Właśnie czytasz
Ciekawostki, Fajkowo, soliloquia

Moje fajki

Patrząc na swój zbiór fajek doszedłem do wniosku, iż jestem kolekcjonerem okazów, których nikt inny zapewne nie chciałbym posiadać. Nie są to z pewnością wyjątkowe egzemplarze. Prawdopodobnie niejeden fajczarz obojętnie wzruszyłby ramionami na ich widok, bądź, co bardziej możliwe, prychnąłby z pogardą. Nie wyróżniają się te moje fajki ani jakością, ani wykonaniem. Czasem ich pochodzenie jest wątpliwe, a materiał nie poraża znakomitością. Bądźmy szczerzy – większość fajczarzy nie tego poszukuje.

I właśnie dlatego moja kolekcja jest tym cenniejsza.

Od razu powiedzmy sobie – nie chodzi tu o kolekcję, jako „kolekcję”, ani o cenę, jako o „cenę”, ani nawet o jakość samych fajek właśnie. Szczególna jest tu myśl, która w tej kolekcji zaczęła się ujawniać zupełnie niespodziewanie. Oto mam bowiem osiem sztuk, z których dwie to grusze (pogardzane przez spore grono kolegów po dymku), jedna krusząca się różanka z Hong Kongu (założę się, że na polski rynek trafiła prosto z taśmy produkcyjnej), kolejna to ordynarna, toporna Denicotea (wrzosiec second hand, pełen kitowań), jakaś albanka Real Briar, która chyba niejednego zawału w swoim drewnianym żywocie doświadczyła, Bruyere Szabo, o której nic nie wiem oprócz tego, że jest z wrzośca oraz świeżo nabyta Ducale z nawierconym dnem (rozstrzelałbym wykonawcę). Wśród tego wszystkiego znajduje się raptem jeden klasowy Worobiec 84, zwany potocznie przeze mnie „Hobbitem”. Chociaż i w jego przypadku malkontenci rzucą zapewne pare krytycznych uwag.

Przygarniam pod skrzydła fajki słabe, niskiej jakości, mizernego wykonania, szemranego pochodzenia, najlepiej zniszczone. Co ciekawe – robię to zupełnie bezrefleksyjnie. Gdyby podliczyć, ile wydałem na swoje fajki, wyszłoby, że mógłbym kupić dwa Petersony dobrej jakości i w odpowiednim wieku. Mógłbym cieszyć się markowymi egzemplarzami, co do których nikt nie miałby zastrzeżeń. Wszyscy gratulowaliby mi gustu, poklepywali po ramieniu, życzyli smacznego palenia. Tymczasem, nawet jeśli ktoś obeznany w temacie zapragnie łaskawie zerknąć, prawdopodobnie i tak zdziwi się, a potem poradzi, bym lepiej inwestował fundusze.

Tyle, że wszystkie moje fajki dają mi poczucie pewnej unikalności oraz sensu – mój zbiór jest inny niż wszystkie. Jednocześnie użytkowy, ale i z pewną myślą właśnie. Fajki, które posiadam, przeżyły ze mną sporo przygód – paląc w nich przeczytałem niejedną książkę, napisałem niejeden tekst, poznałem niejednego ciekawego człowieka, zaraziłem swoją pasją kilku innych. Zawsze smaczne, odpowiednio traktowane, zadbane, trwają u mnie w najlepsze. Gdyby personifikować przedmioty rzekłbym, że odwdzięczają mi się swoim towarzystwem.

Czy gdybym kupował drogie, markowe fajki, traktowałbym fajczarstwo tak samo? Chyba nie. Oczywiście nie bronię się przed nabyciem lepszym egzemplarzy, z pewnością sprawię sobie kilka reprezentacyjnych sztuk, ale nigdy nie będą sednem mojej kolekcji. Ta bowiem polega na czym innym – świadomym mniej lub bardziej wyszukiwaniem fajek, o które trzeba troszczyć się ze zdwojoną siłą, aby nigdy nie zawiodły.

Przedstawię pokrótce swoje fajeczki:

B&B 030 – grusza
Moja pierwsza fajeczka, od niej zaczęła się cała przygoda. To właśnie to maleństwo (palenie maks półgodzinne) towarzyszyło mi w pierwszych chwilach nauki. Stąd nadpalenia na brzegach komina. Przeznaczona pod aromaty waniliowe. Gościła przeróżne tytonie, stąd bukiet zapachowy jest bogaty, choć niestety nie należy do najcudowniejszych – Borkum Riff Vanilla, Poniatowski Wanilia, Timm No Name, Stanwell Vanilla (przy nim właściwie zostałem), nawet Tillburry Cherry Cream… Dzisiaj raczej emerytka, choć okazjonalnie gości w niej latakia. Kanał dymny bardzo wąski, ciężko się pali, fajka na skraplacz (oczywiście wyjęty).

B&B 018 – grusza
Druga i ostatnia gruszeńka w mojej kolekcji. Kupiona w Ostrołęce, tam gdzie pierwsza, wtedy gdy doszedłem do wniosku, że podstawy podstaw opanowałem. I faktycznie – służy do tej pory. Naczelna fajka jeśli chodzi o aromaty. Przeznaczona do Stanwella Vanilla, aczkolwiek chyba ze dwa razy spróbowałem w niej FVF, tak dla przekonania się, że nie da się palić czystej Virginii w fajce po aromatach (znaczy – da się, ale po co?…). Filtr 9mm, palona bez filtra.

Denicotea 652 – wrzosiec
Pierwszy wrzosiec, kupiony jako trzecia w kolejności fajka. Oznaczona na fajkowo.pl jako wrzosiec second hand. Pełna kitowań, lubię ją nazywać pieszczotliwie „Łaciata”, choć po prawdzie to raczej „Gruba Berta” – monstrualna jak na mnie fajeczka. Wysoki komiń, pojemność nieziemska. Bez karbonizatu, filtr 9mm, palona bez filtra. Rozdziewiczona Rattray’s Old Gowrie, potem długo FVF, aż wreszcie Hal O’The Wynd, co było fatalnym posunięciem z uwagi na to, że tytoń ów zupełnie mi nie podszedł. W efekcie poszła pod La – na pierwszy ogień Navy Flake od Samuela Gawitha. Również Perfection. Jest wybitnie smaczna jak na tyle kitowań i ten marnej jakości wrzosiec. To utwierdza mnie w przekonaniu, że cena jest mało ważna, liczy się, czy fajeczka ma w sobie… ten ogień! Ogień i żar!

Worobiec 84 – wrzosiec
Kupiona w te wakacje, w Warszawie na Warszawie Centralnej, w podziemiach. Wybierana wraz z kobietą, wypatrzona już wcześniej na allegro. Właściwie wymarzona moja fajeczka. Nadałem jej pieszczotliwą nazwę – „Hobbit”. Tak jakoś mi się kojarzy. Zdecydowanie mniejsza niż Denicotea, nieco pojemniejsza niż B&B 018, od początku przeznaczona do Va. Spróbowała trzech paleń Old Gowrie, kilkunastu Hal O’The Wynd, aczkolwiek wierna przez długi czas była FVF. Teraz palę w niej Virginię nr. 1 MacBarena oraz Old Gowrie właśnie. Smak absolutny, każdemu tytoniowi palonemu w niej nadaje cytrusową nutę, niejako za darmo, z wdzięczności. Niestety potraktowana zbyt mocno jeansem w kominie (chciałem wyrównać nagar…), ukryszyła się tuż nad wylotem przewodu dymnego… Długo zwlekałem z naprawą, pytałem na fajczarskim forum, jak mógłbym to zrobić. Dzięki pomocy Kolegów udało mi się „wyleczyć” ją pipemudem, po którym teraz praktycznie nie ma śladu, opalił się, stwardniał, służy dzielnie. A i ja jestem uważniejszy.

BaDou K6528 – różanka
Prezent od współpracowników podarowany na cudownym wieczorze pożegnalnym. Piękna, ryflowana, grube ścianki. Co prawda czuć niewprawioną rękę nieznających tematu – fajka ma płaskie dno, bardzo ciężko wykręca się ustnik, przewód dymny w ustniku jest bardzo wąski (uniemożliwia dobrą kontrolę ciągu), poza tym (co jest wadą bodaj największą) jest bardzo, ale to bardzo krucha. Przy pierwszym paleniu ukruszyła się w środku komina dość znacznie (żałowałem wtedy, że zebrałem papierem ściernym karbonizat, zawsze zbieram, gdybym cofnął czas, akurat tej fajce bym tego nie zrobił), przy drugim płytkie pęknięcie praktycznie przez cały komin, choć byłem ekstremalnie ostrożny. Jako, że fajka ma wyborny smak, specyficzną nutę, którą dodaje Virginii (bowiem do niej jest przeznaczona), została odnowiona pipemudem. Może pochodzić z Hong-Kongu (generalnie zwrot ku Dalekiemu Wschodowi). Ze względu na swoją delikatność używana odświętnie.

Real Briar – wrzosiec
Ta fajka to zwykła albanka o wyjątkowo cienkich ściankach nagrzewających się do niebywałych temperatur w niesamowicie szybkim tempie. Mimo więc swojej pozornej „zwykłości” potrafi pokazać charakter. Oryginalnie posiadała skraplacz, jednak wyjąłem, dzięki czemu proces jej czyszczenia wymaga ode mnie czasu i cierpliwości… Jest dość wiekowa, podobno pamięta przedwojenne czasy, ale co do tego nie ma pewności. Dla mnie specyficzna z dwojakich powodów – towarzyszyła mi od początku przygody z fajczarstwem, ale tak naprawdę została moją fajką niedawno. Na niej to bowiem ćwiczyłem renowację. Każdy etap, krok po kroku, poprzez oczyszczanie nagaru, polerowanie ustnika, wywabianie przykrego zapachu, aż do malowania bejcą. Mimo tych zabiegów, długo podnosiła się z upadku, jakby nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Dzisiaj jest już w miarę spokojną starowinką (choć temperamentną), której emerytura jest efektywna i efektowna – polubiła aromaty, w szczególności Belle Epoque.

Bruyere Szabo – wrzosiec
Kolejna moja towarzyszka to prezent urodzinowy, fantastyczny z dwóch powodów – wybrana została spośród innych, markowo lepszych, ale słabiej wykonanych oraz została kupiona na konwencie fantastyki Falkon 2009, którego byłem gościem. Specyficzny kształt, przypominający fajkę Sherlocka Holmesa (tego starego, nie nowego, w reżyserii Guya Ritchiego), ciemna barwa – nieco tajemnicza, także z powodu, iż kompletnie nie mam pojęcia, skąd pochodzi, ani co to za producent. Być może to kolejna taśmowa produkcja, jednak wcale jej to nie skreśla. Znakomicie komponuje się z Old Gowrie. Pojemny komin zapewnia długie palenie, świetnie leży w dłoni. Jedna z moich ulubienic.

Ducale – wrzosiec
Historia tej fajki jest dość skomplikowana. Polowałem na nią od listopada zeszłego roku, a zdobyłem przed dwoma tygodniami. Jest w ukochanym przeze mnie kształcie bent bulldog. Shape ten ujął mnie tak mocno, iż nie mogłem odpuścić – polowałem na allegro (nie jestem jednak mistrzem licytacji…), na e-bayu (choć nie mam tam konta), wśród Kolegów z fajczarskiego forum. Kilkakrotnie byłem bliski zakupu jakiegoś innego egzemplarza, droższego, starszego, lepszego jakościowo, nigdy jednak rzecz nie doszła do skutku. Coś zawsze było nie tak – a to za drogo, a to zbyt zniszczona, a to jednak kształt nie do końca taki… Z powodu moich poszukiwań mocno zalazłem za skórę kilku ludziom, którzy zapewne mają mnie dziś dość, ze względu na mój brak zdecydowania oraz inne wady. W końcu jednak się udało. Na allegro pojawiła się tania, na pierwszy rzut oka wcale zadbana, fajeczka Ducale. I wreszcie – jest! Po oczyszczeniu wnętrza główki, wypolerowaniu ustnika, okazało się, że jej największą wadą jest nawiert dokładnie na dnie komina. Albo to pomyłka fajkarza, albo wina maszyny, która fajkarza wyręczała (dość nieudolnie zresztą…). Tak czy siak ubytek został załatany pipemudem i powoli nadchodzi ta chwila, w której zapalę w swojej nowej fajce po raz pierwszy…

Reklamy

About Emil Strzeszewski

Pisarz, redaktor, dziennikarz, social media nędza. Założyciel i były redaktor naczelny e‑zinu „Creatio Fantastica”. Publikował w „Magazynie Fantastycznym”, „Fantastyce - Wydaniu Specjalnym”, „Fantasy & Science Fiction” oraz w antologiach „City 1” i „Rok po końcu świata”. Finalista konkursu Uniwersytetu Jagiellońskiego na tekst literacko-naukowy „Futuronauta”. Debiutował książkowo w wydawnictwie Powergraph steampunkową powieścią „Ektenia”. Powieść „Ród” ukazała się nakładem Genius Creations we wrześniu 2014 roku.

Dyskusja

12 thoughts on “Moje fajki

  1. Emil, nawet się nie przejmuj! Ja też zbieram DRUNKHILLE i nie zamierzam do swojej srolekcji podchodzić trzeźwiej. Więcej, jestem z niej coraz bardziej dumny.

    Palisz w pięknych fajkach. A ten Szabo to klasyk.
    http://www.ontheglobe.com/notes/notes92.htm
    http://thepipesmoker.wordpress.com/2009/10/25/2009-world-championship-pipe/
    http://pipedia.org/index.php?title=K%C3%B6r%C3%B6s_Pipes

    Köszönom szépen za uwagę.

    Posted by jalens | Luty 8, 2010, 5:45 pm
  2. Aha, mam tego samego Worobca, co Ty, oraz tę samą bełchatowską koparkę Denicotea – ale bez najmniejszego kitowania.

    To dzięki niej udało mi się w końcu pozbyć definitywnie 125 g torebki strasznego NoName’a, którego wypaliłem wyłącznie ze skąpstwa. Dzień, w którym słoik wreszcie pokazał dno, był jednym z najszczęśliwszych w moim życiu. Niestety, znajoma kupiła mi to w prezencie i znów spopielam nn w tej nadwymiarowej fajce.

    Wiem, że lubisz tę mieszankę i że ma ona wielu fanów – odezwij się na maila, może zrobimy jakieś machniom i zostawię tę koparkę w spokoju na jakiś czas.

    Posted by jalens | Luty 8, 2010, 5:58 pm
  3. Ojej, jeszcze jedno – to akurat rosewood, to jest chińska dalbergia, coś podobnego do palisandru. Fajka raczej z Chin kontynentalnych – ale faktycznie, dystrybucją zajmuje się Hąkąg, z powodu mania manii handlowej oraz bardziej liberalnych przepisów detalicznych oraz pocztowych.

    Posted by jalens | Luty 8, 2010, 6:04 pm
  4. O, widzisz! Za chińskiego boga bym nie odszukał informacji, że moja różana chińszczyzna to wcale nie różana i wcale nie chińszczyzna. Tak samo z Szabo. Po wieki Ci wdzięczność!

    Co do TNN – obawiam się, że mój zapas Belle Epoque (uzyskany dzięki Alanowi) starczy mi jeszcze na jakiś czas, ale stay tuned, jak to mówią na Cartoon Network, bo jak się skończy Perfection, Old Gowrie i Va nr 1, to może, może ;)

    I jeszcze: ja się wcale nie przejmuję! Ja zawsze wiedziałem, że jest coś fajnego w tym moim zbiorze, ale nie zdawałem sobie sprawy, co tak naprawdę. No i w końcu mi się udało wydumać. Drunkenhille – zaprawdę, świetne godło dla tego typu fajeczek :). Podkradnę, jeśli pozwolisz? :)

    Posted by Emil Strzeszewski | Luty 8, 2010, 6:17 pm
  5. Drunkhille, jeśli już. Niniejszym mogę Ci nawet przekazać majątkowe prawa autorskie na wszelkich polach eksploatacji…

    Posted by jalens | Luty 8, 2010, 6:57 pm
  6. Tak to jest – jak ktoś nie doczyta, to dopowie. Ale niniejszym problem został rozwiązany – Twoje to Drunkhille, moje Drunkenhille ;)

    Posted by Emil Strzeszewski | Luty 8, 2010, 7:03 pm
  7. Słyszałeś ten kawał „Znasz sposób na strusia?”…
    O tym jak się pali dowcipy?

    Posted by jalens | Luty 8, 2010, 7:19 pm
  8. Gratulacje! Piękne fajki. Widzę, że mamy identyczne podejście do fajek: to my nadajemy im wartość. A czy ogólnie uznawana jest za słabiznę – do piachu z tym, nam smakuje i nam się podoba. Sam niedawno nabyłem dwie brujerki, które będę odnawiał. Smacznego dymka!

    Posted by Alan | Luty 8, 2010, 7:40 pm
  9. Jalens: nie słyszałem, ale chętnie posłucham :D

    Alan: dzięki. Ja strasznie nie lubię napinki na firmy, na „metki”. Może to jakieś zaszłe pozostałości po szczeniackich czasach pełnych buntowniczego punka oraz metalu? Doceniam dobre fajki, ale jakoś w mojej kolekcji takowych nie widzę, przynajmniej na razie. Wolę przygarniać właśnie słabizny, Drunkenhille, żeby nadać im nowy blask.

    Posted by Emil Strzeszewski | Luty 8, 2010, 8:22 pm
  10. Biurowy rozśmieszacz opowiada w pokoju pełnym pań…
    – Dziewczyny, znacie sposób na strusia?
    – No nie, opowiedz!
    – Otóż, bierze się łysego faceta, zakopuje się go na pustyni, żeby mu tylko łysina wystawała… Biegnie struś, myśli, że to jego jajo, siada, facet łaps za nogi i struś jego…
    Biuralistki obśmiały się jak norki. Jedna z nich wróciła do domu i już od progu krzyczy do męża:
    – Kaziu, znasz sposób na strusia?
    – No nie- odpowiada małżonek…
    – Otóż, bierze się łysego faceta, zakopuje się go na pustyni, żeby mu tylko jaja wystawały… Biegnie struś, myśli, że to jego jaja, siada, facet łaps za nogi i struś jego…
    – Hi, hi, hi – zaśmiał się mężczyzna, podrapał w głowę i dociekliwie spytał:
    – Tyyy, ale dlaczego facet był łysy?
    – A bo ja wiem?!

    To z którejś książki o tym detektywie od kłopotów, to moja specjalność.

    No i wyjaśniająco – różnica między Drunkhillem, a Drunkenhillem jest mniej więcej taka, jak między łysiną a jajami… Zapytaj jakiegokolwiek metkowca :D

    Całe szczęście, że można o Ciebie pogadać bezdyscyplinarnie. Raj dla takiego gaduły jak ja.

    Posted by jalens | Luty 8, 2010, 8:42 pm
  11. Odwdzięczyłbym się dowcipem o jamniku, ale to trzeba opowiedzieć face-to-face, bo inaczej nie działa ;). Rozgość się, gadaj – Mi casa, Su casa.

    Posted by Emil Strzeszewski | Luty 8, 2010, 9:19 pm
  12. Fajna kolekcja, ale mam jedną uwagę: Ducale – wrzosiec (ostatnia) to nie Bulldog ale Rhodesian. Wiem, że są różne koncepcje rozgraniczenia tych dwóch typów ( są i tacy co bulldoga benta zaliczą do typu Rhodesian), ale nikt fajki z okrągłą szujką nie nazwie Bulldogiem, tylko właśnie Rhodesianem. Pozdrawiam.

    Posted by wojtek | Styczeń 11, 2012, 11:15 pm

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: