Właśnie czytasz
Nonsensowne wpisy, soliloquia

Pijany skrzypek na scenie

Oglądałem ostatnio Spadkobierców – to już nie ta sama magia, co kiedyś. Na początku te spektakle pachniały totalną amatorszczyzną, radosną, niczym nieskrępowaną zabawą słowem, gestem, sytuacją. Absurd owego eventu kabaretowego polegał na tym, że „aktor” był bliższy widzowi – właściwie to z nim grał, dla niego grał. Intencje były czyste, proste, klarowne. Teraz zaś gra się niejako do kamery, improwizacja jest wyrachowana, gagi sformułowane w sposób nieznośnie jajcarski, taki… estradowy, jeśli można to tak nazwać. Zniknęła interakcja – zaistniała jakaś linia fabularna, weszły w życie jakieś niepisane zasady. Nie ma przekraczania barier, ekipa wpadła w rutynę.

Jednak zdarzają się im jeszcze scenki genialne, wynikające z ciągłej chęci zaskakiwania samych siebie przede wszystkim. W odcinku, który ostatnio oglądałem, występował Tomasz Kamel. Jest on tak kiczowaty, tak cholernie brak mu uroku i wdzięku, a przy tym jego umiejętności aktorskie są poniżej krytyki – że aż miło było patrzeć, jak nadyma się przed powiedzeniem tego, co mu ślina na język przyniesie, jak jest spięty i jak uważa, aby nie wypaść blado przy zawodowych kabareciarzach. Mimo jego udanego występu, gag nie powalał, trącił nudą, etc. No, ale potem Kamel wzniósł toast i jego zdziwiona mina odmieniła oblicze całego, niezbyt udanego, odcinka.

Okazało się, czym znany prezentem nie omieszkał się podzielić z widzami, że w szklaneczce naprawdę był alkohol (robię ciche, naiwne założenie, że Kamel naprawdę o tym nie wiedział). No i mnie oświeciło – przypomniałem sobie Roberta Downey Jra, o którym mówi się, że jest to aktor totalny. Nawet pijany potrafi zagrać trzeźwego. W tym swoim oświeceniu pomyślałem sobie, że miło byłoby zobaczyć kolejne przełamanie jakichś konwencjonalnych barier, jakieś odbrązowienie czegoś. Z pomocą przyszedł mi Jewgienij, a konkretniej jego wpis o tytule „Wtorek, jeszcze o tremie”. Bardziej szczegółowo:

Jakiś poziom stresu u każdego występuje, gorzej jeśli uniemożliwia wykonywanie takiego zawodu jak muzyk estradowy. W muzyce rockowej itp. można się znieczulić butelką whisky i dawaj. Precyzja tu nie jest najważniejsza, poziom trudności technicznych porównywalny do gry harcerza przy ognisku. Ważniejszy hałas niż szczegóły. Ale pianista czy skrzypek klasyczny nie może się ubzdryngolić, bo równie dobrze mógłby się upić łyżwiarz figurowy albo żongler. Katastrofa murowana.

No i ja właśnie o tym skrzypku. Otóż życzyłbym sobie, żeby właśnie jakiś skrzypek wyszedł na scenę kompletnie pijany i odegrał jakąś szaleńczą partię albo wręcz nawet – Chopina zagrał po swojemu. To samo tyczy się pianisty. I oboisty. I dyrygenta nawet. Niech cała orkiestra wyjdzie napierniczona i niech daje. Oby tylko na nogach stała albo usiedzieć zdołała. Reszta niech będzie szaleństwem.

Nie dość, że byłoby to przełamanie barier, to jeszcze w sposób bezczelny i iście rockowy właśnie. Otóż owa butelka whisky niekoniecznie bywa przez rockowców używana, żeby tremę utopić, ale także po to, by najzwyczajniej w świecie dać czadu, żeby siebie samego zaskoczyć, spróbować jakiejś nowości, odczuć mocniej własną muzykę. Odlecieć wraz z publiką nawet. Tak na scenę wychodziła Metallica, Guns’n’Roses, Rolling Stones, a z pewnością jeszcze wiele innych, mniej lub bardziej sławnych kapel. Jewgienij ma rację w jednym punkcie – precyzja nie jest najważniejsza. Ale wszak nie o nią chodzi. Precyzyjny jest metronom, precyzyjna powinna być prognoza pogody, ale czy akurat muzyka? Chyba, że to mathcore albo coś w tym stylu. Chodzi o odczucie, barbarzyńcy z Wysp Brytyjskich mają na to piękne określenie feeling. Byłoby to spełnienie moich marzeń. A i odbrązowiłoby się coś przy okazji, co jest wartością samą w sobie.

Pierwsze, co w tym momencie przychodzi mi na myśl, jest Apocalyptica. Co prawda nie wiem, czy pijani wychodzi na scenę, ale na pewno przełamali klasyczne bariery konwencji. Wzięli wiolonczele i zaczęli rżnąć „Fight Fire With Fire”. Wyszło im lepiej, niż Metallice. Potem na tapetę rzucili sobie utwory klasyczne, które zapragnęli odtworzyć na modłę heavy metalową. I, proszę ja Was, jest pięknie!

Na dodatek sądzę, że dałoby radę to pogodzić z moich pojęciem sztuki, o którym pisałem nieco wcześniej. Wszak nie tworzę żadnej granicy dla twórcy, wymagam od niego tylko szczerości, znajomości proporcji, jakiejś myśli. W szaleństwie mieści się to wszystko. Wszak żeby być szaleńcem, żeby coś odbrązowić swoim szaleństwem, trzeba znać myśl, cel, proporcję i wszystko, co mieści się w tym, co chce się odbrązowić właśnie. Czasem nie ma się po prostu śmiałości, by zrobić coś na nowo, by szargać dzieło swoją myślą. Jeśli alkohol ma pomóc skrzypkowi pokonać barierę i wrzucić w odwiecznie istniejące dzieło siebie, swój sposób na muzykę, to niech skrzypek pije. Jeśli tylko mu wyjdzie, będę pierwszym, który będzie go oklaskiwać.

A jeśli jego szaleństwo będzie na tyle bezczelne, że ujawni się bez alkoholu – tym lepiej.

Reklamy

About Emil Strzeszewski

Pisarz, redaktor, dziennikarz, social media nędza. Założyciel i były redaktor naczelny e‑zinu „Creatio Fantastica”. Publikował w „Magazynie Fantastycznym”, „Fantastyce - Wydaniu Specjalnym”, „Fantasy & Science Fiction” oraz w antologiach „City 1” i „Rok po końcu świata”. Finalista konkursu Uniwersytetu Jagiellońskiego na tekst literacko-naukowy „Futuronauta”. Debiutował książkowo w wydawnictwie Powergraph steampunkową powieścią „Ektenia”. Powieść „Ród” ukazała się nakładem Genius Creations we wrześniu 2014 roku.

Dyskusja

7 thoughts on “Pijany skrzypek na scenie

  1. Jak zawsze z radością czytam Twe myśli przeniesione na „e-papier”. Aczkolwiek, sądze ze mimo wszystko, nawet metalowiec nie moze ratowac sie jedynie tym „wrzaskiem”. Bo w koncu metal – mimo wszystko – muzyką nadal jest, a muzyka pewnej prezycji wymaga.

    Z radoscią czekam na kolejne wpisy.

    Posted by Robert | Luty 24, 2010, 3:44 pm
  2. I aż samo się składa pytanie jak to jest z alkoholem i pisaniem. Że tak mi rymło.

    Posted by agrafek | Luty 25, 2010, 12:50 pm
  3. Zdania nawet nie sklecę poprawnie po łyku piwa. Los pokarał – nie mogę i już, nie potrafię. A bym chciał, bo może wyszłoby świetnie. Być takim Jerofiejewem na przykład, to jest coś! Za to nikotyną się szprycuję zapamiętale.

    I do Ciebie piłeczka ;)

    Posted by Emil Strzeszewski | Luty 25, 2010, 1:48 pm
  4. A widzisz – mnie na bani wychodzą najmocniejsze – ale nie jest powiedziane, że najlepsze, czy choćby przyzwoite – teksty z emocjami. Na trzeźwo pisze raczej na zimno, albo dla jaj, po bani coś się otwiera, jak w rozmowie. Inna sprawa, że żaden prawie nie wszedł do czegoś dla ludzi, bo na trzeźwo już mi się tak nie podobają:). Ale naprawdę najlepiej pisze mi się na kacu.

    Posted by agrafek | Luty 25, 2010, 5:40 pm
  5. A upijasz się na smutno czy na wesoło?
    Czy ma to wpływ na Twoją twórczość?
    Jaka najlepsza fraza zrodziła Ci się po pijaku oraz na kacu?
    Czemu pisanie na trzeźwo tak nie smakuje?
    Jaką rolę w Twoim życiu odgrywa pisanie i czy w takim razie często chlejesz? ;)

    Seria pytań do pisarzy, zacznę od Ciebie!

    Posted by Emil Strzeszewski | Luty 26, 2010, 9:52 am
  6. 1. Upijam się i na smutno i na wesoło, na ogół bardzo.
    2. Tak, ma – staję się debilem, któremu wydaje się, że jest geniuszem. Po pijanemu można np. napisać (wpisz jakikolwiek tytuł wiersza Majakowskiego lub Broniewskiego).
    3. Nie pamiętam, na miły bóg, nie pamiętam.
    4. Ponieważ pisanie na trzeźwo to praca, a wszelka praca bywa żmudna i nudna. Podczas pisania po pijanemu – czego zresztą nie czynię od kilkunastu lat – miewa się poczucie absolutnego geniuszu własnego. Jestem już w wieku, w którym się pije, żeby się upić i nie muszę do chlania dorabiać ideologii, a już na pewno nie ideologii o charakterze tfurczym. Piję, bo jestem alkoholikiem i nie mam zamiaru się przed tym stwierdzeniem bronić. Choć przez moje uzależnienie potrafię budować karkołomne konstrukcje myślowe – ale są to konstrukcje tworzone wyłącznie po to, żeby się samouspokoić i po prostu z nieco czystszym sumieniem nachlać. Jak mam ochotę się nachlać, to się po prostu nachlewam i nie chce mi się już przekonywać świata, że nachlewam się przez plamy na słońcu. Samooszustwo w celach nachlawczych jest bardziej niemęskie niż czyste, niczym nieskażone pedalstwo.
    5. Z pisanie poniekąd żyję. Więc staram się nie pić tak często, jak bym chlał bez pisania. Piszę całym sobą. Tak jak chlam całym sobą. Żadna czynność czyniona całym sobą, nie da się łączyć z inną czynnością czynioną samy sobą.

    Odpowiedź uczyniona całym sobą na prośbę Emila via GG.

    Posted by jalens | Luty 26, 2010, 10:20 am
  7. 1. Staram się wcale nie upijać. A jeśli już to na wesoło.
    2. Nie ma, bo rzeczy napisane po pijaku kasuję.
    3. – patrz 2.
    4. Dlaczego „tak nie smakuje”? Smakuje.
    5. Pisanie jest przyjemne, sprawia mi frajdę. Zdecydowanie większą niż alkohol.

    Posted by agrafek | Marzec 1, 2010, 9:15 am

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: