Właśnie czytasz
Recenzje

Ostatni koncert KATa…

KAT - Somewhere In PolandKiedy kilka lat temu do mediów trafiła wieść, że KAT wraca do gry, polski światek metalowy zatrząsł się w posadach. Wszędzie można było przeczytać o powrocie tytanów rodzimego thrashu (moim zdaniem pierwsze płyty KATa można spokojnie zaliczyć do blacku, ale za to mogę dostać w zęby na ulicy, więc zapobiegawczo nie wspomnę nic o Wyroczni, czy Metal i piekło potwierdzających moją teorię ;P), o ponownych narodzinach legendy i nowym rozdziale w historii polskiej muzyki. Wszystkich elektryzowała wiadomość, że Romek Kosecki, Piotr Luczyk, Irek Loth i Krzysiek Oset znowu są razem i przygotowują nowy album.

Zanim wrzawa zdołała ucichnąć i wybuchnąć na nowo z innego powodu, KAT wypuścił płytę koncertową. Somewhere In Poland to materiał zagrany we Wrocławiu, gdzie KAT supportował legendę heavy metalu – Iron Maiden. Obiegowa plotka głosiła, że Brytole pofatygowali się pod scenę by oklaskiwać najlepszą polską kapelę. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo to, co zawarte jest na płycie, stanowi niepodważalny dowód, iż był to najlepszy koncert KATa w historii zespołu.

Całe szoł było grane tylko na jedną gitarę (basu nie liczę), a Piotr Luczyk wzniósł się na wyżyny maestrii. Grał zarówno swoje partie piosenek, jak i partie rytmiczne! Łączył jedno z drugim i wychodziło mu wspaniale. W niektórych fragmentach utworów co prawda czuć brak drugiego wiosła (szczególnie, gdy wybrzmiewa solówka), ale po drugim lub trzecim przesłuchaniu człowiek przestaje zwracać na to uwagę. Liczy się tylko porażająca moc dźwięku.

Romek Kostrzewski zaśpiewał niesamowicie. Wył, recytował, zachwycał, hipnotyzował. Bez problemu przechodził od wściekłych partii wokalnych, do delikatnych. Nie żałował gardła ani trochę. Być może czuł, że to ostatnia płyta, na której ma możliwość zaprezentowania się godnie. Jego wokal brzmi na Somewhere In Poland niesamowicie dojrzale. W porównaniu z regresem na Szyderczym zwierciadle… Nie, nie ma porównania – Kostrzewski dał z siebie wszystko.

Zawodzi co prawda Fazi – strasznie słabo go słychać. Myślę, że to jednak zamierzony efekt. Skoro gra się thrash na jedną gitarę, trzeba ją wyeksponować. Bas więc był zaledwie (albo „aż”) tłem do prawdziwej gitarowej masakry.

Wśród kilku naprawdę fantastycznych utworów wyróżnia się pierwsze Wierzę, przy którym dosłownie oszalała publika Hali Ludowej. Nic dziwnego – jest zagrane tak, jakby właśnie kończył się świat. Nie wiem, czy Henry Beck (nowy wokalista KATa), zaśpiewa kiedyś tak, jak Romek – szczerze wątpię. Dalej kapitalna Wyrocznia i cudowne połączenie głosu Romka i publiki w balladzie Łza dla cieniów minionych. Moim faworytem są jednak Purpurowe gody, które na koncercie zabrzmiały lepiej niż wersja studyjna. Piosenka do dziś co prawda wzbudza kontrowersję i jest uważana za co najmniej nieelegancką, ale wystarczy posłuchać wersji na Somewhere In Poland, aby zobaczyć, że wszyscy właśnie nią najbardziej się ekscytowali. KAT zawsze był bluźnierczy i prowokacyjny. Każdy fan tego zespołu chyba właśnie to uwielbiał w nim najbardziej (w końcu KAT jest typowym przykładem grupy wyznającej credo sex, drugs & rock’n’roll). Pożegnalne Śpisz jak kamień było idealnym zakończeniem i w moim mniemaniu podsumowaniem pewnego okresu w historii grupy. Można sobie wyobrażać, że Romek zaśpiewał to dla siebie, bowiem nic już więcej w jego i KATa wspólnym wykonaniu nie usłyszymy.

Muzycy eksperymentowali na scenie, nie bali się podjąć wyzwania i nie chcieli zagrać tak, jak oczekiwali wszyscy. Dlatego muzyka w refrenie Łzy… jest inna niż oryginalna, dlatego także zagrali własną wersję szlagiera Mission Impossible, dlatego Wyrocznia jest dłuższa i bardziej thrashowa niż pierwotnie. Zabrakło mi jednak kilku kapitalnych piosenek. Niestety KAT nie zagrał Odmieńców, Głosu z ciemności i sztandarowego Odi Profanum Vulgus. Zabrakło sił? Czasu?

Płyta kończy się nową, studyjną wersją Ostatniego taboru, piosenki, która przyniosła zespołowi sławę i pozwoliła zaistnieć w światku muzycznym. Zagrana heavy metalowo, nabiera nowego blasku i fascynuje. Po raz kolejny Piotr Luczyk wygrywa tam istnie szatańsko melodyczne i szybkie partie gitarowe, a Romek Kostrzewski zmienia nieco barwę głosu, aby zafrapować po raz ostatni miłośników KATa.

Somewhere In Poland zdecydowanie jest najlepszym albumem koncertowym w historii polskiej muzyki. A KATa szkoda, bo od tego czasu nie jest już sobą. Do zobaczenia w piekle! – krzyczy Kostrzewski.
Do zobaczenia panowie!

Reklamy

About Emil Strzeszewski

Pisarz, redaktor, dziennikarz, social media nędza. Założyciel i były redaktor naczelny e‑zinu „Creatio Fantastica”. Publikował w „Magazynie Fantastycznym”, „Fantastyce - Wydaniu Specjalnym”, „Fantasy & Science Fiction” oraz w antologiach „City 1” i „Rok po końcu świata”. Finalista konkursu Uniwersytetu Jagiellońskiego na tekst literacko-naukowy „Futuronauta”. Debiutował książkowo w wydawnictwie Powergraph steampunkową powieścią „Ektenia”. Powieść „Ród” ukazała się nakładem Genius Creations we wrześniu 2014 roku.

Dyskusja

Brak komentarzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: