Właśnie czytasz
Nonsensowne wpisy, soliloquia

Najdroższe gówno świata

Według wikipedii najdroższym polskim filmem był Quo Vadis, którego budżet zamknął się w sumie nieco ponad 75 milionów złotych. Dwa lata młodszy Ogniem i mieczem kosztował już sporo mniej, bo blisko 30 milionów złotych. Niebagatelne to kwoty, ale to i tak całe nic w porównaniu do takich Piratów z Karaibów: Na krańcu świata, którzy szczycą się kosztem całkowitym 300 milionów dolarów. Z filmów w miarę świeżych – Avatar miał budżet prawie 240 milionów dolarów. Najnowszy Bond tylko 7 milionów mniej. To powinno wprawić w zakłopotanie nawet George’a Lucasa, którego Zemsta Sithów kosztowała „zaledwie” 115 milionów… A tymczasem można taniej. Znacznie taniej. Marc Price, trzydziestolatek z Wielkiej Brytanii, nakręcił swój film za kosmiczną sumę czterdziestu pięciu (liczbowo: 45) funtów, z czego najwięcej kosztował go łom i żarcie dla ekipy. Obraz nazywa się Colin. Zebrał znakomite recenzje na zeszłorocznym festiwalu w Cannes. Co prawda ma fabułę prostą jak konstrukcja cepa, ale chodzi w nim raczej o kpinę ze świata filmu jako takiego. Szczególnie tego wysokobudżetowego.

W dzisiejszym świecie kultury modne jest sformułowanie, iż odbiorcy głosują portfelami. To kłamstwo i najgorsza ze wszystkich bzdur, jakie można sobie tylko wyobrazić. Moje pieniądze nie mówią nic o moim guście. Mogę kupić bilet na seans kinowy filmu, który zapowiada się nieźle, ale może przecież być tragiczną szmirą. Mogę kupić książkę, której okładka będzie przepiękna, ale treść kompletnie nijaka. Mogę nabyć album zespołu o świetnie brzmiącej nazwie, przeczytawszy w Sieci huraoptymistyczne recenzje, ale mogę okrutnie się sparzyć.

To, że kupuję jogurt nie oznacza, że musi mi smakować. Ot, może jestem na diecie i go w danej chwili potrzebuję? To, że dziś palę taki, a taki tytoń może być wynikiem tego, iż aktualnie w trafice nie było tego, którym raczę się na co dzień. Powodem tego, że piję piwo z kampanii może być to, iż w pubach rzadko kiedy można znaleźć piwo gatunkowe.

Kupuję piwo jasne, bo nie ma ciemnego.

Kupuję chleb, bo w kraju niezbyt popularne i trudno dostępne są uwielbiane przeze mnie croisanty.

Kupuję jakieś czasopismo w nadziei, że znajdę w nim chociaż jeden dobry tekst. Przecież nie będę wszystkiego czytał na stojąco w Empiku, żeby określić, czy jest dobre, czy nie. Nie mam na to czasu i ochoty, bo zwykle czytam na siedząco, w domu, przy kawie, pomiędzy pisaniem tekstu, szperaniem w filozofii współczesnej, odkurzaniem i załatwianiem potrzeb fizjologicznych. Ryzykuję więc, wykładam kasę i liczę na to, że się nie zawiodę. Ryzykuję stratę czasu i pieniędzy. O ile kasę mogę odżałować, choć pluszem nie sram, to czasu już nie bardzo. Ale takie jest życie.

Pieniądze nie są wyznacznikiem tego, czy coś mi się podoba, czy nie. Nie mogę więc nimi głosować. Ergo – nie mogę głosować portfelem. Portfel dopiero dopuszcza mnie do lokalu wyborczego. Gdy już tam wejdę, mogę za pomocą swojego własnego widzimisię dokonać wyboru – podoba się czy nie podoba się. Mogę też oddać głos nieważny.

Wydaje mi się, że kapitalizm wziął dzisiejszą kulturę i sztukę w tak mocny uścisk, że twórcy kultury i sztuki zapomnieli o podstawowej kwestii – kwestią jakości danego dzieła nie są wyniki sprzedaży, ani rankingi popularności budowane na takiej podstawie. Ten pogląd prowadzi do prostego wniosku, że najsmaczniejsze jest gówno, bo miliard much nie może się mylić. A nawet nie – muchy naprawdę lubią gówno, wybierają je świadomie (w każdym razie – na tyle świadomie, na ile pozwala im na to ich ograniczona percepcja). Najgorzej więc jest wtedy, gdy mówi się, iż Dan Brown jest najlepszym autorem, bo sprzedał coś koło 8 milionów egzemplarzy Kodu Leonarda Da Vinci. W polskiej fantastyce najstraszniejsze jest zaś to, iż mówi się o Pilipiuku jako mistrzu gatunku, bo jest tak płodnym autorem, że w ciągu roku potrafi „ulepić” coś koło dziesięciu książek. Prześmieszne są argumenty, gdy jeden autor porównuje się z drugim w taki oto sposób:

Autor 1: Napisałem w ciągu roku pięć książek, każda miała nakład najmniej dziesięć tysięcy, z czego sprzedałem około siedemdziesięciu procent nakładu w ciągu pierwszego miesiąca obecności na rynku. A to nie pierwszy rok mojej kariery. Już mam około dwudziestu pozycji na swoim koncie. A ty co? Coś ty robił przez dziesięć lat, że wydałeś jedną pozycję? Jaki z ciebie pisarz?!
Autor 2: A da się czytać tych twoich dwadzieścia książek? Dobre są?
Autor 1: Sprzedają się, więc są dobre! Zarabiam na nich.

I co z tego, że krytyka od lat pieje, że Autor 1 zjada swój własny ogon, a od czytelników nie dostaje on żadnych informacji, czy książka dobra, czy zła. Dla niego jedyną wiadomością o jakości własnej prozy są statystyki sprzedaży oraz tempo pisania. Reszta jest nieważna. Produkcja taśmowa, lepienie garnków. W epoce, w której przeciętny czytelnik wydaje najwięcej pieniędzy rocznie na program telewizyjny, te sprzedanych 70% z każdej z pięciu pozycji napisanych w jeden rok musi być dla Autora 1 komplementem. Musi być, bo nie dostaje on żadnych innych komplementów. Dla mnie natomiast sprawa ma się inaczej. I nie sądzę, żeby obiektywnie właściwe było ocenianie dzieł po statystykach sprzedaży. Bo co z tego, że ludzie kupili? Pytaniem jest – czy im się podobało? Czy była to dla nich ważna książka? Czy uważają, że po prostu stracili swoje pieniądze?

Nie da się sztuki odmierzyć linijką. I choć statystyka nie kłamie mówiąc, że małpa przykuta do maszyny do pisania przez 50 lat ma szansę jak jeden do miliona, iż uda się jej wyklepać Hamleta, to nie świadczy to tak naprawdę o niczym. Bo o czym ma świadczyć? Jeśli się małpie udało – nieźle. Jeśli się nie udało – też dobrze. Dlaczego twórcy kultury chcą być jak te małpy?

Pieniądze są środkiem do celu, nie zaś celem samym w sobie. Dziś jednak na końcu procesu twórczego są pieniądze. Zastąpiły one jakość. To wiele mówi o stanie kultury i sztuki w dzisiejszych czasach. Taka sztuka, jakie cele. W pragmatycznym świecie walutowym można się z łatwością wyśmiewać z artystów szanujących pojęcie weny. Zwykle ów szacunek nie przynosi im zysków. A, według obiegowej, fałszywej opinii, wart jesteś tyle, jaki jesteś w stanie rachunek wystawić za swoje usługi.

Od szacunku do rachunku daleka droga. Może jednak warto byłoby skupić się na jakości zamiast na pieniądzach? Chociażby dlatego, iż naprawdę niewiele mówią o tym, co się komu podoba, a co nie.

Wiem – jestem naiwny.

Na szczęście jestem naiwny.

Advertisements

About Emil Strzeszewski

Pisarz, redaktor, dziennikarz, social media nędza. Założyciel i były redaktor naczelny e‑zinu „Creatio Fantastica”. Publikował w „Magazynie Fantastycznym”, „Fantastyce - Wydaniu Specjalnym”, „Fantasy & Science Fiction” oraz w antologiach „City 1” i „Rok po końcu świata”. Finalista konkursu Uniwersytetu Jagiellońskiego na tekst literacko-naukowy „Futuronauta”. Debiutował książkowo w wydawnictwie Powergraph steampunkową powieścią „Ektenia”. Powieść „Ród” ukazała się nakładem Genius Creations we wrześniu 2014 roku.

Dyskusja

Brak komentarzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: