy tak drastycznie w drugiej połowie roku. Tymczasem wszystko potoczyło się ekspresowo. Nie pamiętam już, czy antologia moja i Sławka Spasiewicza Rok po końcu świata wyszła przed tym, czy tuż po tym, ale jednak i ona była kolejnym krokiem w twórczej karierze. Do niej właśnie powstał mój, jak sądzę, najlepszy utwór, czyli kompletnie odjechane Iskry w wodzie. Antologia była steampunkowo-cyberpunkowa, a tekst nie pasował do żadnej konwencji. Dodatkowo kilku ma wątpliwości, czy w ogóle dotyczy on końca świata. Recenzje były tu tak bardzo różne, że nikt właściwie nie dowiedział się, do czego dąży taki jeden Strzeszewski. Bardzo mnie to cieszy. Nie chcę nikomu ułatwiać roboty. Chcę robić teksty, które nie będą jednoznaczne, będą odróżniały się od innych. Jeśli mam przy tym rzucić czytelnikom kilka kłód pod nogi, nie szkodzi.

W międzyczasie ukazał się Znicz, którego możecie pobrać za darmo z tego bloga, gdyż „Drugi Obieg Fantastyki” zakończył żywot publikując zaledwie jego pierwszą część.

Potem była już Warszawa, która wywróciła życie do góry nogami. Abyśmy się dobrze zrozumieli – ja się nażyłem w swoich szczenięcych, głupich latach. Dziś szukam spokoju, o czym nawet kiedyś tutaj wspominałem. To jednak ostatnie co w stolicy znalazłem. Pierwszy przyszedł twórczy chaos związany ze zmianą środowiska, pojawieniem się twarzy znanych wcześniej tylko z nazwiska, pracy znanej tylko z nazwy, gdyż w Olsztynie bezskutecznie jej poszukiwałem przez dwa lata. Stolica zapewniła mi ją w dwa tygodnie. Piszę te słowa, jest grudzień, za oknem Norwegia w pełnej pogodowej krasie, żona wraca z pracy i jest 22:54, a mnie dopada choroba, która czaiła się za rogiem, cierpliwie, w kolejce, aż uporządkuję większość spraw.

Warszawa to jest miasto dla mnie. Nie znam go jeszcze, jeszcze nie rozumiem, ale już je czuję. Jestem tego typu zwierzęciem, któremu pasuje miejskie moro. Kiedyś napiszę o tym więcej. Zawsze piszę o tym, co jest dla mnie istotne. Tylko o tym potrafię mówić.

Dość na teraz, iż bez Warszawy nie pojawiliby się ludzie, którym zawdzięczam to, co się działo wokół Ektenii, czyli bandę Altersteam. Nivelis z żoną, Marcin Dąbrowski, Lucynka i Santa Evita, którzy wzięli w swoje łapy materiał i zrobili z niego arcydzieło fotograficzne. Zobaczcie kilka zdjęć na stronie mojego wydawcy, Powergraphu. Zapewniam, że to nie wszystko. Któregoś dnia wrzucę tu najlepsze fotki z albumu. Jestem z nich więcej niż zadowolony. Ludzie, zrobiliście zajebistą robotę. Dziękuję.

Wreszcie dochodzimy do mojego debiutu, czyli Ektenii. Powiedziałem już chyba wszystko na jej temat, co mogłem. Z punktu widzenia autora zdradzać więcej, to by było za dużo. Oddam więc głos ludziom, którzy już przeczytali i zdąrzyli ocenić.

Pierwszy jest Adam Podlewski, który w swojej recenzji pisze:

Strachy reformacji, zawiedzione złudzenia XIX wieku, ale też Front Wschodni, upadek militarystycznego lewiatana, i ponadczasowy horror zinstytucjonalizowanego szaleństwa (opisy szpitala dla obłąkanych to najmocniejsze fragmenty książki) – wszystko to miesza się jak ta ożywiona glina, lepiąc coś fascynująco obcego i znajomego jednocześnie.

Później recenzja Bartka Łopatki z Poltera:

Trudno jednak nie zauważyć, że Ektenia, zwłaszcza jak na debiut, to dzieło niezwykłe przemyślane i dopracowane, realizujące od początku do samego końca dość nietypową wizję autorską. Rozwiązanie wydawnicze przyjęte przez Powergraph co do tej książki (tylko e-book) to chyba także niejako test poczytności pisarza i próba sprawdzenia, czy ten rodzaj twórczości można sprzedać na polskim rynku – więc gorąco zachęcam do kupna fanów niesztampowej, świetnej językowo fantastyki, bo o takie debiuty warto dbać.

I jeszcze Aleksandra Radziejewska na fantasta.pl:

Nie można odmówić Strzeszewskiemu brawury: nie dość, że swą pierwszą pełnowymiarową książkę wydaje jedynie w formie elektronicznej, to dodatkowo funduje nam istną jazdę bez trzymanki po metafizyce rodem z koszmaru sennego. Nie każdy lubi książki, które podczas czytania wytrącają z równowagi i nie dają się jednoznacznie sklasyfikować. Niby Ektenia to steampunk (z naciskiem na punk), ale wielokrotnie podczas lektury odnosi się wrażenie obcowania z realizmem magicznym najwyższego stopnia, zatracającym pozory realności i pozostawiającym jedynie magię. Już bardziej steampunkowe są fragmenty Oparów według Hansa Groblera powieści w odcinkach, które przewijają się przez karty Ektenii, a sceny, rozgrywające się w Glinianym Golemie mogłyby z powodzeniem stanowić kanwę przerażającego horroru. Czyli mamy powieść, która powieścią nie jest, steampunk, który klasycznym steampunkiem nie jest i książkę, której nie można postawić na półce. Same sprzeczności które, o dziwo, połączone w całość świetnie razem się komponują.

Pojawiają się również opinie na forach, jak ta autorstwa Beaty z forum Drugiego Obiegu:

Nie czytało się łatwo, musiałam robić przerwy, bo duszna atmosfera przytłaczała. I poczucie beznadziei. Niemożność ucieczki przed szaleństwem, jakie rozpętuje się wokół. I ludzie, uwikłani tak strasznie, że nie mogą patrzeć w lustro. A jednak patrzą. I żeby wytrzymać spojrzenie swojego odbicia, kurczowo czepiają się myśli o jednym, jedynym dobrym uczynku, jaki im się przydarzył, nie wiedząc o jego daremności, albo nie przyjmując do wiadomości, że daremnym się okazał. Albo wmawiają sobie, że są kimś innym. Albo po prostu godzą się na zło. W ogóle miałam wrażenie, że w powieści nie ma pozytywnych bohaterów, że różnią się tylko poziomem zła, które akceptują. Jednocześnie umiałeś pokazać, że nawet w tych, wydawałoby się, złych do szpiku kości, tkwi iskierka dobra. A może przytrafił im się jakiś taki niekontrolowany impuls?

Również kapryfolium.pl informuje o mojej działalności w tym oto podcaście:

Na fejsbuku toczą się jeszcze nieśmiałe dyskusje pod linkami do recenzji. Ja szczególnie zapraszam na swój profil autorski, gdzie na bieżąco staram się o nich informować.

To koniec tegorocznego podsumowania. Kończę dwutysięczny trzynasty z poczuciem wykonania zadania. Trzy utwory opublikowane, jeden darmowy w Sieci. To już koniec sezonu. Można zacząć oddychać.

Reklamy

About Emil Strzeszewski

Pisarz, redaktor, dziennikarz, social media nędza. Założyciel i były redaktor naczelny e‑zinu „Creatio Fantastica”. Publikował w „Magazynie Fantastycznym”, „Fantastyce - Wydaniu Specjalnym”, „Fantasy & Science Fiction” oraz w antologiach „City 1” i „Rok po końcu świata”. Finalista konkursu Uniwersytetu Jagiellońskiego na tekst literacko-naukowy „Futuronauta”. Debiutował książkowo w wydawnictwie Powergraph steampunkową powieścią „Ektenia”. Powieść „Ród” ukazała się nakładem Genius Creations we wrześniu 2014 roku.

Dyskusja

Brak komentarzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: