Kolejne trudne święto narodowe, następna rocznica… Ciągle te same mordy krzyczące w telewizorze cały czas na nowo te same frazesy. Kiedyś był taki quasi-algorytm do tworzenia przemówień. Były trzy kolumny, w każdej po dwadzieścia zwrotów. Łączyło się jakiekolwiek wyrażenie z pierwszej kolumny z wyrażeniem z drugiej kolumny i dodawało następnie coś z trzeciej. Co by człowiek nie dodał, zawsze wyszło logicznie. To jest: wewnętrznie niesprzecznie, bo z sensem to nie miało wiele wspólnego. Wydaje mi się, że i teraz jest tak samo. Potrzebne są tylko dodatkowe trzy elementy oprócz wspomnianego algorytmu – polski polityk, polska telewizja, polski odbiorca. Te cztery rzeczy razem wzięte tworzą nasz kochany, ciepły, przytulny gnój narodowy.
Tak, odbiorca także – przeczytaliście poprawnie, uwierzcie własnym oczom. Wy też należycie do naszego bajorka. Bo nigdy nie jest tak, że można sobie mówić w przestrzeń o takich sprawach jak polskość. Teoretycznie to możliwe, ale w praktyce, zawsze mówi się w czyimś kierunku. A nasi politycy wespół z naszą telewizją mówią właśnie do nas. Witamy w kółku wzajemnej adoracji.
Przyznam szczerze, że nasza rodzima warstwa “polityczna” przestała mnie śmieszyć. Nad nią już załamałem ręce, nie warte to niczego więcej. Czasem sądzę, że to i tak za dużo. Śmieszą mnie za to ci, którzy czują wewnętrzną potrzebę zamknięcia ust politykom. Mam ubaw z każdej mordy, która na hasło “Powstanie warszawskie“, “marzec 68“, “stan wojenny” i inne motywy przewodnie, które tu w kraju towarzyszą dyskusjom o patriotyzmie, odkrzykuje “dajcie nam żyć przyszłością“, “w Irlandii się żyje inaczej, nie przypomina się o czymś, co było“, “nie chcę być patriotą, gdy rządzicie“, “co mnie to wszystko obchodzi?“. Oto prawdziwa natura Słowianina znad Wisły – ze skrajności w skrajność.
Przytaczanie tu mądrości o “złotej wolności szlacheckiej” byłoby zbyt trywialne. Co prawda nie przytaczanie jej jest już głupie, ale bądźmy szczerzy – walka z tymi głosami dochodzącymi z jednej i drugiej strony bajora jest jak walka z wiatrakami. Idiotyzm to choroba, a idiota to szczególnego przypadku hydra. Szczególnego, bo hydrze oryginalnej odrastały głowy, a idiocie odrastają usta, gdy się je zamknie. Jedne usta obok drugich, nieskończona symfonia byle czego, byle głośno. Zawsze sądziłem, że Polsce demokracja nie służy, ale to co się dzieje teraz, to cuda na kiju. Mieliśmy przykład z Anglii, gdzie szkoły wychowują debili, dlaczego więc demokracja tutejsza popełniła ten sam błąd? Najnowsze pokolenie 18-, 19-latków, którzy teraz poszli do urn i zagłosowali, zapamięta swoje pierwsze wybory jako wybory przymusowe – tak naprawdę wybór był tylko między tymi, którzy za wszelką cenę chcieli utrzymać się przy stołkach, a tymi, którzy z pasją ich stamtąd zrzucali, nic pomiędzy. Ile razy już od takich młodych słyszałem, że trzeba było wybrać mniejsze zło? Bo inaczej trzeba będzie emigrować?
I tak wyemigrujecie młodzi. Bo w Irlandii jest robota. Bo tam się można skurwić za przyzwoite pieniądze. Nie to, co tutaj, nie?
W dużym uproszczeniu – spór pomiędzy dzisiejszą władzą, a dzisiejszymi władanymi o polskość, o patriotyzm, o poczucie narodowe sprowadza się do tego, żeby głośniej krzyczeć “nie”, gdy drudzy wołają “tak”. Bo dzisiejszy władany, każdy młody i stary idiota tych dni, chce żyć przyszłością, najlepiej w Polsce-Irlandii. Chce czuć się lepiej, bo będzie mógł wydawać funty zamiast złotówek i ma nadzieję, że z telewizorów zniknie Kwa sp. Z.O.O., a zaczną nadawać “Big Brothera” z Gulczasem po raz enty. Zamiast historii ma pendrive’a, gdzie trzyma ukradzione z netu pliki mp3, a jednocześnie słucha Autorytetu (w szczególności, gdy ten podnosi głos albo wali “dyplomatołkami”), który każe mu być dobrym człowiekiem i wstać do hymnu na baczność, gdy gra Polska Reprezentacja. Bo Dywizjon 303 to już nie, ale najbardziej polski Belg już tak.
Ogółem – dzisiejszy Polak żyje urojeniami:
“Dajcie nam żyć przyszłością“? Nie da się żyć przyszłością, ale teraźniejszością jednocześnie planując na przyszłość i pamietając o przeszłości, aby nie popełnić po raz kolejny tych karygodnych błędów.
“W Irlandii się żyje inaczej, nie przypomina się o czymś, co było“? Panie Polaku, Pan to w Irlandii nie żyjesz, ale w Irlandii pracujesz. A raczej tyrasz na zmywaku, a pod ciebie podlegają tylko szczury. I robisz Pan z siebie szmatę za spore pieniądze, ale przecież przywiezienie funta do Pcimia rekompensuje wszystko.
“Nie chcę być patriotą, gdy rządzicie“? Więc będziesz patriotą, gdy rządzić nie będą?
“Co mnie to wszystko obchodzi?“? I to jedyny logiczny argument…
A teraz mój argument przeciw wam wszystkim:
Co będziecie krzyczeć, gdy ktoś jest sobą? Nawet jeśli oznacza to bycie patriotą? Albo lepiej – nawet jeśli to oznacza, że się patriotą nie jest?
PS: Na szczęście ktoś jeszcze pamięta kampanię wrześniową, powstańców warszawskich, studentów z marca 68, stan wojenny. I nie po to, aby się smucić lub cieszyć. Po prostu, żeby pamiętać.
Nie wiem, czy dobrzy umierają młodo. Jeszcze nie umarłem, więc nie sprawdziłem. Tak sobie myślę, że do tego nie jest mi tak spieszno. Są inne tajemnice świata, które warto poznać teraz, natychmiast. Do przekroczenia ostatecznego progu zawsze znajdzie się czas.
Jeśli miałbym wskazać najważniejsze filmy polskiego kina w ostatnich kilkunastu latach nie miałbym wielkiego problemu. Było ich po prostu jak na lekarstwo. Tak się składa, że rodzima kinematografia tonie w bajorze byle czego i niespecjalnie widzę na to radę. Nasza filmowa twórczość jest ledwie łupiną orzecha na burzliwym oceanie światowym. Nie zmienił tego Oscar dla Wajdy, nie zmieniła tego nominacja do Oscara dla Bagińskiego. A gdy już pojawiła się perełka, została przemilczana. Oczywiście niesłusznie.
Symetria – absolutne arcydzieło. Film arcytrudny do zniesienia. Trzymający w napięciu od pierwszej, do ostatniej minuty, choć tak naprawdę akcji tu tyle, co nic. Nie wiem dokładnie jak wygląda sytuacja w polskich więzieniach, ale jeśli tak, jak przedstawia to Niewolski, to jestem w szoku. Śmiem twierdzić, że ten film to polska odpowiedź na twórczość Arofnoskiego. Nakręcony z pazurem, wyśmienity scenariusz, niebanalna historia dzierżąca na swoich barkach karb katharsis – ten film niesie końską dawkę oczyszczającego niepokoju i tragizmu, co musi robić wrażenie. Wszelkie pytania, o byt ludzki, o sens jego istnienia, są tu wypowiedziane nie wprost. Czają się gdzieś na granicy świadomości, po czym nagle wskakują na swoje miejsce, ujawniają się i tworzą ciekawy obraz świata. Każdy z nas, widzów, ma okazję wejść w świat absolutnie obcy, choć przerażająco bliski. Wkładamy głowę pod gilotynę brutalnych zasad, swoiście pojętego honoru i intryg plecionych chyba tylko po to, aby więźniowie mieli co robić. Po seansie Symetrii zacząłem się zastanawiać, czy ta drapieżna obcość jest naprawdę tak niedaleko ode mnie. Czy gdyby kraty celi zamknęły się i za mną, czy zastałbym ten sam horror, w którym musiałbym przybrać rolę monstrum?
Objawienie kina niskobudżetowego, w którym pierwsze skrzypce gra szyderczy humor, wykrzywiony obraz Polaczków i żałośnie smutna refleksja. Ten film to przesada na całego. Mamy zakochanego do bólu w kulturze północno-amerykańskiej wujka warchoła, projektanta uszczelek (kosmopolita i sarmata zarazem – niezwykle pyszne połączenie), jego beznadziejnego, kompletnie zależnego od rodziców, a zarazem butnego synalka Dżefreja; Jagodę – wyszczekaną i głupiutką nastolatkę przechodzącą wewnętrzną przemianę; idealistę Marcina, który nie może się pogodzić ze śmiercią ojca i nie ma planów na przyszłość; jego dziewczynę stojącą pomiędzy wyborem godnej przyszłości zagranicą, a miłością w zapadłej dziurze na południu Polski oraz pogrzeb z muzyką Komet w tle.
W środę miałem pierwszą w życiu możliwość zaprezentowania się szerszemu gronu jako autor i dziennikarz. Spotkanie odbyło się w moim macierzystym Liceum Ogólnokształcącym nr III w Ostrołęce, a przybyłem tam na zaproszenie Pani Ewy Gąski.