Właśnie czytasz
Horror, Recenzje

Hiszpańskie cuda kinowe

Pamiętam ogólną euforię, jaka zapanowała wśród kinomanów, gdy do kin wszedł japoński Ring. Hideo Nakata stworzył coś świeżego, coś tak kompletnie odmiennego od amerykańskich filmów grozy, że strach. Wszyscy byli zachwyceni. To nic, że film nie był ani specjalnie nowatorski, ani jakiś wspaniały fabularnie. Straszył i to w sposób niekonwencjonalny. A to najważniejsze.

Wszyscy wtedy okrzyknęli japońskie kino grozy nowym renesansem. Skośnookie horrory zalały świat. Raz były to filmy świetne, jak chociażby Dark Water Nakaty, raz zupełnie nieudane, jak The Grudge Miike. Tak, czy siak, mieliśmy mocny wiatr ze wschodu, który odkurzył nieco zmęczoną twórczość z Hollywood.

Minęło dziesięć lat i znowu nadeszły lata tłuste. Tym razem świeże powietrze przyleciało z zachodu, z Europy, tej starzejącej się, pozornie dekadenckiej starej maciory, znanej do tej pory z nieprawdopodobnie nudnych francuskich dramatów i niemieckich spaghetti westernów (oraz pornusów, nie zapominajmy!). Pytanie tylko, czy są to ostatnie podrygi umierającego, czy powrót z dalekiej podróży? Sądzę, że przekonamy się wkrótce. Przekonamy się za sprawą Hiszpanii.

Del Toro. Kto go dziś nie zna? Po sukcesie Labiryntu Fauna było o nim nawet zbyt głośno. Jednak nie należy się dziwić – nakręcił bardzo dobry film. Nie genialny, ale bardzo solidny. Wybił się zdecydowanie ponad przeciętność, ale chmur nie osiągnął. Przynajmniej nie jako reżyser. Bo jako producent, już bardziej. Mowa tu o jego udziale w hiszpańskim Sierocińcu – Del Toro był jego producentem.

Sierociniec jest filmem, który garściami czerpie z innych filmów. Te najbardziej oczywiste wycieczki to Inni z Nicole Kidman, czy Szósty zmysł. Trzeba przyznać, że odwołania bardziej niż szczytne. Jednak historia małego chłopca w masce jest czymś więcej niż tylko kopią. Wyróżnia ją przede wszystkim klimat – duszny, tajemniczy, a zarazem bardzo współczesny. To zarazem film noir, jak i obraz nowocześności. Widz ogląda świat mu znany, zaledwie trochę przykryty kurzem. Dzięki tej perspektywie ma szansę zobaczyć go na nowo, zanalizować, co jest w nim nie tak. W Sierocińcu globalizacja zwalnia, choć czai się gdzieś za rogiem, cały czas jest odczuwalna. Tworzy się wrażenie kameralności. Opowieść jest prosta, bezpretensjonalna, ale potwornie emocjonalna. Japońskie horrory straszyły mistyką, egzotyką, legendami nieznanymi ludziom zachodu, zaś hiszpańska groza jest tak nieprawdopodobnie swojska, że aż obca.

Następnym uderzeniem jest Rec, na którym widać, że twórcy nie chcieli nawet ukryć, że wzorują się na całej gamie filmów o zombie. Jednak i tutaj nie można powiedzieć, aby była to kolejna kopia. Fakt, można mnożyć odwołania – a to Świt żywych trupów, a to 28 dni później, a to to, a to tamto, ale Rec raczej twórczo je przetwarza, niż biernie powtarza. Film z początku nużący, usypiający widza, w pewnym momencie nabiera szaleńczego tempa. Podczas seansu miałem wrażenie, jakbym uczestniczył w wojnie totalnej, w kinowym „blitzkrieg” – twórcy w pewnym momencie przekraczają granicę zwykłego filmu dokumentalnego i wkraczają w terytorium strachu, a potem, do samego końca, już nie zwalniają tempa. W Rec nie ma kroków w tył, tam nikt się nie cofa, nie ma takiej możliwości. Fabuły praktycznie brak, są za to sceny naszpikowane akcją (choć efektów specjalnych jest jak na lekarstwo!), które jednak łączą się w całość. Mamy atmosferę absurdu, dezinformacji i (ponownie!) duchoty. Zamknięty, odizolowany przez wojsko, policję i Bóg wie, kogo jeszcze, budynek, w którym tłoczą się bez ładu i składu mieszkańcy jest miejscem kaźni, która nawet dla ludzi o najtwardszych nerwach jest zbyt okrutna i obrzydliwa. Mi raz za razem oczy wychodziły z orbit i autentycznie się bałem. Jednocześnie byłem urzeczony – tak bezkompromisowego horroru nie widziałem od lat. Na dodatek smaczku i oryginalności dodaje sposób filmowania. Znamy go już od czasów Blair Witch Project – to pozornie amatorski dokument, kręcony nieuważnie, często nieogarniający tego, co się dzieje wokoło. Idea tego wszystkiego jest prosta – widz ma wejść w sam środek paranoi. Widz ma czuć to samo, co bohaterowie – panikę, strach i pochodne. Rzadko doświadczamy tego typu filmów, może dlatego, że twórcy uważają, że lepiej czegoś podobnego nie można już zrobić, że makabra z Coffin Rock była wzorowa. Rec pokazuje, że warto próbować, bo może się udać. W tym przypadku wyszło o kilka kręgów piekła lepiej.

Czekam na następny film z półwyspu Iberyjskiego. Oby była to groza. Oby z jak najwyższej półki. Wreszcie Europa nie musi się wstydzić.

Advertisements

About Emil Strzeszewski

Pisarz, redaktor, dziennikarz, social media nędza. Założyciel i były redaktor naczelny e‑zinu „Creatio Fantastica”. Publikował w „Magazynie Fantastycznym”, „Fantastyce - Wydaniu Specjalnym”, „Fantasy & Science Fiction” oraz w antologiach „City 1” i „Rok po końcu świata”. Finalista konkursu Uniwersytetu Jagiellońskiego na tekst literacko-naukowy „Futuronauta”. Debiutował książkowo w wydawnictwie Powergraph steampunkową powieścią „Ektenia”. Powieść „Ród” ukazała się nakładem Genius Creations we wrześniu 2014 roku.

Dyskusja

Brak komentarzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: