Właśnie czytasz
Ciekawostki, Nonsensowne wpisy, soliloquia

Cyfrowe nordic walking

nordicWolno mi chyba powiedzieć, jako człowiekowi mocno zanurzonemu w nowoczesnej technologii, że postęp jest czymś wspaniałym, aczkolwiek trwa za długo.

Choć nie jestem zwolennikiem technicznych przełomów, życie spędzam otoczony modernistycznymi gadżetami z krzemu. Korzystanie z dobroci cywilizacji oraz jej krytyka tylko pozornie stoją w opozycji. Nie chodzi tu bowiem o dostrzeżenie tak rzucających się w oczy zagrożeń (dziś już raczej banałów), jakie niesie ze sobą nowoczesność (uzależnienie od social mediów, przekładanie ilości nad jakość, zmniejszanie oczekiwań co do treści, znieczulica emocjonalna, brak chęci do merytorycznej dyskusji), a o coś zgoła innego.

Dwudziesty pierwszy wiek przyniósł zabawki, których potencjału nie wykorzystuje. Jest to bardzo poważny grzech zaniechania. Nie sposób zatrzymać postępu, jednak można znacznie go spowolnić. Taką sytuację mamy właśnie dziś.

Co i rusz dostajemy nowe technologie – tablety, google glass, smartfony – w zamierzeniu znacznie ułatwiające dostęp do i tak wszechobecnej informacji, sama Sieć znajduje coraz to lepsze rozwiązania, czy podaje nam kolejne opcje dzielenia się sobą oraz tym, co wiemy, z każdym na Ziemi. Sam jestem świeżym neofitą e-booków, bo w końcu przekonałem się, że to się po prostu opłaca czytelnikowi z każdej strony – fizycznej, przestrzennej, etc. W domu postawiłem kombajn zwany urządzeniem wielofunkcyjnym, na którym drukuję, skanuję, kseruję, a wszystko bezprzewodowo i to jeszcze przez smartfona na Androidzie. Sam smartfon z powodzeniem zastępuje mi laptopa, którego trzymam już chyba tylko z sentymentu, tak jak dwadzieścia lat temu pozostawiało się maszyny do pisania.

Okazuje się, że bez problemu mogę na komórce pozostawać w kontakcie z każdym, nie tylko smsowo, czy telefonicznie, ale też przez e-mail oraz fejsbuka. Ponadto moje najnowsze opowiadanie powstaje w połowie na smartfonie. Nie przeszkadza mi mała klawiatura, bo zamiast stukania w klawisze wykorzystuję program dzięki któremu mogę mazać po ekranie i w magiczny sposób powstaje chociażby to zdanie. Nie tracę czasu, którego mam tak niewiele, zaś tekst powstaje szybciej, bo mogę tworzyć absolutnie wszędzie.

Jeśli chcę zamówić pizzę, klikam ikonkę. Gdy łapię swojego kota w jakiejś prześmiesznej pozie, klikam ikonkę. Chcę zaprosić ludzi do siebie, klikam ikonkę.

Przychodzę do pubu pograć w gry planszowe, a tam ludzie klikają ikonki na tablecie.

Tylko jakoś jeszcze nikt nie wymyślił zmyślnego, całościowego, unifikacyjnego systemu zarządzania danymi, który pozwalałby robić wszystko. Dla przykładu – Android nie obsługuje technologii flash. Dlaczego? Bo nie. Nie odczytuje również formatów e-maili rodem z Microsoft Outlook, czy Mozilla Thunderbird. Dlaczego? Bo nie. Google Cloud Print nie daje Androidom możliwości drukowania niczego innego, niż pdfów. Przynajmniej ja nie mogę. Większość można emulować, ale bywa to okrutnie niewygodne. Ktoś wzruszy ramionami i powie „szczegół”. To prawda, ale to nie wszystko.

Ostatnio testowałem dedykowaną klawiaturę zewnętrzną bluetooth do pewnego tableta pewnej polskiej firmy (przez litość zmilczę nazwę). Okazało się, że nie obsługuje polskich znaków. Moje zaskoczenie było porównywalne do tego, gdy dowiedziałem się, że federacja MMA Attack zaaranżowała walkę napompowanego kulturysty z tancerzem erotycznym.

Prywatne interesy firm, producentów, czy dostawców, nie pozwalają na to, aby użytkownikowi dać pełną swobodę w zarządzaniu informacją. Nie leży to w niczyich zainteresowaniach. Po co twórcy Androida mają umożliwiać synchronizację archiwum e-maili ze środowiskiem Windows? Jednym z powodów jest to, że windowsowe rozwiązania stają się bardzo szybko archaiczne. Drugim, o wiele poważniejszym, jest fakt, iż nie należy przyzwyczajać użytkownika do tego, aby mógł jednocześnie działać na Windowsie oraz na Androidzie. Lepiej dla Androida, aby w ogóle zrezygnować z Windowsa.

Mamy dziś taki poziom cyfryzacji, że przy odrobinie wysiłku (no, może nieco więcej, niż odrobinie…) da radę zespolić wszystko ze wszystkim. A przynajmniej większość. Nikt bowiem nie oczekuje, aby Pac Man z Atari działał na platformie JellyBean.

Choć więc postęp cały czas pędzi do przodu, to jest to bieg kontrolowany. I to nie przez wolę użytkowników, ani przez mądre, pełne troski rady zaniepokojonych sceptycznych sympatyków technologii (ktoś taki szczerze wierzy w postęp, ale przytomnie dostrzega w nim pewne zagrożenia, z którymi trzeba się uporać). Jest kontrolowany przez widzimisię prywatnych korporacji.

Tak być musi i trudno. Nie można się jednak wyzbyć niepokojącego lęku wynikającego z tego, iż nastała epoka cyberpunku. Choć pozornie wspaniała, to lepiej aby nie trwała za długo. Grzech zaniechania, wspomniany powyżej, nie prowadzi do niczego dobrego. Z drugiej strony unifikacja całościowego systemu obiegu informacji również nie. Stanęliśmy więc w miejscu, w którym można już tylko biec.

Stąd już tylko krok do cyfrowego nordic walking.

Advertisements

About Emil Strzeszewski

Pisarz, redaktor, dziennikarz, social media nędza. Założyciel i były redaktor naczelny e‑zinu „Creatio Fantastica”. Publikował w „Magazynie Fantastycznym”, „Fantastyce - Wydaniu Specjalnym”, „Fantasy & Science Fiction” oraz w antologiach „City 1” i „Rok po końcu świata”. Finalista konkursu Uniwersytetu Jagiellońskiego na tekst literacko-naukowy „Futuronauta”. Debiutował książkowo w wydawnictwie Powergraph steampunkową powieścią „Ektenia”. Powieść „Ród” ukazała się nakładem Genius Creations we wrześniu 2014 roku.

Dyskusja

Brak komentarzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: