Właśnie czytasz
soliloquia

Non omnis moriar, Beksa

Powoli zbliża się dziesiąta rocznica śmierci Tomka Beksińskiego, słynnego dziennikarza muzycznego, felietonisty i tłumacza. Popularny Beksa był człowiekiem, którego życie tak koncertowo się spierniczyło, że strach. W ogóle historia rodziny Beksińskich to jeden wielki horror, którego nie powstydziłby się sam Stephen King – punktami kulminacyjnymi ich sagi można by nazwać próby samobójcze Tomka (zwienczone sukcesem w wigilię 1999 roku), chorobę ucznia jego ojca, a także tegoż ojca (sławnego i genialnego artysty) morderstwo. Gdzieś pomiędzy jednym a drugim nieszczęściem znajdują się jednak przebłyski niezwykłego talentu Beksy oraz jego rodzica, które rzucają jasne światło na całą ich makabrę.

Dziesiąta rocznica samobójstwa tego uzdolnionego publicysty i tłumacza (Tomek przetłumaczył większość Bondów, Brudnego Harry’ego oraz dzieła Monty Pythona z angielskiego, a przecież nie ukończył nawet anglistyki) to także okazja do przeprowadzenia pewnego rachunku sumienia. Będzie on utrzymany w mrocznym, pesymistycznym tonie, gdyż tego wymaga konwencja (nie znam nikogo, kto by z radością zamiast żalu spowiadał się ze swoich grzechów).

Otóż sam bywam dziennikarzem, nawet nauczam dziennikarstwa pacholęta, a od dawna nie napisałem żadnego felietonu. Patrząc wstecz muszę również przyznać, że te artykuły, które zdarzało mi się stworzyć, są po prostu słabe. To zaskakuje mnie samego, gdyż obowiązkiem każdego publicysty jest samogwałt twórczy owocujący burzącym sarkazmem, a także budującą ironią. A nie ma lepszej na to sposobności niż właśnie felieton. Tymczasem ja upadłem w literaturę oraz artykuły naukowe o sprawach tak wielkich, że moja własna działalność krytyczno-refleksyjna sprowadzona została do prowadzenia tego bloga. A i tutaj nie znajduję jakichś wyżyn dziennikarskich – ot, radosne chałturzenie, na dodatek za darmo.

Nie mogę o sobie powiedzieć, że zostałem wychowany w tradycji dziennikarskiej – do poduszki raczej czytałem Szklarskiego i Tolkiena niż Kapuścińskiego i jego kolegów – więc może byłoby to jakieś usprawiedliwienie? Wolałem fabuły niż dziennikarskie rozmyślania o świecie. Jednak przecież Beksa też raczej nie został wrzucony w ową tradycję, nie nasiąkł nią za młodu, a mimo to pisał krwią i potem swoje felietony. Był mistrzem tego gatunku, a tak jak ja był przecież naturszczykiem – wszystko, co wiedział o świecie i o jego wyrażaniu, znajdował we własnej głowie, nie czytał żadnych „podręczników reporterskich”. Na dodatek bliżej mu było do muzyki i filmów, niż do publicystyki jako takiej – częściej gapił się w ekran niż przeglądał dzieła pismaków. Ja przecież też, jako szczeniak, nie przejawiałem zainteresowania osobliwościami felietonistycznymi.

Kolejnym aspektem, który mógłby mnie bronić, jest to, że czuję większą potrzebę pisania utworów literackich niż babrania się w sztuce żurnalistów. No, ale to także żadna wymówka – można robić kilka rzeczy na raz nie zaniedbując żadnej, wystarczy tylko trochę się postarać. A skoro w jakiś sposób jestem związany ze światkiem dziennikarzy, powinienem pisać też felietony. To przecież (obok esejów) królewska dziedzina, najbardziej prywatna i osobista, a zarazem publiczna oraz uniwersalna (bo przecież felietonem chce się skrytykować świat, a przez to ma się nadzieję na zmianę tegoż świata). Moim obowiązkiem jest zanurzyć się w rzeczywistość dziennikarską, chociażby po to, żeby nie zapomnieć, czego mnie uczono w miejscach, w których zdarzyło mi się pracować.

Jest jeszcze coś takiego – moja była redaktor naczelna rzekła mi kiedyś, iż felieton mają prawo pisać ludzie, którzy już czegoś dowiedzieli się o świecie. Jako, że młodym byłem wtedy srelem, oburzyłem się święcie na to, że moi sojusznicy odbierają mi zabawki, które z racji roli społecznej mi niejako przynależą. Zraziłem się, ale mimo to starałem się pisać te przeklęte felietony. Przestałem dopiero potem, gdy wreszcie czegoś się dowiedziałem o tym paskudnym łez padole. I tu mam do siebie pretensję, bo przecież zamiast zamilknąć, powinienem krzyczeć. Moim prawem było wyrażanie swoich myśli poprzez działalność krytyczną. Jednak zakopałem topór wojenny i przestałem się wadzić z rzeczywistością jako dziennikarz.

To wszystko jednak mnie nie usprawiedliwia. Winy moje zmazuje dopiero aktywność pisarska, w której oburzenie i zniesmaczenie światem wkładam w usta bohaterów (tak samo jak radość z życia, itp.). Zastępuje to wszelkie felietonistyczne potrzeby.

Niech więc żyje życie, a umarłym cześć, bo na ich przykładzie możemy uczyć się być lepszymi, niż aktualnie jesteśmy.

Nie wszystkie chwile przepadną w czasie, jak łzy w deszczu. Pora żyć.

Reklamy

About Emil Strzeszewski

Pisarz, redaktor, dziennikarz, social media nędza. Założyciel i były redaktor naczelny e‑zinu „Creatio Fantastica”. Publikował w „Magazynie Fantastycznym”, „Fantastyce - Wydaniu Specjalnym”, „Fantasy & Science Fiction” oraz w antologiach „City 1” i „Rok po końcu świata”. Finalista konkursu Uniwersytetu Jagiellońskiego na tekst literacko-naukowy „Futuronauta”. Debiutował książkowo w wydawnictwie Powergraph steampunkową powieścią „Ektenia”. Powieść „Ród” ukazała się nakładem Genius Creations we wrześniu 2014 roku.

Dyskusja

Brak komentarzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: