Właśnie czytasz
Recenzje, soliloquia

Na jesień: Slayer

Jest jesień, więc katuję się metalem. Metal jest najlepszy na tą porę roku – daje porządnego kopa, rozgrzewa oraz energetyzuje, pozwala spojrzeć za okno z buntowniczym wzrokiem. Ostatnimi czasy z mojej listy utworów słychać było częściej inne nuty, a choćby nieodżałowany Grechuta, cudowna Sarah Brightman, progresywne Uriah Heep, zadziorne Lao Che, cała masa folku, starego rocka, a nawet Nelly Furtado. Podobno z wiekiem zmienia się smak. Coś w tym jest. Gdy miałem piętnaście lat, mogłem całymi dniami słuchać KATa, Iron Maiden, czy Mayhem. Dziś oczywiście sympatia do tych zespołów mi nie minęła, ale przykrył ją kurz. Częściej mówi do mnie Tilt, Enya, Kasia Nosowska. Metalowy pazur się stępił. Dlatego właśnie dobrze, że jest jesień.

Udało mi się odnaleźć na nowo Slayera. Konkretnie mój ulubiony i (oczywiście) najlepszy album – Diabolus In Musica. Nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy wolą inne dokonania spod szyldu Araya i spółki. Jasne, Slayer musi być ostry, musi być okrutny oraz srogi. Panowie muszą, z całym szacunkiem dla purystów, napierdalać, aż miło. Dlatego darzę ogromnym szacunkiem Reign In Blood, South Of Heaven albo God Hates Us All, ale najwięcej diabła odnajduję gdzie indziej. Nie tam, gdzie panowie wypluwają z siebie muzykę z szaleńczym zacięciem godnym maniaków szybkości, ale raczej tam, gdzie jest ten przerażający spokój i dojrzałość chłostająca po uszach. Siódma płyta studyjna Amerykańców jest w większości dziełem Jeffa Hannemana, który tylko w nielicznych przypadkach dopuścił do pisania muzyki Kinga, a Toma Arayę tylko dwukrotnie. Na garach po raz drugi zasiadł Paul Bostaph i trzeba sobie powiedzieć, że facet wreszcie wyczuł, o co chodzi w Slayer.

Diabolus In Musica jest melodyjnym, szybkim, ale nie błyskawicznym albumem. To nie blitzkrieg jak za czasów Show No Mercy, czy Reign In Blood. To terror długich, muzycznych tortur najwyższej próby. To, że jest wolniej, nie oznacza, że nie jest ostro. Wręcz przeciwnie – jest przerażająco, a przy tym majestatycznie. Król znowu na tronie, wyniesiony na piedestał, daleki, grzmiący z wysokości. Slayer jest dalej agresywny, ale nie tym pierwotnym zacięciem. To groźny przeciwnik na polu walki, doświadczony w bojach, śmiały i nieobliczalny. Raz przyczajony, jak w Death’s Head czy Stain Of Mind, a potem wściekły w In The Name Of God albo Scrum. Zawsze bezlitosny.

Płyta jest przesiąknięta nowymi elementami, które wcześniej nie objawiały się w muzyce Slayera. Dzięki temu zadziwia i wprowadza nową jakość. To, poza wszystkim, najbardziej melodyjne, najłatwiej wpadające w ucho solówki gitarowe, które tylko pozornie rozjaśniają ten thrash metal. To właściwie kontrapunkt wobec którego cała reszta staje się surowa. Niespodzianką jest utwór Desire, zainicjowany jak ballada rockowa, narastający z sekundy na sekundę niebywałą siłą w niesamowitego potwora. Prowadzony cierpliwie, bez pośpiechu, bez tego plucia wokoło, tak wszechobecnego w Reign In Blood. Brzmi obco, wije się wokół palców wybijających niespieszny rytm, co powoduje ciarki na plecach. Jest to chyba najbardziej ambitny z utworów na tej płycie, być może nawet w karierze grupy.

Na dodatek – nową metodę odnajdujemy w Perversions Of Pain. Przy pierwszym odsłuchaniu wydaje się on sztandarowym dokonaniem zespołu, jednak w istocie nim nie jest. Brak w nim tego połamania, są za to odpowiednio wyważone proporcje szybkości i spowolnienia, niepokoju i furii. To bardziej hymn metalowy niż cokolwiek innego. To (na równi z niezwykle podobnym i metodycznym Postmortem z trzeciej płyty) Mother North thrash metalu, Fear Of The Dark albo i Roots Bloody Roots. To epokowy utwór, ciężki, ale i wysmakowany. Ktoś mógłby teraz plunąć na mnie, powiedzieć, że bardziej na to miano zasługuje Hell Awaits, czy Raining Blood, jednak nie widzę w nich takiego potencjału. To dobre utwory, wściekłe, autentyczne, jednak daleko im do klasy Perversions Of Pain.

Metal dalej potrafi mnie cieszyć pomimo tego, że musiał się podzielić moją uwagą z innymi stylami muzycznymi. Jednak zawsze chętnie do niego wracam, odkrywając coś, co niegdyś mi umykało. Zmieniając perspektywę, dostrzegam w nim teraz więcej niż dotychczas. To tak jak z kosmosem – jego środek jest wszędzie i mogłoby się wydawać, że w każdym punkcie widać to samo, tylko pod innym kątem. Natomiast stojąc gdzie indziej, widać jego inną twarz…

Advertisements

About Emil Strzeszewski

Pisarz, redaktor, dziennikarz, social media nędza. Założyciel i były redaktor naczelny e‑zinu „Creatio Fantastica”. Publikował w „Magazynie Fantastycznym”, „Fantastyce - Wydaniu Specjalnym”, „Fantasy & Science Fiction” oraz w antologiach „City 1” i „Rok po końcu świata”. Finalista konkursu Uniwersytetu Jagiellońskiego na tekst literacko-naukowy „Futuronauta”. Debiutował książkowo w wydawnictwie Powergraph steampunkową powieścią „Ektenia”. Powieść „Ród” ukazała się nakładem Genius Creations we wrześniu 2014 roku.

Dyskusja

Brak komentarzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: