Właśnie czytasz
Fantastyka, Twórczość

„Żmije życia twego”

Od czasu do czasu mam zamiar wrzucać tu fragmenty moich opowiadań, tych nad którymi właśnie pracuję. Nie będzie to oczywiście całość, raczej kilka wycinków, często nawet nie łączących się w jedną całość, ale za to takich, z których jestem zadowolony. Przy czym ostrzegam, że będą to kawałki surowe, nieopierzone, bez redakcji, bez korekty. Rzucę je w sieć, aby każdy mógł ocenić i skomentować, jeśli taka jego wola. Rozpocznijmy więc:

Żmije życia twego

(..)
Do naszych uszu docierały szczęknięcia Księcia – małego żółtawego labradora, który hasał w najlepsze dokoła dębu. Próbował podskakiwać i chwytać niebieską sukienkę Natalki sprytnie pochowanymi w pysku kiełkami. Mała śmiała się z pupila tak mocno, że aż rozgrzewała mi serce i wlewała w nie potrzebną nadzieję i wytrwałość. Żadne z jej słów, chociaż równie ciepłych i mądrych, nie mogło równać się z tym. W tej chwili była czystą radością, płynnym złotem słońca o poranku i ożywionym posągiem nimfy wodnej. A ja stawałem się spokojną bryzą na morzu pełnym sztormów.
Pod drzewem czytałem jej książki, na które była zbyt mała. Opowiadałem historie, do których jeszcze nie dorosła i zwierzałem się z myśli, które powinienem zachować dla siebie. Wypłakiwałem też strumienie łez zawstydzony słabością i wściekły niemocą. A także podziwiałem jej opanowanie i pogodę ducha bez względu na wszystko. Kazała mi mówić o świecie, zwłaszcza o rzeczach tak dalece obcych mi jak góry, morze, inni ludzie. Jej głód wiedzy był o wiele większy niż reszty dzieci w jej wieku. Słuchała czujnie, czasem zadawała pytania, z którymi miałby kłopoty największy filozof i pedagog. Jeśli miała jakieś słabe momenty, to na pewno nie tu, pod dębem. W jego pobliżu przechodziła swą małą przemianę – zdałem sobie sprawę z tego całkiem niedawno, gdyż niełatwo było to dostrzec. Gdy tylko opuszczaliśmy domek na skraju wsi i mijaliśmy wątły strumyczek krążący wśród pól, kiedy w zasięgu wzroku pojawiało się drzewo, zdawała się starsza niż była. Jeśli nie byłbym jej ojcem, pewnie rzekłbym, że stawała się kobietą.
(…)

Ceglany, dwupiętrowy dom z drewnianym gankiem wybudował mój ojciec jeszcze zanim przyszedłem na świat. Miałem dwóch braci, jedną siostrę i byłem najmłodszy z rodzeństwa. Między mną, a Jackiem, który zginął podczas pokojowej misji w Iraku, dzieliło mnie siedem lat. Drugi brat – Marek – kończył szkołę średnią i wybierał się na studia do Olsztyna, gdy jeszcze nosiłem pieluchę. Zaś Jola – najstarsza z nas wszystkich – chowała już swoje dzieci i rzadko zaglądała do stron swojego dzieciństwa.
Babka (z którą mieszkaliśmy) doczekała dziewięćdziesiątych urodzin, zanim zmarła, szesnastego kwietnia dwutysięcznego ósmego roku. Na łożu śmierci wyszeptała, że przeżyła męża tyrana, dwie wojny, komunistów oraz pierwsze lata demokracji i diabła się nie boi. Boga też zresztą nie. Ojciec zszedł miesiąc po niej, zostawiając mi chorą matkę. Była cukrzykiem i nie mogła się denerwować, dlatego też nie poznałem jej krzyku. Po jej śmierci, siedem lat później, na skromnym pogrzebie, Jola powiedziała mi, że nikt nie wrzeszczał tak, jak ona. Jacek dodał, że była mu bardzo bliska, a Marek wygłosił mowę pożegnalną nad grobem i zwinął się do Kanady, gdzie znalazł pracę i młodą żonę. Miałem wtedy dwadzieścia pięć lat, a dom chyba z dwa razy więcej.
W spadku po rodzicach została mi posiadłość i kilka groszy na start. Postanowiłem wynająć chałupę i popędzić do stolicy szukać szczęścia.
Tam spotkałem Ulę.
(…)

Ze złości uderzyłem ją w twarz i wybiegłem w noc. Odszukałem pub, gdzie wódka smakowała wyjątkowo gorzko, a dym papierosów szczypał w oczy mocniej niż gdziekolwiek indziej. Horda starszych facetów bez perspektyw zaglądała na dno kufli i po paru kieliszkach nie wiedziałem już, czy tak mocno toczą pianę z pyska w toku rozmów o niczym, czy to może tylko dzięki piwom? Zabijałem żale toksynami (nigdy nie miałem talentu do picia alkoholu) i wpatrywałem się w przeszły czas. Wspominałem z uśmiechem goryczy moje zaloty, gdy jak głupi ganiałem za artystką, która jawiła mi się niczym zakazany owoc. Górowała nade mną intelektem, inteligencją. Miała w życiu pasję i realizowała ją. Pisała wiersze o życiu, o tęsknocie, domu i miłości. Z tego okresu zachował mi się jeden utwór, zatytułowany „Żmije wśród bluszczu” – do tej pory stanowi on dla mnie zagadkę i nie mogę odgadnąć jego sensu… Była wyniosła i dumna w taki sposób, jak mogą być wyniosłe i dumne poetki. Traktowała mnie jak natrętnego insekta i wielokrotnie dawała mi oznaki swojej niechęci, ale nie zrażało mnie nic. Wręcz przeciwnie, lgnąłem jeszcze bardziej, zafascynowany urodą i charakterem dziewczyny. Nawet gdyby stanowiła przejście do piekła, była czarną bramą do Edenu szatana, chciałem być wtedy jedynym, który przekracza ten portal.
W owych latach byłem nikim. Pracowałem wieczorami jako cieć na parkingu, w dzień usiłowałem studiować. Wynajmowałem jakąś klitkę na przedmieściach Warszawy i ledwo wiązałem koniec z końcem. Nie mogłem nawet żyć z dnia na dzień, bo każda następna doba była jak odległy ląd za oceanem, nieznany, enigmatyczny i zarazem niebezpieczny. Nie wiedziałem, czy uda mi się zdać kolejny egzamin, czy właściciel mieszkania – nieobliczalny pijak – nie wyeksmituje mnie i nie znajdę się na bruku. Nie miałem nawet pojęcia jak długo wytrzymam w pracy za psie pieniądze. W gruncie rzeczy czułem się właśnie jak bezpański pies i wydaje mi się, że uporczywie szukałem kogoś, kto mnie przygarnie. Być może dlatego z taką determinacją walczyłem o uczucie Uli.
Znałem jej zwyczaje. Wiedziałem, że lubi wódkę i całonocne zabawy w rytmie rocka. Zdawałem sobie sprawę, że miała w życiu wielu mężczyzn i miłość znaczy dla niej tyle, co nic. Zawiodła się na ludziach kilkakrotnie, a nigdy nie potrafiła przebaczać. Nie uległa nawet ojcu, który na łożu śmierci przepraszał ją i błagał o wybaczenie za każdy cios, jaki od niego otrzymała. Nie odwiedziła nigdy jego grobu. Nie ufała nikomu, także matce, która zawsze stawała w jej obronie. Żywiła do niej urazę, nie wiedzieć czemu. Może miała za złe, że w ogóle przyszła na świat?
(…)

Na razie finito!

Advertisements

About Emil Strzeszewski

Pisarz, redaktor, dziennikarz, social media nędza. Założyciel i były redaktor naczelny e‑zinu „Creatio Fantastica”. Publikował w „Magazynie Fantastycznym”, „Fantastyce - Wydaniu Specjalnym”, „Fantasy & Science Fiction” oraz w antologiach „City 1” i „Rok po końcu świata”. Finalista konkursu Uniwersytetu Jagiellońskiego na tekst literacko-naukowy „Futuronauta”. Debiutował książkowo w wydawnictwie Powergraph steampunkową powieścią „Ektenia”. Powieść „Ród” ukazała się nakładem Genius Creations we wrześniu 2014 roku.

Dyskusja

Brak komentarzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: