Właśnie czytasz
Ciekawostki, Fajkowo, soliloquia

Ponownie o tytoniach, czyli errare humanum est

Z niezwykłą radością przyjąłem fakt, iż do tworzenia fajczarskich wpisów na tym blogu włącza się spore grono osób. Dostaję cały szereg informacji, co też napisałem źle, co jest niezrozumiałe, co mógłbym poprawić. Owe uwagi są nieocenione, a krytyczne podejście do sprawy powoduje, iż nabieram świadomości, że notki te są potrzebne. Istnieje jednak pewien problem, z którym zmagam się odkąd tylko zechciałem pisać o fajczarstwie.

Otóż – jak pisać mądrze i ciekawie o tym, co się wielbi? I – jak pogodzić przyjemne z pożytecznym? Bo też zdaję sobie sprawę, że oprócz doświadczonych fajczarzy na tego bloga zagląda też kilku młodszych stażem, nieopierzonych jeszcze nowości. Co boskie Bogu, a co cesarskie cesarzowi – chciałbym pisać o swoich fajczarskich przygodach, ale nie ma sensu prawić o tym tylko dla tych, którzy już mają takowe za sobą. Dlatego też, po wypaleniu Va nr 1 od MacBarena w swoim ukochanym Worobcu 84 o pieszczotliwej nazwie „Hobbit” (imię to dostał ode mnie oraz mojej kobiety, nie od Mistrza Henryka), doszedłem do wniosku, iż faktycznie poprzedni wpis o tytoniach mógłby być dla fajczarzy in spe niezrozumiały. Jako, że nie ma po co tracić czasu – trzeba naprawić swój błąd. Inspiracja, jak to zrobić, przyszła wraz z komentarzem Jalensa – dziękuję!

To był zimowy wieczór. Owa zima wygoniła mnie (współdziałała z moją matulą, niecnota!) do piwnicy, w której urządziłem sobie palarnię. Łóżko, fotel, aromatyczna kawa o smaku amaretto, książka (nie pomnę już, jaka) oraz ja wraz ze swoją pierwszą gruszą (będącą zarazem moją pierwszą fajką), przygotowujący się do rytuału palenia.

Byłem wtedy na etapie aromatów – paliłem je ze względu na inność. Tytoń, który smakuje jak wanilia, w którym można odczuć śliwkowe przebłyski, który pachnie jak perfuma, był dla mnie niczym terra incognita. Po wielu latach palenia papierosów potrzebowałem odmiany. Aromaty zapewniały mi ją w stu procentach. Jednocześnie miałem postanowienie, że nie będę kupował drugi raz tego samego produktu, dopóki nie wykrystalizuje mi się własny, niepowtarzalny gust. Chciałem wyrobić sobie coś na wzór biblioteki smaków – chodzi mi tu o tego rodzaju pamięć doznań, która pozwala na uświadomienie sobie, co chce się palić, na podstawie wypalonych już wcześniej tytoni. Prościej mówiąc – chciałem wyrobić sobie podniebienie. Zakupiłem więc coś, co było dla mnie nieznane.

Saszetka po otwarciu woniła śliwką. Tytoń był odpowiednio mokry, to znaczy – bez zbędnego podsuszania mogłem nabić nim fajkę. Ważne, aby ziele nie było zbyt mokre – wtedy za często gaśnie, a smak jest przytłumiony. Istotne też, aby nie było za suche, bo wtedy dym gryzie nadmiernie, a i smak na tym cierpi. Tytoń powinien przejść test ugniatania – w palcach sporządza się małą kulkę, by po chwili wypuścić ją. Jeśli liście pokruszą się – jest za suchy. Odpowiednia wilgotność jest wtedy, gdy kulka rozpadnie się, gdyż liście rozwiną się, starając się wrócić do poprzedniego stanu.

Nabiłem metodą trójwarstwową, chociaż wtedy nie miałem o niej pojęcia. Z pomocą jednak przyszła intuicja, która wnet podpowiedziała, iż wsypuje się odpowiednią porcję ziela do fajki aż po brzeg, ugniata do połowy, potem na wierzch dosypuje się kolejną, znowu ugniata do trzech ćwierci wysokości komina, a ostatnia warstwa po ugnieceniu powinna zmieścić się kilka milimetrów przed wierzchem komina.

Wziąłem zapalniczkę, odpaliłem. Tytoń fajkowy to nie tytoń papierosowy. Papierosa odpala się i już. Pali się właściwie sam. Tą prawdę zna każdy, kto zapomniał choć raz o zapalonym papierosie i zostawił go w popielniczce. Otóż z fajką jest inaczej. Ziele nie jest tak zbite, początkujący fajczarz ma zwykle wielkie problemy z rozpaleniem paleniska. Powinno omiatać się płomieniem wierzch usypanego tytoniu jednocześnie wciągając powietrze przez ustnik. To jednak nie wystarczy. Odpalony tytoń podnosi się, więc trzeba go ubić. Wtedy natomiast najprawdopodobniej zgaśnie. Czynność więc należy rozpocząć od nowa, nie zapominając o tym, iż w pierwszej chwili powinien palić się na całej szerokości wnętrza komina.

Ile ja musiałem się nacierpieć, żeby opanować tą sztukę! Do dziś nie jest to proste, choć oczywiście rutyna pomaga. Z fajką jest jak z dzieckiem – zna się go lepiej, niż siebie samego, jest się z nim od chwili narodzin, trzeba mieć świadomość jego upodobań, wiedzieć, co lubi, a czego nie znosi. Ale przychodzi wreszcie ten dzień, w którym własne dziecko przychodzi do domu z dziewczyną bez zęba na przedzie i oświadcza, że ją kocha. Nie jestem ojcem, ale bez trudu potrafię sobie wyobrazić, że wtedy wątpi się, czy aby rzeczywiście znało się swoje dziecko. Analogicznie jest z fajką – ma ona swoje zdanie, swoje humory. To, co robiło się z nią tydzień wcześniej nie musi być takie samo jak to, co robi się z nią dziś, w danej chwili. Wyuczone zachowania nic nie dają – fajka prędzej czy później każdego zaskoczy. Jak owo dziecko.

Więc odpaliłem i… Zatrzymajmy się na chwilę…

Znam ludzi, którzy nie potrafią palić fajki mimo, iż przez lata palą papierosy. Może właśnie dlatego przychodzi im to z trudem, jednak z pewnością nie jest to reguła. Nie wiem, na czym to polega. Taki ktoś bierze fajkę i po prostu nie wie, co ma z nią zrobić. Ciągnie powietrze, nadyma się, puchnie czasem, toczy fatalną walkę z materią, która mu się opiera. Tymczasem fajka jest delikatna – trzeba do niej z respektem, ale i uczuciem. Nic na siłę – pykać trzeba z wyczuciem, nie za szybko, nie za wolno, nie za mocno, nie za słabo. To nie może być wojna, fajki nie można kopać jak komputera, który się zawiesza, to nie sprzęt RTV AGD. Trzeba sobie uświadomić jedno – fajka lubi palić. Fajka oddycha dymem. Oddycha dzięki fajczarzowi. Tańczy, jak on jej zagra. Ona tak samo chce palić jak on. Grunt, żeby znaleźć odpowiednie tempo do tego tanga…

Wróćmy…

Ile ja bym dał, żeby być człowiekiem, który nie umie ćmić fajki w tamtej chwili, gdy odpaliłem mój nowy nabytek! Dym poszedł czerwony, a ja zamiast smaku poczułem swąd spalenizny oraz chemikaliów. To, co mieściło się w kominie, było z pewnością wszystkim, tylko nie tytoniem! Na myśl przychodzą mi opary znad Czernobyla, cyjanek, krupnik, ciepła mięta, którą zdarzyło mi się raz zapić wódkę za czasów studenckich oraz wszelki gnój świata, który przez komin, przewód dymowy trafił do moich ust.

Świnie w korycie miewają lepsze przysmaki niż ja wtedy miałem w gruszy…

Wyjawię wreszcie tajemnicę. Szczęśliwy ten, kto dotarł aż tutaj, przebrnął przez całą tą historię, przez fajczarskie moralizatorstwo, przez metafizyczne próby opisania fajczarskich zachowań. Niech wreszcie się stanie. Niech wszyscy się dowiedzą…

Paliłem Tillbury.

Drodzy młodzi fajczarze, którzy to czytacie – wiedzcie, że właśnie więcej opowiedziałem Wam o tytoniach, niż na pierwszy rzut oka można sądzić. Zanim zapalicie, przeczytajcie jeszcze kilkanaście, kilkadziesiąt, może kilkaset stron i opinii o tytoniach. Bo w dwóch wpisach nie sposób po prostu tego streścić.

Smacznej fajki!

Advertisements

About Emil Strzeszewski

Pisarz, redaktor, dziennikarz, social media nędza. Założyciel i były redaktor naczelny e‑zinu „Creatio Fantastica”. Publikował w „Magazynie Fantastycznym”, „Fantastyce - Wydaniu Specjalnym”, „Fantasy & Science Fiction” oraz w antologiach „City 1” i „Rok po końcu świata”. Finalista konkursu Uniwersytetu Jagiellońskiego na tekst literacko-naukowy „Futuronauta”. Debiutował książkowo w wydawnictwie Powergraph steampunkową powieścią „Ektenia”. Powieść „Ród” ukazała się nakładem Genius Creations we wrześniu 2014 roku.

Dyskusja

One thought on “Ponownie o tytoniach, czyli errare humanum est

  1. Puk, puk? Rzuciłeś palenie?

    Posted by jalens | Luty 5, 2010, 9:09 am

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: